
Bilety na Rodowicz wchodziły o północy, przez internet. Usiadłyśmy z Ireną przed laptopem wnuka jak kiedyś pod kasą: termos, kanapki, koc na kolanach. O 00:04 przyszło potwierdzenie - rząd siódmy, środek. W siedemdziesiątym ósmym stałyśmy po takie bilety całą noc na mrozie. Emocje te same. Tylko kanapki zjadłyśmy z nudów.
Irena podskoczyła na krześle, aż kot spadł jej z kolan. „Bożena, mamy je! Mamy!" - szeptała, żeby nie obudzić Olka śpiącego za ścianą. Przytuliłyśmy się nad tym laptopem jak dwie nastolatki. Pachniała kawą i tą swoją lawendową wodą kolońską, którą kupuje od lat w tej samej drogerii na Marszałkowskiej. Pomyślałam wtedy, że to będzie nasz wieczór. Nasz - po raz pierwszy od bardzo dawna.
Bo z Ireną to jest tak, że znamy się pięćdziesiąt jeden lat, a ostatnie trzy prawie ze sobą nie rozmawiałyśmy. I nie chodzi o kłótnię w stylu „oddaj mi garnek". Chodzi o coś, co siedzi głęboko, jak drzazga pod paznokciem - niby mała, a boli przy każdym ruchu.
Poznałyśmy się w siedemdziesiątym trzecim, w technikum ekonomicznym na Pradze. Irena była z Grochowa, ja z Saskiej Kępy - teoretycznie blisko, a jednak dwa różne światy. Ona nosiła spódnice po starszej siostrze, ja miałam mamę krawcową, więc chodziłam w szytych na miarę bluzkach. Ale jakoś od pierwszego dnia usiadłyśmy razem w ławce i już tak zostało. Przez technikum, przez pierwsze prace w księgowości, przez śluby, dzieci, rozwody - mój z Tadeuszem w dziewięćdziesiątym drugim, jej z Andrzejem trzy lata później.
Byłyśmy na każdym koncercie Rodowicz, na jaki mogłyśmy się dostać. To był nasz rytuał. Inne kobiety chodziły do kościoła razem, my chodziłyśmy na Marylę. „Małgośka" w osiemdziesiątym piątym, kiedy obie byłyśmy w ciąży i śmiałyśmy się, że dzieci tańczą nam w brzuchach. Jubileusz w dziewięćdziesiątym ósmym, kiedy Irena płakała przy „Niech żyje bal", bo właśnie podpisała papiery rozwodowe. Koncert w Kongresowej w dwa tysiące dziesiątym, po którym zjadłyśmy lody o trzeciej w nocy na ławce przy Łazienkami i Irena powiedziała: „Bożena, jak umrę, to chcę, żeby na pogrzebie puszczali Damę z szynelem".
Śmiałam się wtedy. Teraz nie umiem się śmiać z takich rzeczy. Bo Irena jest chora.
Dowiedziałam się o tym nie od niej. Od Magdy, jej córki, która zadzwoniła do mnie trzy lata temu, w lutym. Głos miała taki, jakby mówiła przez ściśnięte gardło. „Ciociu Bożena, mama ma raka piersi. Operacja za dwa tygodnie. Ona nikomu nie chce mówić, ale ja nie dam rady sama".
Stałam wtedy w kuchni, kroiłam cebulę na bigos. Odłożyłam nóż i usiadłam na taborecie. Zapytałam, w którym szpitalu. Magda powiedziała. Zapytałam, czy mogę przyjść. „Właśnie dlatego dzwonię" - odpowiedziała.
Pojechałam następnego dnia. Irena leżała na łóżku w swoim mieszkaniu na Bielanach, w tym samym, w którym mieszka od trzydziestu lat. Na stoliku stały leki, puste kubki po herbacie i zdjęcie Andrzeja w ramce - tego samego Andrzeja, z którym się rozwiodła, ale którego fotografii nigdy się nie pozbyła. Spojrzała na mnie, a ja na nią, i żadna z nas nie wiedziała, co powiedzieć.
„Magda ci powiedziała" - stwierdziła. Nie zapytała. Stwierdziła.
„Dlaczego mi nie zadzwoniłaś?" - zapytałam.
Milczała chwilę. Poprawiła poduszkę za plecami. „Bo nie chciałam, żebyś znowu organizowała mi życie".
To bolało. Bardziej niż się spodziewałam. Bo ja wiem, że mam tę tendencję - żeby przejmować, zarządzać, decydować za innych. Robiłam tak z Tadeuszem, potem z synami, potem z każdym, kto pozwolił mi wejść wystarczająco blisko. Z Ireną też. Kiedy Andrzej ją zostawił, to ja dzwoniłam do prawników, ja szukałam jej terapeutki, ja wybierałam meble do nowego pokoju, bo stare za bardzo kojarzyły się z nim. Myślałam, że pomagam. Ona myślała, że ją duszę.
Nie powiedziała mi tego wtedy. Powiedziała dopiero tamtego dnia, leżąc z diagnozą na stoliku nocnym. I od tamtego dnia coś między nami pękło. Nie z hukiem. Cicho, jak nitka w swetrze, której nie widać, dopóki nie zacznie się pruć cała reszta.
Przychodziłam po operacji. Gotowałam rosół, zostawiałam pod drzwiami, bo Irena nie zawsze otwierała. Pisałam SMS-y, na które odpowiadała jednym słowem: „Dzięki". Byłam na Wszystkich Świętych z nią na cmentarzu, bo jej matka leży na Powązkach, trzy groby od mojej babci. Stałyśmy obok siebie ze zniczami i nie rozmawiałyśmy. Znaczy - rozmawiałyśmy o pogodzie, o cenach chryzantem, o tym, że Magda jest znowu w ciąży. O niczym ważnym.
Przez trzy lata byłyśmy jak sąsiadki, nie jak przyjaciółki. Grzeczne. Uprzejme. Puste.
A potem Magda zadzwoniła znowu. Tym razem wesoło. „Ciociu, mama jest w remisji. I wiecie co? Rodowicz gra w maju w Torwarze. Kup jej bilet. Proszę".
Zawahałam się. Pomyślałam o tym, co Irena powiedziała - o organizowaniu jej życia. Może nie powinnam. Może to znowu będzie za dużo. Może lepiej po prostu powiedzieć jej, że są bilety, i niech sama zdecyduje.
Ale potem pomyślałam o siedemdziesiątym ósmym. O tej kolejce na mrozie, o tym, jak trzęsłyśmy się z zimna i Irena oddała mi swoje rękawiczki, bo ja zapomniałam swoich. I zadzwoniłam do niej.
„Irena" - powiedziałam. „Bilety na Rodowicz wchodzą o północy. Mogę przyjść?"
Cisza. Słyszałam, jak oddycha. Wreszcie usłyszałam: „Przynieś kanapki. I ten termos ze słonecznikami, co go masz od lat".
Więc przyszłam. I siedziałyśmy. I kupowałyśmy bilety. I było tak, jakby te trzy lata zwinęły się jak dywan, który ktoś odciągnął na bok. Prawie. Bo kiedy Irena wstała, żeby zrobić herbatę, zobaczyłam, że na lodówce magnesem przytrzymane jest zdjęcie z Kongresowej - my dwie, roześmiane, z programem koncertowym w rękach. Pod spodem dopisek jej charakterem pisma: „Ostatni wspólny".
Nie zapytałam, kiedy to napisała. Nie zapytałam, czy wierzyła, że to naprawdę był ostatni. Nalała mi herbaty, usiadła naprzeciwko i powiedziała: „Bożena, ja ci nigdy nie podziękowałam za te rosóły pod drzwiami".
„Nie musisz" - odpowiedziałam.
„Muszę. Bo byłam na ciebie zła za to, że zawsze wiesz lepiej. Ale jeszcze bardziej byłam zła na siebie, że mi to przeszkadza, choć wiem, że robisz to z miłości".
Piłyśmy herbatę. Kot wrócił na kolana Ireny. Za oknem było cicho, jak to na Bielanach o pierwszej w nocy. Bilety leżały potwierdzone na ekranie laptopa, rząd siódmy, środek.
Nie powiedziałam jej, że Magda do mnie zadzwoniła. Nie wiem, czy powinnam. Może to znowu byłoby organizowanie - tym razem prawdy. A może Irena i tak wie, bo zna swoją córkę. Siedziałyśmy w ciszy i ja myślałam, że pięćdziesiąt lat przyjaźni to nie jest gwarancja. To jest decyzja, którą podejmuje się co dzień od nowa. Czasem się jej nie podejmuje. I wtedy trzeba mieć kogoś, kto zadzwoni i powie: bilety o północy, przynieś kanapki.
Nie wiem, czy po tym koncercie będzie między nami jak dawniej. Może dawniej już nie wróci. Może to, co jest teraz - ostrożne, cichsze, z blizną pośrodku - to i tak wystarczy.
Herbata stygła. Irena nucić zaczęła „Damę z szynelem". I ja nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Więc po prostu dołączyłam.