
Wnuczka wpada w każdą sobotę „ogarnąć babcię" - cieszyłam się, że chce. Wczoraj wnuczka sąsiadki pokazała mi filmiki: moja kuchnia, mój kredens, podpis „sprzątam u babci zbieraczki". Pół miliona wyświetleń.
Pół miliona. Powtórzyłam to sobie na głos, siedząc przy kuchennym stole, bo musiałam usłyszeć te słowa, żeby uwierzyć. Patrycja - wnuczka Zosi z trzeciego piętra - trzymała przede mną telefon i przesuwała palcem ekran. Jedno nagranie za drugim. Moja kuchnia. Mój kredens z serwisem po mamie. Moje słoiki z wiśniami, które zakręcam co lato. I głos Oli, mojej wnuczki, wesoły, rozbawiony: „Zobaczcie, co babcia trzyma za lodówką. Serio, trzecia miotła. Po co komu trzy miotły?".
Patrycja patrzyła na mnie z takim niepokojem, jakby żałowała, że w ogóle przyszła. Miała osiemnaście lat i wyraźnie nie wiedziała, co powiedzieć kobiecie, która jest starsza od jej babci o dekadę.
- Pani Grażyno, ja nie chciałam pani zrobić przykrości - powiedziała cicho. - Ale pomyślałam, że pani powinna wiedzieć. To ogląda naprawdę dużo ludzi.
Dużo ludzi. Pół miliona. Podziękowałam jej, zamknęłam drzwi, usiadłam z powrotem i zaczęłam po kolei przeglądać te filmy na swoim starym tablecie, który Ola mi kiedyś skonfigurowała. Szukałam długo, bo nie znałam nazwy kanału. Kiedy wreszcie znalazłam, przeczytałam: „OlaOgarnia". Sto dwadzieścia trzy tysiące obserwujących.
Miałam siedemdziesiąt dwa lata. Byłam emerytowaną bibliotekarką z osiedla na Gocławiu, wdową od sześciu lat, matką dwóch synów. I najwyraźniej - gwiazdą internetu. Tyle że nikt mnie o zgodę nie pytał.
Ola zaczęła przychodzić w soboty jakieś pół roku temu. Mój młodszy syn Dariusz - jej ojciec - zadzwonił wtedy i powiedział, że Ola chciałaby mi pomagać. Ucieszyłam się tak, że aż mi głos zadrżał w słuchawce. Od śmierci Henryka dom zrobił się cichy. Synowie dzwonili, jasne, ale każdy miał swoje życie, swoje dzieci, swoje rachunki. Rozumiałam to. Nie narzucałam się.
A tu nagle Ola. Dwadzieścia trzy lata, studia z jakiegoś marketingu, ładna, energiczna, pachnąca tymi nowoczesnymi perfumami, które czuć już na klatce schodowej. Wpadała koło dziesiątej, stawiała latte z automatu na stacji benzynowej, mówiła „no to co, babciu, ogarniamy?" i zabierała się do roboty. Wycierała półki. Myła okna. Segregowała szuflady. Raz nawet posprzątała piwnicę, z czego byłam naprawdę wdzięczna, bo kolana już mi nie pozwalały schodzić po tych stromych schodach.
Piekłam jej sernik na każdą wizytę. Robiłam herbatę w dużych kubkach, tych z Cepelii, które Henryk kupił chyba jeszcze w latach osiemdziesiątych. Ola siadała, jadła, opowiadała o studiach, o chłopaku, o koleżankach. Czasem pytała o dziadka. Czasem o moje dawne czasy w bibliotece. Myślałam: jaka cudowna dziewczyna. Jaką Dariusz ma szczęśliwą rękę do wychowania córki.
Teraz siedziałam z tabletem i oglądałam trzydzieści siedem filmów, w których moje mieszkanie było pokazywane kawałek po kawałku. Ola filmowała wszystko. Szufladę z reklamówkami - „babcia zbiera torby jak smoki złoto". Półkę z lekami - „apteka babci, serio, jest tu więcej niż w Rossmannie". Regał z książkami - „babcia ma chyba z tysiąc książek, większość czyta po raz piąty, ale nie pozwala żadnej oddać".
Komentarze pod filmami były najgorsze. „Typowa zbieraczka, moja babcia jest taka sama, koszmar". „Pokaż łazienkę, tam na pewno jest jeszcze gorzej". „Szacun, że ogarniasz, moja babcia by mnie wyrzuciła". I śmiejące się emotikony. Setki śmiejących się buźek pod nagraniami mojego domu.
Miotły. Miałam trzy miotły, bo jedną używałam do kuchni, drugą do pokoju, a trzecią na balkon. Henryk zawsze mówił, że jestem pedantyczna. Reklamówki trzymałam poskładane w szufladzie, bo na targu przydawały się do jabłek. Książki - no tak, książki. Czterdzieści lat pracy w bibliotece. Mam je oddać, bo wnuczce wydaje się to śmieszne?
Nie spałam całą noc. Leżałam i myślałam, co zrobić. Zadzwonić do Dariusza? Powiedzieć mu, że jego córka mnie wyśmiewa w internecie? A może to ja przesadzam? Może tak się teraz żyje, wszystko jest na widoku, wszystko jest treścią? Może Ola nawet nie uważa, że robi coś złego?
Rano zadzwoniłam do starszego syna, Wojciecha. Mieszka w Krakowie, jest elektrykiem, konkretny człowiek. Powiedziałam mu spokojnie, co się stało. Przez chwilę milczał.
- Mamo, to jest skandal - powiedział w końcu. - Zadzwonię do Darka.
- Nie dzwoń - poprosiłam. - Ja to chcę załatwić sama.
W sobotę Ola przyszła jak zwykle. Latte, uśmiech, „no to co, babciu, ogarniamy?". Postawiłam przed nią sernik, a obok położyłam tablet z otwartym kanałem „OlaOgarnia". Ola spojrzała na ekran i zobaczyłam, jak jej twarz się zmienia. Nie ze wstydu. Z zaskoczenia. Jakby nie przewidziała, że mogę to kiedyś znaleźć.
- Babciu… - zaczęła.
- Zbieraczka - powiedziałam. - Tak mnie nazywasz?
- To nie tak. To taki format, ludzie to lubią. Ja pokazuję, że ci pomagam, że się opiekuję. To pozytywne treści, babciu.
- Pozytywne? Pół miliona ludzi śmieje się z moich mioteł.
Ola odłożyła kubek. Widziałam, że szuka słów. Że w jej głowie kręci się algorytm odpowiedzi, który zadziałałby na rówieśników, ale nie na mnie.
- Babciu, ja na tym zarabiam. Mam współprace z firmami. Dzięki temu mogę ci kupować te wszystkie środki do sprzątania, te gąbki, te…
- Myślałam, że przychodzisz, bo chcesz - przerwałam jej. Głos mi się nie załamał. Pilnowałam tego.
Cisza. Ola patrzyła na swoje dłonie. Ja patrzyłam na sernik, który piekłam od piątej rano, bo zawsze chciałam, żeby był świeży na jej przyjście.
- Chcę, babciu - powiedziała w końcu. - Ale jedno nie wyklucza drugiego.
Długo nad tym myślałam po jej wyjściu. Zabrała sernik. Nie filmowała. Powiedziała, że usunie filmy, jeśli tego chcę. Że przeprasza, że nie zapytała. Że nie myślała, że to może mnie zranić, bo „babcia i tak nie siedzi w internecie".
Wieczorem sprawdziłam kanał. Filmy wciąż tam były. Może potrzebowała czasu. Może czekała, aż zapomnę. A może naprawdę zamierzała je usunąć, tylko jeszcze nie zdążyła.
Następna sobota nadchodzi za trzy dni. Upiekłam już ciasto drożdżowe ze śliwkami, bo Ola je lubi. Potem stanęłam nad tą blachą i pomyślałam: a jeśli ona nie przyjdzie? A jeśli przyjdzie, ale z telefonem schowanym tak, że go nie zobaczę? A jeśli te filmy to był jedyny powód, dla którego w ogóle pukała do moich drzwi?
Trzy miotły stoją tam, gdzie stały. Reklamówki leżą w szufladzie. Książki na regale. Wszystko na swoim miejscu. Tylko ja nie wiem, czy mam do wnuczki pretensje - czy strach, że ją stracę.