
Syn wpiął mnie w „lokalizację rodzinną" - „będę spokojniejszy, mamo". Aplikacja pokazuje w obie strony, czego chyba nie przemyślał. W piątek jego „awaria w firmie do nocy" świeciła się trzy godziny w galerii handlowej. Nic nie mówię. Patrzę.
Patrzę i piję herbatę z cytryną, którą mi zrobił we wtorek, kiedy wpadł z obiadem. Sernik od Biedronki, bo wie, że lubię. „Mamo, jedz, chuda jesteś". Trzydzieści cztery lata, a mówi do mnie tak, jakbym miała osiem. I ja się na to godzę, bo po śmierci Andrzeja trzy lata temu Tomek został mi jedyną bliską osobą na tym osiedlu na Bielanach. Córka Agnieszka w Holandii, dzwoni raz w tygodniu, w niedzielę o siódmej, jakby ustawiła budzik na matkę.
To Tomek zainstalował mi tę aplikację. Usiadł obok mnie na kanapie, wziął mojego telefonu i stuknął coś palcem. „Lokalizacja rodzinna, mamo. Będziesz widzieć, gdzie jestem, ja będę widział, gdzie ty. Jakbyś zasłabła na spacerze, jakbyś się zgubiła". Uśmiechnęłam się wtedy, bo co miałam powiedzieć? Że mam sześćdziesiąt dwa lata, chodzę co rano cztery kilometry nad Wisłą i nigdy w życiu się nie zgubiłam? Nie powiedziałam. Pomyślałam: martwi się. Niech mu będzie.
Pierwsze tygodnie były spokojne. Tomek jeździł z domu do biura na Mokotowie i z biura do domu. Czasem sklep, czasem siłownia na Służewcu. Nawet nie zaglądałam specjalnie - to nie tak, że siedziałam z nosem w telefonie. Ale człowiek widzi. Mały niebieski punkt na mapie, i wiadomo, że dziecko żyje, oddycha, jest gdzieś konkretnie. Spokój. Taki sam, jaki dawała mi kiedyś lampka w jego pokoju, widoczna spod drzwi, gdy wracałam z nocnej zmiany w księgowości szpitala na Lindleya.
Aż przyszedł ten piątek. Tomek zadzwonił o czwartej. „Mamo, awaria systemu w firmie, zostanę do nocy, pewnie wyłączę telefon, bo będziemy restartować serwery". Powiedział to szybko, takim tonem, jakim mówi się rzeczy przećwiczone przed lustrem. Znam ten ton. Słyszałam go trzydzieści lat temu, kiedy Andrzej tłumaczył, dlaczego znów nie wróci na kolację. Ale Andrzej to Andrzej, a Tomek to Tomek, więc powiedziałam „dobrze, synku" i się rozłączyłam.
O siódmej, czysto z przyzwyczajenia, zerknęłam na telefon. Niebieski punkt nie był na Mokotowie. Był w Galerii Mokotów. Pomyślałam - może wyszedł na chwilę, kupić coś do jedzenia. O ósmej nadal tam świecił. O dziewiątej - to samo. Trzy godziny w galerii handlowej, która zamyka się o dziesiątej. Żadna awaria serwerów. Żadne restartowanie.
Odłożyłam telefon ekranem do dołu. Poszłam do kuchni. Umyłam naczynia, które były czyste. Wytarłam blat, który był suchy. Ręce robiły swoje, a głowa pracowała osobno - szybko, gorączkowo, jak maszyna do szycia, którą mama trzymała kiedyś w pokoju na wsi pod Radomiem.
Rano Tomek napisał: „Ogarnęliśmy dopiero o pierwszej w nocy. Padłem". Odpisałam serduszko. Emoji, które nauczył mnie wysyłać pół roku temu. Pomyślałam, że to pierwszy raz, kiedy użyłam go jako kłamstwa.
W poniedziałek „spotkanie z klientem na Pradze" okazało się trzema godzinami w bloku na Gocławiu. We wtorek „siłownia do ósmej" - punkt stał w miejscu, którego nie rozpoznawałam, gdzieś między Ursynowem a Kabatami. W środę - rzeczywiście biuro, cały dzień, bez ściemy. W czwartek „kolacja z Bartkiem" - Tomek świecił się na Powiślu, w budynku, który na mapie nie wyglądał na żadną restaurację.
Zaczęłam sobie tłumaczyć. Może ma dziewczynę, o której nie chce mówić. Może to coś świeżego i nie chce zapeszać. A może tamta jest mężatką. Albo dużo starsza. Albo dużo młodsza. Albo - i tu serce ścisnęło mi się inaczej niż zwykle - może to nie dziewczyna. Może to chłopak. I dlatego kłamie. I dlatego te wymówki są takie drewniane, takie nieporadne, jakby budował ścianę z klocków, które nie do końca pasują.
W sobotę przyjechał z obiadem. Schabowy z Żabki, surówka w plastikowym pudełku, kompot wiśniowy w butelce - „bo taki jak twój, mamo, nikt nie robi, ale próbuję". Siedział przy stole, jadł, opowiadał o pracy. Patrzyłam na niego i myślałam: mam ci powiedzieć? Mam zapytać wprost? „Synku, gdzie byłeś w piątek, bo ja wiem, że nie w biurze"?
Nie zapytałam. Nalałam kompotu. Pokroiłam chleb. „Jedz, chudy jesteś".
Bo widzisz, jest taka chwila, kiedy matka musi zdecydować: czy chce wiedzieć, czy chce, żeby dziecko samo przyszło i powiedziało. Moja matka wybierała wiedzę - wypytywała, sprawdzała, kontrolowała. Pamiętam, jak przeszukiwała mi plecak w liceum, jak czytała pamiętnik, jak zadzwoniła do Andrzeja tydzień po naszym ślubie i powiedziała mu, że „Grażynka ma słabe nerwy i trzeba na nią uważać". Andrzej nosił to zdanie jak kamień w bucie przez całe małżeństwo. Nie chciałam być taką matką. Przez trzydzieści lat mi się udawało.
Ale teraz mam tę aplikację. I ta aplikacja zmienia wszystko, bo ja nie szukałam - to Tomek mi dał narzędzie. Sam się otworzył. Sam zaprosił mnie do swojego życia, a potem zaczął kłamać w zasięgu mojego wzroku. Czy to nie jest trochę tak, jakby zostawił otwarty pamiętnik na stole i wyszedł z pokoju?
Minął kolejny tydzień. Piątek, znowu galeria. Poniedziałek - Gocław. Środa - Powiśle. Wzorzec się powtarza. Ktoś tam jest. Ktoś, do kogo mój syn jeździ regularnie i o kim nie chce mi powiedzieć.
W niedzielę zadzwoniła Agnieszka. Siódma wieczór, jak w zegarku. „Co u Tomka, mamo?" Powiedziałam: „Dobrze, dużo pracuje". Agnieszka westchnęła: „On zawsze dużo pracuje". I rozłączyła się, bo mała Zosia płakała w tle.
Siedzę teraz w kuchni, jest czwartek, dwudziesta druga, a punkt Tomka świeci na Powiślu. Herbata wystygła. Za oknem kasztanowce kwitną tak intensywnie, że aż widać je w latarniach. Andrzej mawiał, że kasztany kwitną tylko dla tych, którzy podnoszą głowę. Ja teraz nie mogę oderwać oczu od telefonu.
Mogłabym wyłączyć tę aplikację. Jedno stuknięcie palcem i niebieski punkt znika, a razem z nim te wszystkie pytania, na które może nie chcę znać odpowiedzi. Mogłabym poczekać, aż Tomek sam powie - za miesiąc, za pół roku, kiedy będzie gotowy. A mogłabym jutro, gdy przyjedzie z obiadem, postawić przed nim herbatę i powiedzieć spokojnie: „Synku, ta aplikacja działa w obie strony".
Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że odkąd Tomek dał mi ten telefon z niebieskim punktem, żeby miał spokój - spokój straciłam ja.