
Przy wymianie mebli syn „przy okazji" zabrał mój telewizor: „daję ci nasz, mamo, prawie nowy". Ich „prawie nowy" jest o połowę mniejszy i pilot ma cyferki jak dla mrówek. W niedzielę na wideorozmowie kadr się przesunął - mój telewizor wisi u nich w sypialni. Sam się przyznał.
Chciałam coś powiedzieć, ale palce mi zdrętwiały na ekranie telefonu. Maciek mówił dalej o czymś - chyba o wakacjach, o Grecji, o tym, że Paulina znalazła tani lot - a ja patrzyłam na tę ścianę za jego plecami i czułam, jak mi się coś zaciska w gardle. Mój telewizor. Ten sam, który kupiłam sobie w grudniu za całą trzynastkę, bo pierwszy raz w życiu chciałam mieć coś porządnego, z dobrym obrazem, żeby wieczorami oglądać filmy i nie mrużyć oczu.
- Mamo, słyszysz mnie? - Maciek nachylił się do kamery. - Mamo?
- Słyszę - powiedziałam. - Ładnie wam w tej sypialni.
Chyba coś wyczuł, bo zmienił temat. Pożegnaliśmy się szybko. Odłożyłam telefon, usiadłam na kanapie i przez dobre pięć minut gapiłam się w ten mały ekranik, który mi zostawili. Dwadzieścia kilka cali. Pilot z cyferkami tak drobnymi, że muszę zakładać okulary, żeby zmienić kanał. A i tak się mylę i zamiast jedynki wciskam siódemkę.
Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat mieszkam sama w bloku na Gocławiu, w tym samym mieszkaniu, w którym wychowałam dwóch synów. Maciek jest starszy - trzydzieści osiem lat, inżynier w firmie budowlanej, żona Paulina, dwoje dzieci. Młodszy, Bartek, trzydzieści trzy lata, pracuje w Norwegii na platformie, wraca raz na dwa miesiące. Mąż, Rysiek, odszedł pięć lat temu - nie umarł, po prostu odszedł. Do koleżanki z pracy. Ale to inna historia i nie o nim chcę mówić.
Chcę mówić o telewizorze. Bo to nie jest historia o telewizorze.
Kiedy Maciek zadzwonił w marcu i powiedział, że z Pauliną chcą mi wymienić meble w salonie na nowe, bo „mamo, ta meblościanka pamięta Gierka", ucieszyłam się. Naprawdę. Pomyślałam - jaki kochany syn, myśli o matce. Umówiliśmy się na sobotę, przyjechali z kolegą Maćka i busem. Wynosili starą meblościankę, wnosili nowe półki, komodę. Byłam w kuchni, robiłam kanapki i herbatę, bo jak to - chłopy pracują, trzeba nakarmić.
W pewnym momencie Maciek stanął w drzwiach kuchni i powiedział to zdanie, które do dziś mi brzmi w uszach:
- Mamo, my ci damy nasz telewizor, prawie nowy, a twój zabierzemy, bo i tak nie pasuje do nowych mebli. Będzie ci lepiej, zobaczysz.
Powiedział to takim tonem - lekkim, rzeczowym, jakby proponował zamianę kubków. Nie zapytał. Poinformował. Ja stałam z nożem do smarowania masła w ręku i kiwnęłam głową. Bo co miałam zrobić? Kłócić się przy obcym człowieku? Przy jego koledze, który dźwigał moje półki?
- Dobrze, synku - powiedziałam.
I tyle. Mój telewizor - pięćdziesiąt pięć cali, kupiony za własne pieniądze, pierwszy w życiu porządny - wyjechał busem razem ze starą meblościanką. A na jego miejscu stanął ich „prawie nowy". Okazało się, że ma pęknięcie w rogu obudowy i rysę na ekranie, której nie widać, dopóki nie padnie na nią słońce. Wtedy widać aż za dobrze.
Przez pierwszy tydzień myślałam, że przesadzam. Że to tylko telewizor. Że syn chciał dobrze, że może rzeczywiście ten mniejszy lepiej pasuje do nowej komody. Powtarzałam to sobie wieczorami, kiedy mrużyłam oczy na napisy w filmie i szukałam okularów, żeby trafić w przycisk pilota.
A potem przyszła ta niedzielna wideorozmowa.
Maciek opowiadał o lotach do Grecji i w pewnym momencie podniósł się z krzesła, żeby coś pokazać Paulinie - i kamera się przesunęła. Za nim, na ścianie sypialni, wisiał telewizor. Mój telewizor. Rozpoznałam go od razu - tę samą srebrną ramkę, ten sam rozmiar. Wiedziałam, że to on, bo na lewym dolnym rogu miałam przyklejoną maleńką naklejkę ze sklepu, której nigdy nie odkleiłam. Widziałam ją wyraźnie.
Maciek musiał zobaczyć coś w mojej twarzy, bo usiadł z powrotem i zamilkł. A potem powiedział cicho:
- To... no, mamo, potrzebowaliśmy do sypialni. Nasz stary się zepsuł.
Nie „prawie nowy". Stary. Ten, który u nich stał w sypialni od lat - zepsuł się. Więc oddali go mnie jako „prawie nowy", a sobie wzięli mój. Wszystko do siebie pasowało. Pęknięta obudowa, rysa, malutki ekran. Oddali mi złom, a zabrali rzecz, którą kupiłam za ciężko zarobione pieniądze.
- Maciek - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło. - Ten telewizor, który mi zostawiłeś, nie jest prawie nowy. On jest zepsuty.
Cisza. Słyszałam, jak Paulina w tle mówi coś do dzieci. Maciek pocierał kark, tak jak Rysiek, kiedy kłamał.
- No... miał drobną usterkę. Ale działa, nie? Mamo, kupię ci kiedyś nowy, jak dostanę premię.
Kiedyś. Jak dostanę premię. Znam te „kiedyś". Rysiek też miał „kiedyś" naprawić kran w łazience. Przez osiemnaście lat kapał.
- Nie musisz mi kupować - powiedziałam. - Oddaj mój.
Znowu cisza. Dłuższa.
- Mamo, no nie rób problemu z byle czego. To telewizor, nie brylantowa bransoletka.
Rozłączyłam się. Pierwszy raz w życiu rozłączyłam się z synem. Ręce mi się trzęsły. Usiadłam na kanapie i patrzyłam na ten mały, porysowany ekranik i myślałam: czy ja przesadzam? Czy jestem starą zrzędą, która robi awanturę o telewizor?
A potem pomyślałam o czymś innym. O tym, jak rok temu dałam Maćkowi pięć tysięcy na naprawę samochodu - bez słowa, bez pytania, kiedy odda. O tym, jak pilnuję jego dzieci co drugi weekend, żeby z Pauliną mogli gdzieś wyjść. O tym, jak na Wigilię gotuję dwanaście potraw, bo „mamo, u ciebie najlepiej". O tym, jak nigdy w życiu nie powiedziałam „nie", kiedy którykolwiek z synów czegoś potrzebował.
I o tym, jak łatwo przychodzi im brać.
Bartek zadzwonił z Norwegii we wtorek. Ktoś mu powiedział - pewnie Maciek - bo zaczął od: „Mamo, słyszałem o tym telewizorze. Nie przejmuj się, zrzucę się z Maćkiem i kupimy ci nowy".
- Nie chcę nowego - powiedziałam. - Chcę swój.
- Ale mamo...
- Bartek, czy ty rozumiesz, o co mi chodzi? Nie o telewizor. O to, że wasz brat wszedł do mojego domu i zabrał moją rzecz, bo uznał, że mu się bardziej przyda. I nawet nie zapytał.
Bartek milczał chwilę, a potem powiedział coś, co mnie zabolało bardziej niż cała reszta:
- Mamo, może trochę to rozdmuchujesz? Maciek nie miał złych intencji.
Nie miał złych intencji. Nikt nigdy nie ma złych intencji. Rysiek też nie miał, kiedy odchodził. „To nie przeciwko tobie, Halina". Maciek nie miał, kiedy zabierał mi telewizor. Paulina nie ma, kiedy dzwoni tylko wtedy, gdy potrzebuje opiekunki do dzieci. Nikt nigdy nie chce źle. A ja siedzę sama w mieszkaniu na Gocławiu, mrużę oczy w mały ekran i zastanawiam się, kiedy właściwie stałam się osobą, od której można brać bez pytania.
Minął tydzień. Maciek nie zadzwonił. Nie odezwał się ani słowem. Ani przepraszam, ani nic. Cisza jak po klaps na filmie.
W sobotę rano ktoś zadzwonił domofonem. Otworzyłam - Maciek. Stał z dużym pudłem pod pachą, spocony, jakby niósł je z samochodu biegiem. Postawił na podłodze w przedpokoju i powiedział:
- Twój telewizor. Przepraszam, mamo.
Patrzył gdzieś w bok, na wieszak z moim płaszczem. Nie na mnie. Stałam w szlafroku, w ręku trzymałam kubek z herbatą i czekałam, aż coś jeszcze powie. Ale nic nie powiedział. Założył buty i wyszedł. Nawet nie wszedł do środka.
Podeszłam do okna i patrzyłam, jak wsiada do samochodu. Siedział chwilę za kierownicą, nie ruszając. Potem odjechał.
Telewizor stoi teraz w przedpokoju, w tym pudełku. Nie podłączyłam go. Od tygodnia patrzę na niego za każdym razem, kiedy idę do kuchni, i nie potrafię się zmusić, żeby go rozpakować. Bo jeśli go podłączę - to znaczy, że wszystko jest w porządku. A ja nie wiem, czy jest.
Syn oddał telewizor. Ale nie wiem, czy oddał mi to, co naprawdę zabrał.