Od miesięcy słyszę, że „wymyślam z tym ciśnieniem" i szkoda na prywatnego. W niedzielę przy stole zakręciło mi się w głowie. Ciśnieniomierz wnuczki pokazał sto dziewięćdziesiąt na sto. Córka najpierw sprawdziła, czy baterie są dobre.

Nie ciśnieniomierz. Baterie.

Siedziałam z ręką na czole, przed oczami latały mi mroczki, a Kasia stała nade mną, obracała to urządzenie w dłoniach i szukała klapki od baterii. Jakbym była starą telewizorką, co źle pokazuje, bo coś się poluzowało w pilocie. Wnuczka Zuzia - ta, która przyniosła ciśnieniomierz ze swojego plecaka, bo miała go na biologię - patrzyła to na mnie, to na matkę, i milczała. Ma dwanaście lat i więcej taktu niż niejedna dorosła osoba.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt trzy lata i od półtora roku jestem na emeryturze. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Pradze. Trzy piętra, ciasna klatka, zapach środka do podłóg i niekończące się teczki. Myślałam, że emerytura będzie odpoczynkiem. Że wreszcie się sobą zajmę. Że córka - jedyne dziecko, które mi zostało po tym, jak syn Michał wyjechał do Irlandii piętnaście lat temu i odzywa się raz na kwartał - będzie przy mnie. Wsparciem. Że wreszcie porozmawiamy jak dwie dorosłe kobiety.

Ale Kasia ma swój świat. I w tym świecie moje dolegliwości są przesadą.

Zaczęło się od jesieni. Budziłam się z bólem głowy, takim tępym, jakby ktoś mi zacisnął opaskę na skroniach. Mierzyłam ciśnienie u sąsiadki Danuty z trzeciego piętra - ta ma ciśnieniomierz jeszcze po mężu. Wyniki były różne, ale często powyżej stu sześćdziesięciu. Poszłam do lekarza pierwszego kontaktu. Pan doktor przepisał mi jakieś tabletki, kazał mierzyć regularnie i przyjść za miesiąc. Powiedziałam o tym Kasi przy niedzielnym obiedzie.

- Mamo, nie przesadzaj. Po sześćdziesiątce każdy ma wyższe ciśnienie - powiedziała, nakładając Zuzi ziemniaki. - Bierzesz te tabletki i tyle. Nie rób z siebie chorej.

- Ale doktor mówił, że mogę potrzebować kardiologa.

- Prywatnie? Wiesz, ile to kosztuje? A na NFZ poczekasz trzy miesiące, i dobrze ci zrobi, bo się uspokoisz.

Przełknęłam to razem z rosołem. Pomyślałam, że może rzeczywiście przesadzam. Może to stres, zmiana pogody, za dużo kawy. Pokolenie mojej matki nie chodziło po kardiologach i jakoś żyło. Chociaż - przypomniałam sobie nagle - mama umarła na udar w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat. Ale to był inny czas, inne warunki. Prawda?

Przez kolejne tygodnie starałam się nie mówić o ciśnieniu. Kasia dzwoniła co kilka dni, pytała, co u mnie, opowiadała o Zuzi, o pracy, o tym, że Darek - jej mąż - znowu jedzie w delegację. Ja mówiłam, że wszystko dobrze. Że chodzę na spacery. Że upiekłam sernik.

Nie mówiłam, że trzy razy w tygodniu budzę się z takim szumem w uszach, jakby ktoś puścił mi odkurzacz przy głowie. Że raz na bazarku na Grochowskiej musiałam przystanąć i usiąść na ławce, bo nogi się pode mną ugięły. Że Danuta z trzeciego piętra powiedziała mi, żebym nie żartowała ze zdrowiem, i że jej Tadek tak samo mówił, że nic mu nie jest, a potem jednego ranka nie wstał.

Danuta to jedyna osoba, która słucha.

- Halinka, idź do tego kardiologa - powtarzała przy herbacie z cytryną, w swoim mieszkaniu pachnącym lawendowym odświeżaczem. - Weź do ręki te dwieście złotych i idź. Zdrowie masz jedno.

- Ale Kasia mówi, że wymyślam.

- A co Kasia wie? Kasia ma trzydzieści osiem lat i myśli, że jest nieśmiertelna. Poczekaj, aż ją złapie kręgosłup. Wtedy pogadamy.

Danuta ma rację. Wiem, że ma rację. Ale jest coś gorszego niż choroba. Coś, co mnie zjada bardziej niż ten szum w uszach i ten ucisk w skroniach. To jest to uczucie, że moje dziecko patrzy na mnie i widzi osobę, która przeszkadza. Która wymyśla. Która chce uwagi.

A ja chcę tylko, żeby ktoś mnie usłyszał.

W niedzielę przyszły na obiad jak zwykle. Kasia z Zuzią - Darek był w tej swojej delegacji. Ugotowałam rosół, były kotlety mielone, surówka z buraczków. Zuzia opowiadała o projekcie z biologii - musi przez tydzień mierzyć ciśnienie domownikom i zapisywać wyniki. Wyciągnęła z plecaka ciśnieniomierz nadgarstkowy, taki mały, elektroniczny.

- Babciu, mogę ci zmierzyć? Na ocenę! - powiedziała z takim entuzjazmem, że nie potrafiłam odmówić.

Założyła mi mankiet na nadgarstek. Nacisnęła guzik. Czekałyśmy. Urządzenie pisnęło.

Zuzia spojrzała na wyświetlacz i zrobiła wielkie oczy.

- Sto dziewięćdziesiąt na sto - przeczytała powoli, jakby nie wierzyła własnym oczom.

I wtedy właśnie zakręciło mi się w głowie. Naprawdę, mocno. Złapałam się blatu stołu, talerz z rosołem pojechał, trochę się wylało na obrus. Zuzia krzyknęła. A Kasia - moja Kasia, moje jedyne dziecko na wyciągnięcie ręki - wzięła ciśnieniomierz, obróciła go, otworzyła klapkę z tyłu i powiedziała:

- Pewnie baterie słabe. Te nadgarstkowe to badziewie, na ocenę wystarczy, ale wyników poważnie bym nie traktowała.

Siedziałam i patrzyłam na nią. Zuzia patrzyła na mnie. I w oczach tej dwunastolatki zobaczyłam coś, czego nie widziałam w oczach jej matki od bardzo dawna. Zobaczyłam strach.

- Mamo, napij się wody i nie rób scen - powiedziała Kasia, podając mi szklankę.

Nie odpowiedziałam. Wypiłam wodę. Zjadłam obiad. Posprzątałam. Pożegnałam je przy drzwiach. Zuzia przytuliła mnie mocniej niż zwykle. Kasia pocałowała mnie w policzek i powiedziała - jak zawsze - „trzymaj się, mamo".

Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami. Stałam tak pewnie pięć minut.

Potem podeszłam do szafki w przedpokoju, otworzyłam szufladę i wyciągnęłam kopertę, w której trzymam pieniądze „na czarną godzinę". Przeliczyłam. Wystarczy na prywatną wizytę u kardiologa i na podstawowe badania. Może nawet na dwie wizyty.

Danuta dała mi numer do dobrego specjalisty na Saskiej Kępie. Zadzwonię rano.

Kasi nie powiem. Nie dlatego, że się boję jej reakcji. Nie dlatego, że nie chcę słyszeć, jak mówi, że wymyślam. Nie powiem jej, bo zrozumiałam coś w niedzielę, przy tym stole, z rosołem na obrusie i ciśnieniomierzem w rękach mojej wnuczki.

Zrozumiałam, że moja córka nie wierzy, że mogę być chora, bo nie dopuszcza do siebie myśli, że mogłaby mnie stracić. Że łatwiej jej powiedzieć „wymyślasz", niż usiąść obok mnie i powiedzieć „boję się, mamo". Że te baterie, które sprawdzała, to nie był brak empatii. To był pancerz.

Albo się mylę. Albo po prostu jestem dla niej ciężarem, który narzeka.

Nie wiem, które jest gorsze. I nie wiem, co zrobię, kiedy kardiolog powie mi coś, czego Kasia nie będzie mogła zlekceważyć. Czy wtedy wreszcie na mnie spojrzy? Czy znowu sprawdzi baterie?

Na lodówce wisi magnes, który Zuzia mi kupiła na wycieczce szkolnej. Napisane jest na nim: „Babcia ma zawsze rację". Uśmiechałam się, kiedy go wieszałam.

Teraz patrzę na niego i myślę - wolałabym jej nie mieć.