W nocy przeszła burza stulecia. O drugiej zadzwonił ośmioletni wnuk: „babciu, boisz się? bo my trochę". Siedzieliśmy na telefonie we trójkę - on, młodsza i ja - licząc sekundy od błysku do grzmotu, jak uczył dziadek. Zasnęli przy słuchawce. Rodzice przespali wszystko. Burza była moja.

Leżałam potem w ciemności z telefonem na poduszce. Słyszałam przez głośnik dwa ciche oddechy - Kubuś chrapał delikatnie, jak zawsze, Hania oddychała cicho, prawie niesłyszalnie. Nie rozłączałam się jeszcze długo. Burza ucichła gdzieś koło trzeciej, ale ja i tak nie mogłam zasnąć. Nie ze strachu. Z czegoś zupełnie przeciwnego.

Rano Małgorzata, moja córka, zadzwoniła o siódmej. „Mamo, dlaczego Kubuś ma telefon pod poduszką? I dlaczego jest połączenie z tobą na trzy godziny czterdzieści minut?"

Powiedziałam prawdę. Że dzwonił w nocy, że się bali, że siedzieliśmy na telefonie, aż zasnęli.

Cisza. A potem Małgorzata powiedziała coś, co we mnie siedzi do dzisiaj: „Mamo, następnym razem obudź mnie. To moje dzieci."

I w sumie miała rację. Ale ta racja bolała jak kamień w bucie - niby mały, a nie da się iść dalej.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od dwóch lat mieszkam sama w bloku na Gocławiu. Henryk odszedł trzy lata temu - nie od mnie, po prostu odszedł. Rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do końca. Mieszkanie po nim zostało za duże, za ciche i pełne jego rzeczy, których nie potrafię ruszyć. Jego kurtka wisi w przedpokoju. Parasol przy drzwiach. Zegarek na komodzie, bo zawsze go tam kładł, kiedy wracał ze szkoły - Henryk uczył fizyki przez trzydzieści jeden lat.

To on nauczył wnuki liczyć sekundy od błyskawicy. „Trzy sekundy to kilometr" - mówił Kubusiowi, kiedy chłopak miał może pięć lat i siedział mu na kolanach na balkonie, patrząc na letnie wyładowania nad Wisłą. „Jak doliczysz do piętnastu, to burza jest daleko i nie ma się czego bać." Kubuś pamięta. Hania była za mała, żeby pamiętać dziadka, ale pamięta tę zabawę, bo brat ją nauczył.

Małgorzata jest moją jedyną córką. Czterdzieści lat, nauczycielka angielskiego w liceum na Pradze, mąż Dariusz - informatyk, cichy człowiek, dobry ojciec, ale taki, co jak zaśnie, to armata nie obudzi. Mieszkają piętnaście minut ode mnie autobusem. Niby blisko. Ale od śmierci Henryka coś się między nami zmieniło. Nie umiem tego nazwać. Małgorzata jakby się cofnęła o krok. Nie kłócimy się. Nie ma awantur. Jest gorzej - jest uprzejmość.

Dzwoni co trzy dni, pyta, czy wzięłam leki, czy byłam u lekarza, czy coś potrzebuję z Biedronki. Przychodzi w niedzielę na obiad z dziećmi. Ale kiedy próbuję pogadać o czymś głębszym - o Henryku, o tym, jak się czuję, o samotności - zmienia temat. „Mamo, nie zamartwiaj się. Mamo, może byś poszła na basen. Mamo, a może jakieś warsztaty w domu kultury?"

Ja nie chcę warsztatów. Ja chcę, żeby ktoś ze mną posiedział i powiedział, że też za nim tęskni.

Ta nocna burza coś otworzyła. Kubuś zadzwonił, bo mu ufał. Bo wiedział, że babcia odbierze o każdej porze. Bo wiedział, że babcia nie powie „idź spać, to tylko burza". I ja odebrałam, i liczyliśmy sekundy, i śmialiśmy się, kiedy grzmot był tak blisko, że aż Hania pisnęła, i ja powiedziałam „ojej, ta była blisko, co?" zamiast „nie bójcie się". Bo Henryk mnie nauczył, że dzieci nie potrzebują ukrywania strachu. Potrzebują kogoś, kto się boi razem z nimi i robi z tego przygodę.

Ale Małgorzata usłyszała co innego. Usłyszała, że jej dzieci dzwonią do babci, nie do niej. Usłyszała, że przespała burzę, podczas której jej ośmiolatek szukał pocieszenia. I to ją zabolało.

Spotkałyśmy się trzy dni później na kawie. Sama zaprosiłam, zrobiłam sernik, bo Małgorzata lubi z rodzynkami, a ja wolę bez, więc połowę dałam z rodzynkami, połowę gładką. Taki nasz kompromis od lat.

Siedziałyśmy w kuchni. Małgorzata kroiła sernik i nie patrzyła na mnie.

- Mamo, ja nie mówię, że zrobiłaś coś złego - zaczęła wreszcie. - Ale ja... czuję się, jakbym przegrywała jakiś konkurs, o którym nawet nie wiedziałam, że się odbywa.

- Jaki konkurs?

- Na najlepszą. Na tę, do której dzwonią w nocy. Na tę, która uczy liczyć sekundy.

Odłożyłam kubek. Herbata stygła. Za oknem kwitła lipa, ta sama, na którą patrzyłam od trzydziestu lat z tej samej kuchni.

- Gosiu - powiedziałam cicho, bo tak na nią mówię, kiedy sprawa jest poważna. - To nie jest konkurs. Kubuś zadzwonił, bo nie chciał cię budzić. Tak powiedział: „nie chcemy budzić mamy, bo jutro ma ciężki dzień".

Małgorzata odwróciła się do okna. Ramiona jej drżały. Nie płakała - powstrzymywała się. Jak zawsze. Jak od trzech lat. Jak na pogrzebie Henryka, kiedy stała prosto jak świeczka i trzymała mnie pod rękę, i ani jedna łza.

- Ja wiem, mamo. Ale ja chcę być tą osobą, do której dzwonią. Rozumiesz? Chcę być potrzebna. A ty... ty to robisz tak naturalnie, że ja przy tobie czuję się jak statysta we własnym domu.

To zdanie mnie zatrzymało. Bo ja myślałam, że daję. Że pomagam. Że odciążam córkę, która pracuje na pełen etat i ciągnie dom, i dzieci, i męża, który zarabia dobrze, ale emocjonalnie bywa nieobecny. A ona czuła się... zepchnięta.

Siedzieliśmy długo w ciszy. Sernik stygł. Lipa szumiała za oknem.

- Może następnym razem - powiedziałam w końcu - Kubuś zadzwoni do ciebie. I wy razem policzycie sekundy.

Małgorzata pokręciła głową.

- Nie, mamo. Następnym razem to ja się obudzę sama. Bez telefonu od nikogo. Bo ja powinnam wiedzieć, że moje dzieci się boją. Ja powinnam to czuć.

Nie wiedziałam, co na to odpowiedzieć. Bo rozumiałam ją. Ale rozumiałam też Kubusia, który w ciemności, w środku burzy, instynktownie wybrał mój numer. I rozumiałam siebie - samotną kobietę w pustym mieszkaniu, dla której ten telefon o drugiej w nocy był jak dowód, że jeszcze jest komuś potrzebna. Że jeszcze jest po co żyć w tym za dużym mieszkaniu z kurtką Henryka w przedpokoju.

Małgorzata wyszła koło piątej. W drzwiach odwróciła się, objęła mnie i powiedziała: „Sernik był dobry. Dzięki, mamo." Ale w jej głosie było coś jeszcze - nie złość, nie pretensja, raczej zmęczenie. Takie głębokie zmęczenie kobiety, która stara się ogarnąć wszystko i nagle odkrywa, że ktoś inny ogarnia to lepiej.

Wieczorem Kubuś przysłał mi zdjęcie tęczy - „babciu patrz, po burzy zawsze jest!". Uśmiechnęłam się. Potem pomyślałam o Małgorzacie i uśmiech trochę mi zrzedł.

Nie wiem, co zrobię przy następnej burzy. Nie wiem, czy odebrać telefon, jeśli zadzwoni. Nie wiem, czy to, co robię z miłości, nie zabiera czegoś mojej córce.

Wiem tylko, że tamtej nocy, kiedy liczyliśmy sekundy od błysku do grzmotu, byłam szczęśliwa. I że chyba nie powinnam za to przepraszać.

Chyba.