
Pani Zdzisia z szatni w przychodni odchodzi na emeryturę - trzydzieści lat brała ode mnie płaszcz i mówiła „zdrówka". Zorganizowałyśmy z pacjentkami zrzutkę: kwiaty, bombonierka, laurka podpisana przez sześćdziesiąt osób z kolejek. Płakała w okienku. Od poniedziałku wisi za nim kartka: „Zdzisiu, zdrówka! - Twoje kolejki".
A ja teraz stoję w tym korytarzu przychodni na Mokotowie, patrzę na tę kartkę i nie mogę się ruszyć. Bo za okienkiem siedzi nowa pani - młoda, sprawna, uprzejma. Podaje numerek, bierze kurtkę. Nie mówi „zdrówka". Nie mówi nic. I dopiero wtedy rozumiem, co właściwie straciłam.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt jeden lat i chodzę do tej przychodni od przeprowadzki na Sadybę w dziewięćdziesiątym trzecim roku. Trzydzieści lat. Dokładnie tyle, ile pani Zdzisia pracowała w szatni. Zaczęłyśmy razem, choć żadna z nas o tym nie wiedziała.
Pierwszy raz zobaczyłam ją w grudniu. Pamiętam, bo byłam w ciąży z Olą, moją pierwszą, i miałam kontrolę u ginekologa. Przychodnia śmierdziała farbą, bo właśnie po remoncie. Podeszłam do okienka szatni, podałam mokry od śniegu płaszcz, a kobieta za ladą - niewysoka, w niebieskim fartuchu, z krótkimi kręconymi włosami - wzięła go, powiedziała „zdrówka" i uśmiechnęła się tak, jakby mnie znała od lat.
- Dziękuję - powiedziałam trochę zaskoczona.
- A co tam dziękować, ja tu po to jestem - odpowiedziała i popatrzyła na mój brzuch. - Chłopczyk czy dziewczynka?
- Jeszcze nie wiem.
- To niech będzie zdrowe, reszta się ułoży.
Nie zapomniałam tego zdania. „Reszta się ułoży". Powtarzałam je sobie potem setki razy, w różnych momentach życia. Kiedy Ola dostała zapalenia płuc w wieku dwóch lat. Kiedy Andrzej, mój mąż, stracił pracę w fabryce kabli i przez pół roku siedział w domu, coraz bardziej milczący. Kiedy odkryłam guzek w piersi i jechałam na biopsję z trzęsącymi się rękami - wtedy też przeszłam przez szatnię, a pani Zdzisia powiedziała swoje „zdrówka" i ja pomyślałam: tak, zdrówka, tego mi teraz trzeba najbardziej.
Guzek okazał się łagodny. Andrzej znalazł robotę. Ola wyrosła na mądrą dziewczynę, skończyła pedagogikę, uczy teraz w podstawówce na Ursynowie. Urodziłam jeszcze Maćka, pięć lat po Oli. Życie szło dalej. I zawsze, przy każdej wizycie w przychodni - a z dwójką dzieci to było ciągle - mijałam szatnię i słyszałam „zdrówka".
To zabawne, jak mało wiemy o ludziach, którzy są w naszym życiu od zawsze. Przez trzydzieści lat nie wiedziałam, czy pani Zdzisia ma dzieci. Nie znałam jej nazwiska. Nie wiedziałam, gdzie mieszka, ile ma lat, co robi po pracy. Wiedziałam tylko, że jest. Że stoi za tym okienkiem, bierze mój płaszcz na wieszak, podaje numerek i mówi to swoje jedno słowo, które jakoś wszystko naprawiało.
Dopiero w zeszłym roku, kiedy siedziałam w kolejce do internisty - bo ciśnienie mi skoczyło, bo stres, bo Maciek ogłosił, że wyprowadza się do Irlandii - usłyszałam, jak pani Zdzisia rozmawia z panią Krystyną, moją sąsiadką z bloku.
- A córka daleko? - pytała Krystyna.
- W Gdańsku. Przyjeżdża raz na dwa miesiące. Ale dzwoni, dzwoni codziennie.
- A mąż?
Cisza. Potem cicho: - Osiem lat już. Rak trzustki. Szybko poszło.
Siedziałam trzy krzesła dalej i poczułam, jak mi ściska gardło. Osiem lat. To znaczy, że przez osiem lat przychodziłam do niej ze swoimi problemami - z ciśnieniem, z kolanem, z bólem kręgosłupa - a ona stała za tym okienkiem z własną, o wiele cięższą historią. I codziennie mówiła „zdrówka". Każdemu. Bez wyjątku.
Pomysł na zrzutkę wyszedł od Joli, mojej koleżanki z pracy. Obie jesteśmy księgowymi w firmie budowlanej na Służewcu, obie chodzimy do tej samej przychodni. Jola usłyszała od rejestratorki, że pani Zdzisia kończy w piątek. Piątek. Za tydzień. Nikt nie planował żadnego pożegnania, bo kto się żegna z panią z szatni? Dyrekcja pewnie kupi jakiś bukiet, powie „dziękujemy za współpracę" i tyle.
- To za mało - powiedziała Jola i ja wiedziałam, że ma rację.
Zaczęłyśmy od sąsiadek z osiedla. Krystyna dorzuciła trzydzieści złotych i powiedziała: „Napisz na laurce, że od pani z trzeciego, która zawsze gubiła numerek". Potem pani Halina z parteru, potem Teresa, która chodzi do tej przychodni od osiemdziesiątego piątego roku, potem jakiś pan z wąsami, którego nie znam, ale powiedział: „Pani Zdzisia? Ta, co mówi zdrówka? Proszę, stówa". Potem przyszły podpisy od ludzi z kolejek - zupełnie obcych, którzy reagowali na jedno zdanie: „Pani Zdzisia odchodzi na emeryturę". Jakby wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi.
W czwartek wieczorem siedziałam z Jolą w mojej kuchni i liczyłyśmy podpisy na laurce. Sześćdziesiąt. Sześćdziesiąt osób, które pamiętały panią z szatni. Kupiłyśmy kwiaty - kolorowe frezje, bo ktoś powiedział, że Zdzisia lubi frezje - i bombonierkę z Wedla, taką w granatowym pudełku.
W piątek podeszłam do okienka jako pierwsza, zanim otworzyła się rejestracja. Pani Zdzisia siedziała jak zwykle, w niebieskim fartuchu, z tymi samymi kręconymi włosami, tylko zupełnie siwymi.
- O, pani Bożenka! Dzień dobry! Zdrówka!
Podałam jej kwiaty. Potem laurkę. Za mną stanęła Jola. Za Jolą Krystyna. Za Krystyną Teresa. Za Teresą pan z wąsami. Kolejka rosła, ale nikt się nie spieszył. Pani Zdzisia otworzyła laurkę, przeczytała pierwsze zdanie i zaczęła płakać. Cicho, bez słowa, tylko łzy po policzkach i dłoń przyciśnięta do ust.
- Trzydzieści lat - powiedziała w końcu. - Trzydzieści lat i nikt... nikt nigdy... - Nie dokończyła.
Ja też płakałam. I Jola. I Krystyna. I ten pan z wąsami, choć udawał, że poprawia okulary.
Teraz jest poniedziałek. Stoję przed pustym okienkiem, za którym wisi kartka napisana flamastrem na kartonie: „Zdzisiu, zdrówka! - Twoje kolejki". Nowa pani z szatni patrzy na mnie znad lady, czeka na płaszcz. Podaję jej kurtkę, biorę numerek.
- Dziękuję - mówię.
- Proszę - odpowiada. Nic więcej.
Siadam na krześle w korytarzu i myślę o tym, że przez trzydzieści lat nie powiedziałam pani Zdzisi jednej rzeczy. Nigdy nie zapytałam, jak się czuje. Nigdy nie powiedziałam: „A pani? Jak pani zdrowie?". Zawsze brałam to swoje „zdrówka" i szłam dalej, do gabinetu, do swoich spraw, do swojego życia. Sześćdziesiąt osób podpisało się na laurce. Ale żadna z nas nie wpadła na to wcześniej.
Mam w telefonie numer do córki pani Zdzisi - dała mi go Krystyna. Mogłabym zadzwonić. Zaprosić na herbatę. Powiedzieć to, czego nie powiedziałam przez trzy dekady. Albo mogę uznać, że laurka i frezje wystarczyły. Że tamte łzy w okienku zamknęły sprawę. Że nie trzeba więcej.
Kręcę telefonem w dłoniach. Korytarz pachnie środkiem do dezynfekcji i czymś słodkim - pewnie ktoś przyniósł pączki na zmianę. Zza ściany słychać przytłumiony głos lekarki. Zwykły poniedziałek w przychodni, tylko że coś się zmieniło i nie wiem jeszcze, czy na gorsze, czy po prostu - na inne.
Otwieram kontakty. Palec zawisa nad numerem.