
Co niedzielę mówię sobie: „wpadnę do mamy" - i co niedzielę coś wypada. Dziś wypadło mi spojrzeć w kalendarz: ostatni raz byłam u niej w maju. Zadzwoniłam; odebrała po drugim sygnale, jakby siedziała przy aparacie. „Nic się nie stało, córciu, ja tu zawsze jestem." Przez to „zawsze" nie zasnę.
Leżałam w ciemności i słuchałam, jak Andrzej obok mnie oddycha miarowo, spokojnie. Zazdrościłam mu tego. On potrafi zasnąć w trzy minuty, niezależnie od tego, co się wydarzyło w ciągu dnia. A ja miałam w uszach głos mamy - ten ciepły, spokojny, nieco zachrypnięty głos, który brzmiał dokładnie tak samo jak dwadzieścia lat temu, kiedy dzwoniłam z akademika w Poznaniu. „Ja tu zawsze jestem." Zawsze. Jakby czas się dla niej zatrzymał.
Ale nie zatrzymał się. Mama ma siedemdziesiąt trzy lata. Mieszka sama na trzecim piętrze w bloku na Gocławiu, odkąd tata odszedł pięć lat temu. Nie umarł - odszedł. Do Ireny z dawnej pracy. Mama powiedziała wtedy tylko: „No trudno, córciu, widocznie tak miało być." Nie płakała. Przynajmniej nie przy mnie.
Nazywam się Jolanta, mam czterdzieści dwa lata, pracuję w księgowości w firmie na Mokotowie. Dwa razy w tygodniu odwożę syna Kubę na trening, raz w tygodniu jeżdżę z córką Olą na angielski, w soboty Andrzej mówi „może byśmy gdzieś wyszli", a ja mówię „może", i zwykle kończymy na kanapie przed telewizorem. Niedziela. Niedziela to ten dzień, kiedy miałam odwiedzać mamę.
Maj. Byłam u niej w maju. Przyniosłam ciasto z cukierni, bo nie zdążyłam upiec. Mama powiedziała „piękne, córciu" i postawiła je na stole obok swojego sernika, który - jak się okazało - upiekła specjalnie na moją wizytę. Zjadłyśmy po kawałku każdego. Siedziałyśmy w kuchni, piłyśmy herbatę z cytryną, mama opowiadała o sąsiadce z drugiego piętra, która znowu zalewała łazienkę. Zwykły dzień. Nic szczególnego. Wyszłam po dwóch godzinach, bo Kuba miał mecz.
Od maja do października. Pięć miesięcy. Dwadzieścia dwie niedziele.
Próbowałam sobie przypomnieć, co było takiego ważnego przez te dwadzieścia dwie niedziele. Trening Kuby. Komunia u koleżanki córki. Zakupy w Ikei, bo Andrzej koniecznie chciał nowy regał. Grill u szwagra. Awaria pralki. Wyjazd nad Bałtyk na tydzień. Potem szkoła, organizacja zeszytów, podręczników, plecaków. Zebranie u Oli. Potem Andrzej złapał grypę i leżał tydzień jak nieprzytomny, a ja obsługiwałam cały dom. Potem ja złapałam grypę. Potem październik, a w nim - kalendarz na lodówce z pustymi kratkami w niedziele.
Dzwoniłam. To prawda - dzwoniłam. Raz w tygodniu, czasem dwa. Krótkie rozmowy, pięć minut, dziesięć. „Co słychać, mamo?" - „A dobrze, córciu." - „Zdrowie?" - „Jakoś leci." - „To pa, mamo, muszę lecieć." - „Pa, córciu."
Muszę lecieć. Zawsze muszę lecieć.
Nazajutrz w pracy nie mogłam się skupić. Kolumny cyfr rozmazywały mi się przed oczami. Krysia, z którą dzielę pokój od ośmiu lat, spojrzała na mnie znad okularów i zapytała: „Jolka, ty płaczesz czy ci coś w oko wpadło?". Powiedziałam, że w oko. Krysia pokiwała głową, wyjęła z szuflady paczkę chusteczek i położyła przede mną bez słowa.
Po pracy nie pojechałam do domu. Pojechałam na Gocław.
Stanęłam przed blokiem mamy i przez chwilę patrzyłam na jej okna na trzecim piętrze. Światło się paliło. Za firanką - mama trzyma jeszcze te stare firanki z koronkowym wzorem, które sama robiła na szydełku - widać było niebieski blask telewizora. Wjechałam windą na górę. Zadzwoniłam.
Otworzyła natychmiast. Jakby stała pod drzwiami.
„Jolusia! Coś się stało?"
To było pierwsze, co powiedziała. Nie „jak miło", nie „wejdź, herbatę postawię". Tylko - „coś się stało?". Bo najwyraźniej jedynym powodem, dla którego mogłabym przyjść w poniedziałek wieczorem, musiało być nieszczęście.
„Nic się nie stało, mamo. Wpadłam."
Popatrzyła na mnie z tym swoim spokojnym uśmiechem, ale widziałam, że ręce jej drżą, kiedy zdejmowała łańcuszek. „To wchodź, córciu. Sernik mam wczorajszy, ale dobry jeszcze."
Weszłam. I zobaczyłam.
Mieszkanie wyglądało tak samo jak zawsze - meblościanka, kryształowy wazon na komodzie, szydełkowe serwetki. Ale w szczegółach - w szczegółach było inaczej. Na lodówce wisiał kalendarz z zakreślonymi datami. Podeszłam bliżej. Każda niedziela była zakreślona kółkiem. Przy niektórych - dopiski drobnym pismem mamy. „Jolusia dzwoniła." „Jolusia nie dzwoniła." „Jolusia miała wpaść." Przy jednej niedzieli, gdzieś w sierpniu, było napisane tylko jedno słowo: „Czekam."
Odwróciłam się. Mama stała w progu kuchni z talerzem sernika i patrzyła na mnie. Wiedziała, że widzę.
„Mamo…"
„To żebym nie zapomniała, który dzień" - powiedziała szybko, lekkim tonem. „Wiesz, jak to na emeryturze, dni się zlewają."
Ale ja widziałam te dopiski. „Jolusia miała wpaść." Ile razy obiecałam? Ile razy powiedziałam „w niedzielę przyjadę" i nie przyjechałam?
Usiadłyśmy w kuchni. Mama nalała herbatę, pokroiła sernik. Rozmawiałyśmy o Kubie, o Oli, o Andrzeju. Mama słuchała i kiwała głową, i zadawała pytania. Pytała o oceny Oli, o trening Kuby, o to, czy Andrzej nadal chrapie. Pamiętała wszystko. Ja nie pamiętałam, kiedy ostatnio zapytałam ją o coś konkretnego
- o jej ciśnienie, o tę sąsiadkę z drugiego piętra, o to, co czyta, co ogląda, czym żyje przez te długie dni w pustym mieszkaniu na trzecim piętrze.
O dziewiątej powiedziałam, że muszę jechać, bo Kuba ma jutro sprawdzian. Mama odpowiedziała: „Jasne, córciu, jedź." Ubrałam kurtkę. W przedpokoju, na szafce pod lustrem, leżał telefon stacjonarny. Stary, z kabelkiem. Obok niego - kartka z dwoma numerami. Mój i pogotowie.
Dwa numery. Cały jej świat zmieścił się w dwóch numerach telefonu.
Na klatce schodowej złapała mnie za rękę. „Jolusia, nie martw się o mnie. Ja tu jestem. Zawsze jestem."
Jechałam do domu i myślałam o tym „zawsze". O tym, że mama jest zawsze, a ja nigdy. O tym, że pewnego dnia zadzwonię, a telefon będzie dzwonił i dzwonił. I nikt nie odbierze po drugim sygnale.
W domu Andrzej oglądał mecz. Kuba siedział nad zeszytem. Ola już spała. Normalny wieczór. Normalny dom.
Otworzyłam kalendarz na lodówce. Wziałam czerwony marker i w każdej niedzieli do końca roku napisałam jedno słowo.
Ale nawet kiedy to pisałam, gdzieś z tyłu głowy odezwał się znajomy szept: przecież następna niedziela to urodziny Oli, a potem Wszystkich Świętych, a potem trzeba przygotować Wigilię, a potem…
Odłożyłam marker. Patrzyłam na te czerwone litery i nie byłam pewna, czy za tydzień znowu czegoś mi nie wypadnie.