
Wnuczka zabrała mnie „na paznokcie" - pierwszy raz w życiu, hybryda w kolorze wina. Córka skrzywiła się: „w tym wieku? Na co ci to, mamo". W przychodni pani doktor złapała mnie za dłoń: „jaki piękny kolor". Ręce czekały na to osiemdziesiąt lat.
Osiemdziesiąt lat. Powtarzam to sobie czasem na głos, bo sama nie wierzę. Patrzę na te dłonie - pomarszczone, z żyłami jak mapa rzek, z palcem serdecznym trochę skrzywionym od artretyzmu - i widzę na nich coś, czego nigdy wcześniej nie było. Kolor. Ciemna czerwień, prawie bordowa, jak dojrzałe wino z tych butelek, które Henryk trzymał w piwnicy na specjalne okazje, ale nigdy żadnej nie uznawał za dość specjalną.
Zaczęło się od Zuzi. Wnuczka ma dwadzieścia trzy lata, studiuje coś z grafiką we Wrocławiu i przyjeżdża do mnie na Bielany co drugi weekend. Nie dlatego, że musi - Bożena, moja córka, twierdzi, że ją do tego nie zmusza. Zuzia po prostu przychodzi, siada na tym samym krześle co kiedyś jej dziadek, pije herbatę z cytryną i opowiada mi o świecie, o którym nie mam pojęcia. A ja słucham i nie wszystko rozumiem, ale rozumiem jedno - że ta dziewczyna mnie widzi. Naprawdę widzi.
- Babciu, idziemy jutro na paznokcie - powiedziała w piątek, nie pytając, tylko oznajmiając. Tak jak Henryk mówił kiedyś „idziemy na grzyby". Bez znaku zapytania.
- Dziecko, ja nigdy w życiu nie byłam w takim salonie.
- No właśnie, babciu. Właśnie dlatego idziemy.
Nie spałam tej nocy. Głupota, prawda? Osiemdziesięcioletnia kobieta nie śpi, bo jutro idzie na manicure. Ale to nie był manicure. To było coś, czego nie umiałam nazwać. Leżałam w ciemności i myślałam o swoich rękach. O tym, ile zrobiły przez te wszystkie dekady. Prały w balii, bo pralki nie było do siedemdziesiątego ósmego roku. Lepiły pierogi na Wigilię - po trzysta sztuk, bo Henryk miał pięcioro rodzeństwa i wszyscy przyjeżdżali. Przewijały Bożenę, potem Krzyśka. Trzymały łopatę na działce ROD. Podpisywały papiery w ZUS-ie po śmierci Henryka, trzęsąc się tak, że urzędniczka musiała przytrzymać mi nadgarstek.
Nigdy nie miały niczego dla siebie. Ani kremu, ani pierścionka, ani lakieru. Henryk nie był złym człowiekiem, ale takie rzeczy uważał za fanaberie. „Po co ci to, Halinko" - mówił tonem, który nie brzmiał jak pytanie. I ja się z nim zgadzałam. A może po prostu przyzwyczaiłam się do zgadzania.
Salon był mały, na parterze bloku przy Kasprowicza. Pachniał czymś chemicznym, ale przyjemnym. Dziewczyna za ladą - młodziutka, z kolczykiem w nosie - uśmiechnęła się do mnie tak, jakby osiemdziesięcioletnie kobiety przychodziły tu codziennie.
- Babciu, wybierz kolor - Zuzia podsunęła mi wachlarz próbek. Dziesiątki odcieni. Brzoskwiniowe, różowe, perłowe, srebrne.
Wzięłam ten najciemniejszy. Bordowy. Kolor wina.
- Pewna babciu? - Zuzia się uśmiechnęła.
- Pewna.
Sama nie wiem, skąd wzięłam tę pewność. Może stąd, że przez osiemdziesiąt lat zawsze wybierałam to, co bezpieczne. Beżowy płaszcz, szary szalik, brązowe buty. Kolory, które nie zwracają uwagi. Kolory, które mówią: „nie patrzcie na mnie, ja tu tylko sprzątam, gotuję, czekam".
Kiedy dziewczyna z kolczykiem wzięła moją dłoń i zaczęła piłować, poczułam coś dziwnego. Ktoś dotykał moich rąk z uwagą, delikatnie, jakby były ważne. Nie jako narzędzie do obierania ziemniaków, nie jako coś, co podaje talerze. Jako część mnie. Zuzia siedziała obok i przeglądała telefon, a ja miałam łzy w oczach i modliłam się, żeby tego nie zauważyła.
Kiedy skończyły schnąć pod tą lampą - bo teraz paznokcie schną pod lampą, a nie na powietrzu, kto by pomyślał - wyszłyśmy na ulicę. Był maj, lipy kwitły, słońce grzało. Patrzyłam na swoje ręce i nie mogłam przestać. Bordowe paznokcie na tle beżowej torebki. Wyglądały jak z filmu. Jak ręce kogoś innego. Kogoś, kto ma prawo do piękna.
Zadzwoniłam do Bożeny wieczorem. Chciałam się pochwalić, choć nie użyłabym tego słowa. Powiedziałam tylko, że byłam z Zuzia w salonie.
Cisza. Potem:
- Mamo, w twoim wieku? Na co ci to?
Dokładnie tak to powiedziała. „Na co ci to". Nie złośliwie - Bożena nie jest złośliwa. Powiedziała to tonem Henryka. Tym samym tonem, który brzmi jak troska, a tak naprawdę mówi: „wracaj na swoje miejsce". Bożena ma pięćdziesiąt osiem lat, jest księgową, mieszka w Krakowie z mężem Dariuszem i pewnie nawet nie wie, że powtarza słowa swojego ojca. Ale powtarza.
- Na co mi to? - powtórzyłam. - Na radość, Bożenko. Na radość mi to.
Chyba jej zatkało, bo przez chwilę nic nie mówiła. Potem zmieniła temat na ciśnienie i leki. Bezpieczny grunt.
We wtorek poszłam do przychodni na kontrolę. Pani doktor Majewska - młoda, ale poważna, zawsze mówi do mnie per pani Halino, nigdy „babciu" - wzięła mnie za rękę, żeby sprawdzić puls. I nagle przerwała.
- Pani Halino, jaki piękny kolor.
Powiedziała to tak naturalnie, jakby komplementowała pogodę. A ja poczułam, że coś pęka. Że te dwa słowa - „piękny kolor" - wypowiedziane przez obcą w zasadzie osobę, znaczą więcej niż tysiąc rozmów z córką.
Tej nocy znowu nie spałam. Ale inaczej niż przed wizytą w salonie. Tym razem myślałam o Bożenie. O tym, że ją kocham ponad wszystko na świecie. I o tym, że ona mnie kocha, tylko - chyba nie wie, kim jestem. Widzi matkę. Widzi osobę, która gotuje rosół, pilnuje tabletek, nosi beżowy płaszcz. Nie widzi kobiety, która kiedyś, w tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym piątym roku, miała czerwoną sukienkę i tańczyła na zabawie w remizie tak, że wszyscy patrzyli. Henryk wtedy patrzył też. A potem, powoli, przez następne pięćdziesiąt lat, oduczył mnie czerwieni.
Zuzia przyjechała w sobotę. Zobaczyła paznokcie - nadal lśniły - i powiedziała:
- Babciu, następnym razem idziemy na czerwoną szminkę.
Popatrzyłam na nią. Popatrzyłam na swoje ręce. Bordowe, lśniące, trochę absurdalne na tych starych, zmęczonych palcach.
- Zuziu - powiedziałam - a może idziemy na tę szminkę już w poniedziałek?
Roześmiała się. Ja też. A potem pomyślałam o Bożenie i śmiech trochę przycichł. Bo chciałabym, żeby moja córka zrozumiała, że to nie jest fanaberia starej kobiety. Że te paznokcie to nie są paznokcie. Że to jest pytanie, które zadaję sobie od osiemdziesięciu lat i na które dopiero teraz próbuję odpowiedzieć.
Tylko nie wiem, czy Bożena kiedykolwiek to usłyszy. Może są rzeczy, których córki nie potrafią zrozumieć o swoich matkach. Może trzeba na to wnuczki.
Patrzę na swoje dłonie. Bordowe. Lśniące. Trochę śmieszne. Całkowicie moje.