
Mąż co sobotę jeździ „pomóc bratu na działce". Brat zadzwonił w niedzielę i powiedział, że dawno się nie widzieli, i że może wpadniemy razem na obiad. Mąż siedział obok i udawał, że czyta gazetę.
Pamiętam dokładnie, jak trzymałam telefon. Lekko, dwoma palcami, jakby był z porcelany. Marek - bo tak ma na imię brat Andrzeja - mówił o jakimś nowym grillu, który kupił na Allegro, i o tym, że Basia zrobiła fantastyczny schab po staropolsku, i że szkoda, że się tak rzadko widujemy. Ja odpowiadałam „tak, tak, fajnie", a wzrok miałam utkwiony w plecach mojego męża. Siedział w fotelu odwrócony do mnie bokiem, z „Gazetą Wyborczą" rozłożoną na kolanach. Nie przewrócił ani jednej strony przez całą rozmowę.
Odłożyłam telefon na blat. Cisza. Taka gęsta, że słyszałam tykanie zegara w przedpokoju - tego z kukułką, który Andrzej przywiózł z Zakopanego, kiedy jeszcze gdzieś razem jeździliśmy.
- Marek mówi, że dawno się nie widzieliście - powiedziałam spokojnie. - Dziwne. Przecież wczoraj mu pomagałeś na działce.
Andrzej odchrząknął. Potem złożył gazetę, bardzo starannie, krawędź do krawędzi, jakby to było najważniejsze zajęcie na świecie. I powiedział:
- Może zapomniał. Wiesz, jaki jest Marek.
Trzydzieści dwa lata małżeństwa. Trzydzieści dwa lata z człowiekiem, którego znałam lepiej niż siebie - a przynajmniej tak myślałam. Mam na imię Bożena, niedawno skończyłam pięćdziesiąt osiem lat. Pracuję w księgowości w firmie budowlanej pod Poznaniem, od dwudziestu trzech lat w tym samym biurze, przy tym samym biurku z widokiem na parking. Andrzej jest elektrykiem, ma sześćdziesiąt lat i od roku niby jeździ w soboty pomagać bratu na działce ROD na Ratajach.
Zaczęło się niewinnie. W zeszłym maju Andrzej powiedział, że Marek potrzebuje rąk do pomocy - altana do remontu, ogrodzenie się sypie, pompa w studni nawala. Normalka. Znałam tę działkę, bywałam tam setki razy na grillach. Andrzej wyjeżdżał koło dziewiątej, wracał po trzeciej, pachnął trawą i powietrzem, miał brudne paznokcie. Wszystko wyglądało jak prawda.
Tylko że z tygodnia na tydzień zaczęłam zauważać drobne rzeczy. Takie, które osobno nic nie znaczą, ale złożone razem tworzą obraz, którego nie chcesz oglądać. Andrzej zaczął się golić w sobotnie poranki - on, który w weekendy chodził w tym samym dresie od piątku do niedzieli. Kupił nową wodę kolońską, taką w granatowym flakoniku, i trzymał ją w łazience za ręcznikami, jakby chciał ją ukryć, ale nie do końca. A kiedy wracał z „działki", jego koszula pachniała inaczej niż trawą. Czymś kwiatowym. Słodkim.
Nie powiedziałam nic. Przez tygodnie. Miesiące. Bo co miałam powiedzieć? „Andrzej, dlaczego pachniesz perfumami?" Brzmi jak żona z taniego serialu. A ja nie jestem żoną z serialu. Jestem kobietą, która codziennie wstaje o szóstej, robi mu kanapki z żółtym serem i ogórkiem, odkłada na nową pralkę i od trzydziestu lat stawia choinkę w tym samym kącie pokoju.
Zadzwoniłam do Marka dzień po tamtej niedzieli. Sama. Z pracy, żeby Andrzej nie widział na wyświetlaczu. Serce mi waliło tak, że koleżanka z biurka obok spytała, czy dobrze się czuję.
- Marek, powiedz mi szczerze - zaczęłam. - Kiedy ostatnio widziałeś Andrzeja?
Cisza. Potem westchnienie.
- Bożenka... On u mnie nie był od Wielkanocy. Myślałem, że jest zajęty.
Wielkanoc. Kwiecień. Czyli od siedmiu miesięcy mój mąż co sobotę wyjeżdżał w nieznane i wracał z brudnymi paznokciami - bo pewnie specjalnie grzebał w ziemi na klatce schodowej albo w parku, żeby miał alibi. Trzydzieści dwa lata, a ja nie znałam człowieka, z którym dzieliłam łóżko.
Nie zrobiłam awantury. Nie wyrzuciłam jego rzeczy z szafy, nie płakałam do poduszki. To znaczy - płakałam, ale dopiero wieczorem, pod prysznicem, z twarzą pod strumieniem wody, żeby nie było słychać. Bo nasze mieszkanie na Winogradach ma cienkie ściany i sąsiedzi z góry słyszą każde podniesienie głosu. A ja nie chciałam, żeby ktokolwiek wiedział, zanim ja sama się dowiem wszystkiego.
W następną sobotę poszłam za nim. Brzmi to absurdalnie - pięćdziesięcioośmioletnia księgowa w szarym płaszczu z Reserved, która idzie za własnym mężem jak w filmie kryminalnym. Ale poszłam. Wsiadłam w tramwaj za jego samochodem, potem przesiadłam się w autobus, a potem szłam piechotą ulicą, której nazwy nawet nie znałam, gdzieś koło Dębca. I widziałam, jak wchodzi do kamienicy. Bez wahania, ze swoim kluczem.
Stałam na przystanku po drugiej stronie ulicy dwadzieścia minut. Nie wiedziałam, co robić. Nogi miałam jak z waty. W głowie kręcił mi się rosół, który postawiłam rano na kuchence - bo nawet w takim dniu pamiętałam o rosole, bo to sobota, a w sobotę u nas jest rosół. Zawsze. Od trzydziestu lat.
Nie weszłam tam. Nie zapukałam. Wróciłam do domu, zdjęłam płaszcz, sprawdziłam rosół, dodałam soli. Kiedy Andrzej wrócił o trzeciej z uśmiechem i brudnymi paznokciami, postawiłam przed nim talerz. Zjadł dwa talerze. Pochwalił, że pietruszki w sam raz.
Wieczorem, kiedy oglądał mecz, usiadłam przy kuchennym stole i napisałam na kartce wszystko, co wiedziałam. Daty. Godziny. Zapach perfum. Telefon od Marka. Adres kamienicy. Nie wiem, po co to robiłam. Może żeby uwierzyć, że to prawda. Że to nie moja wyobraźnia, tylko moje życie.
A potem schowałam kartkę do szuflady z rachunkami za prąd i położyłam się obok niego. Leżałam na plecach z otwartymi oczami i słuchałam, jak oddycha. Równo. Spokojnie. Jak człowiek, który nie ma sobie nic do wyrzucenia.
Minął tydzień. Potem drugi. Andrzej jeździł w soboty. Wracał. Jadł rosół. A ja nosiłam w sobie tę kartkę z szuflady jak kamień w kieszeni.
Aż w trzecią niedzielę, przy śniadaniu, kiedy kroił chleb tym nożem z drewnianą rączką, który dostaliśmy na wesele, powiedziałam:
- Andrzej. Ja wiem, że nie jeździsz do Marka.
Przestał kroić. Nóż zawisł w powietrzu. Nie patrzył na mnie. Patrzył na chleb. I powiedział cicho:
- Wiem, że wiesz.
Trzy słowa. Żadnego zaprzeczenia. Żadnego „o czym ty mówisz", „zwariowałaś", „to nie tak, jak myślisz". Trzy słowa, które były gorsze od wszystkiego, co sobie wyobrażałam. Bo oznaczały, że on nie tylko kłamał - on wiedział, że ja wiem, i dalej wychodził co sobotę. Jakby moje wiedzenie nic nie zmieniało.
Nie zapytałam, kim ona jest. Nie zapytałam, jak długo. Nie zapytałam, czy ją kocha. Wstałam od stołu, zabrałam swój kubek z herbatą - ten biały, z pęknięciem na uchu, którego używam od lat - i wyszłam na balkon.
Stałam tam chyba pół godziny. Patrzyłam na osiedle, na te bloki, na plac zabaw, na którym kiedyś bawił się nasz Piotrek, a teraz bawią się cudze wnuki. Herbata wystygła. Z kuchni nie dochodził żaden dźwięk.
Kiedy wróciłam do środka, Andrzej siedział w tym samym miejscu. Chleb nadal był niedokrojony. I wtedy zrobiłam coś, czego sama nie potrafię wytłumaczyć - otworzyłam szufladę, wyjęłam tę kartkę z datami i godzinami, i położyłam przed nim na stole. On spojrzał na nią, potem na mnie. I w jego oczach zobaczyłam coś, czego nie widziałam od lat. Strach.
- Co chcesz zrobić? - zapytał.
Nie odpowiedziałam. Bo naprawdę nie wiedziałam. I do dziś, kiedy to piszę, trzy miesiące później, w tym samym mieszkaniu na Winogradach, z tym samym zegarem z kukułką i tym samym pęknięciem na kubku - wciąż nie wiem.
W sobotę Andrzej nigdzie nie pojechał. Siedział w domu, czytał gazetę. Prawdziwie czytał - widziałam, jak przewraca strony. Ale ja nie potrafiłam na niego patrzeć. I nie potrafię do dziś. Chociaż rosół nadal robię w soboty. Z pietruszką. W sam raz.