
Syn od roku powtarzał, że „mama gubi się w papierach". Wczoraj listonosz przyniósł wezwanie do sądu: rozprawa o moje ubezwłasnowolnienie, wniosek złożył syn. Kiedy zadzwoniłam z pretensją, był spokojny: „Tak jest teraz lepiej dla ciebie i dla twoich pieniędzy."
Ręce mi się trzęsły, ale nie ze starości. Z wściekłości. Odłożyłam słuchawkę i usiadłam przy kuchennym stole, na którym leżały rachunki za prąd, za gaz, za wodę - wszystkie opłacone, każdy z datą wpłaty, każdy z potwierdzeniem z poczty. Sześćdziesiąt cztery lata. Trzydzieści osiem lat pracy w księgowości w zakładach mięsnych pod Poznaniem. I nagle mój własny syn twierdzi, że gubię się w papierach.
Tomek zadzwonił pierwszy raz w tej sprawie rok temu, w grudniu, dzień po Wigilii. Siedzieliśmy wtedy wszyscy u mnie - on z Agnieszką i dwójką dzieci, moja młodsza córka Kasia z mężem. Było ciasno, jak zawsze w moim dwupokojowym mieszkaniu na Ratajach, ale ciasno w ten dobry sposób, kiedy ludzie się ściskają, żeby podać sobie talerz z karpiem. A potem, już po świętach, Tomek zadzwonił i powiedział, że się martwi. Że wigilię zrobiłam na dwanaście osób, chociaż było nas siedmioro. Że nie pamiętałam, jak ma na imię żona Kasi. Że szukałam okularów, które miałam na nosie.
- Mamo, to mogą być pierwsze objawy - powiedział tym swoim nauczycielskim tonem. Tomek uczy fizyki w liceum na Winogradach i ma zwyczaj mówić do ludzi tak, jakby wyjaśniał prawo Ohma komuś, kto jeszcze nie zrozumiał. - Powinnaś się zbadać.
- Synku, ja gotowałam na dwanaście osób, bo mi gołąbki zostały z dnia poprzedniego i ich doliczyłam - wyjaśniłam spokojnie. - A męża Kasi nie pamiętam z imienia, bo oni się pobrali pięć miesięcy temu, a ja tego Patryka widziałam w życiu cztery razy.
Tomek westchnął. Słyszałam w tle głos Agnieszki: „No powiedz jej, powiedz". Wtedy jeszcze pomyślałam, że to troska. Normalna, może trochę przesadna. W końcu moja mama, Henryka, pod koniec życia rzeczywiście miała problemy z pamięcią. Tomek się mógł bać, że to genetyczne. Zrozumiałam. Poszłam nawet do lekarza.
Wyniki miałam dobre. Lekarz powiedział, że jestem w formie jak na swój wiek, ciśnienie pod kontrolą, głowa jasna. Zapytał, czy prowadzę samochód, bo ma pacjentki po osiemdziesiątce, które jeżdżą gorzej. Zaśmiałam się. Wydruk z badań włożyłam do teczki i zadzwoniłam do Tomka.
- To dobrze - powiedział sucho. - Ale to było raz. Takie rzeczy się powtarza.
I potem zaczęło się powtarzanie. Ale nie badań - tylko tych pytań. Co tydzień, co dwa tygodnie - telefon od Tomka albo od Agnieszki. „Czy mama wzięła leki?" Jakie leki, biorę jedną tabletkę na ciśnienie. „Czy mama pamiętała o rachunkach?" Tak, pamiętałam. „Czy mama nie zgubiła znów kluczy?" Raz zgubiłam, w styczniu, bo miałam dziurawy kieszeń w płaszczu. Jednego dnia Agnieszka przyszła bez zapowiedzi i zaczęła przeglądać moje szuflady. Szukała, jak sama powiedziała, „zaległych rachunków".
- Agnieszko, ja trzydzieści osiem lat robiłam za księgową - powiedziałam, stojąc w progu pokoju i patrząc, jak grzebie w moim sekretarzyku. - Rachunki to jest jedyna rzecz na tym świecie, której nigdy nie gubię.
Agnieszka uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem, który zawsze wygląda, jakby ją bolał ząb. Nie odpowiedziała. Wyszła. Potem Tomek zadzwonił i powiedział, że Agnieszka chciała dobrze. Że ja jestem zbyt dumna, żeby przyjąć pomoc. Że to typowe dla osób, które „zaczynają tracić orientację" - nie przyjmują do wiadomości swojego stanu.
A ja wtedy po raz pierwszy pomyślałam coś brzydkiego. Pomyślałam o mieszkaniu. O mojej kawalerce, która owszem, jest mała, ale jest moja, spłacona do ostatniego grosza. I o działce na ROD przy Naramowickiej, którą dostałam po mamie. Nie jest wielka, ale stoi na niej murowany altanka z kuchenką i piecem, a dookoła budują nowe osiedle. Sąsiadka Bożena powiedziała, że deweloper już pytał o działki w naszym ogrodzie. Że oferował sumy, przy których kręci się w głowie.
Tomek o tym wie. Tomek wie o wszystkim, bo Tomek zawsze wiedział, ile co kosztuje.
Przez następne miesiące próbowałam rozmawiać. Zaprosiłam go na obiad - zrobiłam rosół, schabowy z kapustą, kompot z wiśni. Siedział przy stole, jadł, chwalił. A potem wyjął z teczki wydrukowane kartki. Jakiś artykuł z internetu o wczesnych objawach demencji. Podsunął mi pod talerz, między kompot a cukiernicę.
- Przeczytaj, mamo. Proszę.
Przeczytałam. Znalazłam siebie w trzech punktach na piętnaście: zapominam imiona, szukam rzeczy, powtarzam pytania. A kto nie zapomina imion? Kto nie szuka okularów? Powiedziałam mu to. Pokręcił głową.
Kasia, moja młodsza, stanęła po mojej stronie. Zadzwoniła do mnie wieczorem, mówiła szeptem, jakby się bała, że ktoś słucha.
- Mamo, Tomek rozmawiał z jakimś prawnikiem. Nie wiem o czym dokładnie. Agnieszka powiedziała Patrykowi na imieninach, że ty „nie dasz rady sama długo". Uważaj na siebie.
Nie chciałam wierzyć. To mój syn. Moje dziecko, które karmiłam piersią do dziewiątego miesiąca, które uczyłam tabliczki mnożenia, które odprowadzałam na pierwszy dzień szkoły, trzymając za rękę. Nie wierzyłam, że Tomek mógłby mnie skrzywdzić dla pieniędzy. Nie wierzyłam do wczoraj.
Wezwanie do sądu leży teraz na stole. Biała koperta, pieczątka, data rozprawy za sześć tygodni. Wniosek o ubezwłasnowolnienie - całkowite. Mój syn chce, żeby sąd odebrał mi prawo do decydowania o własnym życiu i własnym majątku. Żeby on, jako opiekun prawny, mógł decydować za mnie.
Zadzwoniłam do niego od razu. Ręce mi drżały tak, że ledwo trafiałam w przyciski.
- Tomek, co ty zrobiłeś?
- Mamo, spokojnie. Tak jest teraz lepiej dla ciebie i dla twoich pieniędzy.
Dla moich pieniędzy. Nie dla mnie. Dla pieniędzy.
Odłożyłam słuchawkę i długo siedziałam w kuchni. Za oknem kwitły kasztany. Z dołu dochodził śmiech dzieci wracających ze szkoły. Normalny, majowy czwartek. A ja siedziałam i myślałam o tym, że muszę znaleźć prawnika, i że nie wiem, gdzie szukać. I że Tomek by wiedział - Tomek zawsze wiedział, jak załatwiać takie rzeczy.
Potem zadzwoniła Kasia. Powiedziałam jej. Płakała. Obiecała, że przyjadą z Patrykiem w sobotę, że poszukają adwokata, że nie pozwolą na to.
Ale kiedy się rozłączyłam, usiadłam znowu przy stole i zrobiłam coś, czego się nie spodziewałam po sobie. Wyjęłam z szuflady wszystkie potwierdzenia wpłat z ostatniego roku. Rachunki za prąd, gaz, czynsz, telefon, ubezpieczenie. Ułożyłam je chronologicznie, dzień po dniu, złotówka po złotówce. Potem wyciągnęłam zeszyt - ten sam, w którym od lat prowadzę domowy budżet - i policzyłam wszystko jeszcze raz. Stan konta, wpływy, wydatki. Zgadzało się co do grosza. Jak zawsze.
Zamknęłam zeszyt. Schowałam do teczki. I wtedy przez głowę przeszła mi myśl, od której zrobiło mi się zimno: a co, jeśli Tomek nie kłamie? Co, jeśli naprawdę wierzy, że tracę głowę? Co, jeśli Agnieszka go przekonała, a on po prostu się boi - boi się, że skończę jak babcia Henryka, która pod koniec nie poznawała nikogo?
Może mój syn nie jest zły. Może jest przestraszony. Albo może jest jedno i drugie naraz, i te pieniądze to tylko wygodny zbieg okoliczności, taki, który pozwala mu powiedzieć sobie, że robi słuszną rzecz.
Nie wiem, co będzie za sześć tygodni. Wiem, że pójdę do tego sądu z teczką pełną rachunków, z wynikami badań i z trzydziestoma ośmioma latami pracy w księgowości. Wiem, że Kasia stanie obok mnie. Nie wiem, czy Tomek spojrzy mi w oczy. I nie wiem, czy ja - gdybym wygrała - będę jeszcze potrafiła spojrzeć w jego.