
Wnuczka skończyła szkołę fryzjerską i co piątek przychodzi z torbą: mycie, wałki, lakier. „Babciu, jesteś moją najlepszą modelką - ćwiczę i mam z kim pogadać". Sąsiadki z ławki zazdroszczą mi fryzur i pytają o „salon". Salon nazywa się Ola - przyjmuje w piątki, płaci się szarlotką.
Tyle że ostatnio między jednym wałkiem a drugim Ola zaczęła mówić rzeczy, po których nie mogę spać do drugiej w nocy. I nie wiem, czy te piątki to jeszcze radość, czy już ciężar, który nie powinien spadać na barki babci.
Ale po kolei.
Mam na imię Krystyna, w grudniu skończę sześćdziesiąt osiem lat. Mieszkam na Bielanach, na trzecim piętrze bloku z wielkiej płyty, w tym samym mieszkaniu od trzydziestu dziewięciu lat. Mąż Henryk odszedł sześć lat temu - rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Mam córkę Beatę, która pracuje w księgowości w firmie budowlanej, i syna Tomka, kierowcę tira, którego widuję raz na dwa miesiące, bo trasy ma głównie na zachód. I mam Olę - jedyną wnuczkę, córkę Beaty, dwadzieścia dwa lata, włosy farbowane na miedziano, paznokcie zawsze w innym kolorze i uśmiech, przy którym zapominam o bólach kolan.
Ola od dziecka lubiła mnie czesać. Pamiętam, jak miała sześć lat i przyszła z plastikowym grzebieniem z zestawu lalek. „Babciu, zrobię ci fryzurę jak księżniczce." Skończyło się na trzech kołtunach i Henryk musiał je wyczesywać pół godziny, przeklinając pod nosem, ale tak, żeby mała nie słyszała. Potem było liceum, potem szkoła fryzjerska na Pradze. Zdała z wyróżnieniem w marcu. I od marca - piątki są nasze.
Przychodzi koło czwartej, z tą swoją wielką czarną torbą na kółkach. W środku ma wszystko: nożyczki, suszarkę, szczotki okrągłe, lakier, odżywki, nawet taki specjalny fotel-nakładkę, żebym nie siedziała na twardym krześle. Rozkłada się w łazience jak na placu boju. Ja siadam, ona mi myje głowę nad wanną - ciepła woda, masaż, zapach czegoś kokosowego. Zamykam oczy i myślę: Pan Bóg mi ją zesłał.
Potem kuchnia, herbata, szarlotka. Ja piekę w czwartek wieczorem, żeby była świeża. Kruszonka, dużo cynamonu, tak jak Ola lubi. Ona suszy mi włosy, nakręca na wałki, a ja opowiadam jej o Henryku, o tym jak się poznaliśmy na zabawie w remizie, o tym jak kiedyś na działce ROD hodowaliśmy pomidory takie duże, że sąsiad Wiesław przychodził z wagą, bo nie wierzył.
A Ola opowiada mi o swoim świecie. O koleżankach z kursu, o nowych technikach farbowania, o tym, że chce kiedyś otworzyć własny salon, może z przyjaciółką Moniką. „Babciu, będziesz miała dożywotni karnet VIP" - mówi i obie się śmiejemy.
Sąsiadki widzą efekty. Halina z parteru pierwszy raz zapytała, czy byłam w tym nowym salonie przy Kasprowicza. „Jaki salon?" - mówię. „No bo fryzura jak z telewizji." Wyjaśniłam, że to wnuczka ćwiczy. Halina na to: „Ćwiczy? To ja też chcę takie ćwiczenia." Teraz co piątek, jak wychodzę na ławkę, to trzy pary oczu mnie lustruje. Bożena z drugiego piętra powiedziała wprost: „Krysiu, zazdroszczę ci tej wnuczki bardziej niż ci zdrowych kolan."
I wszystko byłoby piękne, gdyby nie ten piątek trzy tygodnie temu.
Ola przyszła jak zwykle, ale bez uśmiechu. Rozłożyła torbę, umyła mi głowę, zaczęła suszyć. Milczała. A Ola nigdy nie milczy - ta dziewczyna potrafi mówić i jednocześnie trzymać w zębach spinki. Więc zapytałam.
- Oleczko, coś się stało?
Wyłączyła suszarkę. Usiadła na brzegu wanny. I powiedziała:
- Babciu, mama i tata się rozwodzą.
Beata i Dariusz. Dwadzieścia cztery lata małżeństwa. Stałam w tej łazience z mokrymi jeszcze włosami i czułam, jak robi mi się zimno od karku w dół, mimo że był ciepły maj.
- Skąd wiesz? - zapytałam, choć powinnam zapytać: dlaczego ja nie wiem?
- Tata się wyprowadził w zeszłą niedzielę. Mama kazała mi nikomu nie mówić. Zwłaszcza tobie.
Zwłaszcza mnie. Te dwa słowa bolały bardziej niż cała reszta. Moja córka, moja Beatka, przeżywa rozpad małżeństwa i zabrania wnuczce powiedzieć babci. Jakbym była obcą osobą. Jakby ta wiadomość mogła mnie złamać - a może Beata po prostu nie chciała mojego współczucia, bo wiedziała, że zamieni się w rady, a rad miałam jej przez całe życie za dużo.
Ola od tamtego piątku przychodzi dalej. Myje, suszy, nakręca. Ale teraz między wałkami opowiada mi rzeczy, od których ściska mnie w piersi. Że mama pije wino co wieczór, cały karton z Biedronki. Że Dariusz ma kogoś, młodszą, z pracy. Że Beata dzwoni do niego po nocach i krzyczy, a Ola słyszy przez ścianę. Że Ola nie może spać, bo boi się, że mama zrobi coś głupiego. Że nie ma komu powiedzieć, bo ojciec nie odbiera, a koleżanki nie rozumieją.
Więc mówi mnie. Babci. Przy szarlotce i wałkach.
A ja słucham i nie wiem, co robić. Czy zadzwonić do Beaty? Ona nie chciała, żebym wiedziała. Jeśli zadzwonię, Ola straci jedyną osobę, której może się wygadać, bo Beata się wścieknie, że córka nie utrzymała tajemnicy. A jeśli nie zadzwonię, to co? Będę siedzieć z tą wiedzą o winie z Biedronki i nocnych telefonach, i udawać, że wszystko w porządku, gdy Beata wpadnie w niedzielę z obiadem?
Zadzwoniłam do Tomka. Mój syn, mądry chłop, trasa akurat na Holandię. Powiedział: „Mamo, nie mieszaj się. Beata jest dorosła. Daj jej czas." Łatwo mu mówić z kabiny tira gdzieś za Dortmundem.
Ostatni piątek. Ola przyszła, uśmiech na twarzy, nowy kolor lakieru - bordowy. Powiedziała, że znalazła pracę, na razie na pół etatu, w salonie na Żoliborzu. Cieszyłam się. Naprawdę. A potem, przy herbacie, powiedziała cicho:
- Babciu, mama pytała, dlaczego w każdy piątek do ciebie chodzę. Powiedziałam, że ćwiczę fryzury. Ale tak naprawdę... ja po prostu potrzebuję kogoś normalnego. Kogoś, u kogo pachnie szarlotką, a nie kłótnią.
Siedziałam z filiżanką przy ustach i nie mogłam przełknąć. Bo zrozumiałam, że ten piątkowy salon - mycie, wałki, lakier - to nigdy nie było o fryzurach. To było o tym, żeby Ola miała dokąd przyjść. A teraz jest też o tym, żebym ja wiedziała rzeczy, których nie powinnam wiedzieć. I żebym dźwigała to, co Ola nie potrafi udźwignąć sama.
Dzisiaj jest czwartek. Za godzinę zacznę piec szarlotkę. Jabłka już obrane, leżą w misce z sokiem z cytryny, żeby nie ściemniały. Jutro Ola przyjdzie ze swoją torbą na kółkach. Umyje mi głowę. Opowie mi coś nowego o Beacie, czego nie chcę słyszeć i czego nie mogę nie wysłuchać.
A na telefonie mam niewybraną wiadomość do córki. Trzy słowa: „Beatko, zadzwoń do mnie." Palec wisi nad przyciskiem „wyślij".
Nie wiem, czy nacisnę.