Na siedemdziesiąte piąte urodziny przyjechał kurier: tort z cukierni, balon z helem i kartka „Kochamy! Widzimy się w weekend, dziś masakra". Chłopak zobaczył moją minę i powiedział: „to ja odśpiewam". Odśpiewał w przedpokoju, z czapką w ręce. Weekend przyszedł i minął. Kurier zaśpiewał lepiej.

Stał na wycieraczce, chyba dwadzieścia parę lat, w takiej zielonej kurtce z logo firmy kurierskiej. Kiedy skończył śpiewać, powiedział: „Sto lat, naprawdę". I poszedł. A ja zostałam z tortem w rękach, balonem zahaczonym o wieszak na kurtki i ciszą, która wypełniła całe mieszkanie na Pradze jak woda wlana do szklanki - po sam brzeg.

Postawiłam tort na stole w kuchni. Sernik z malinami, ładny, z napisem „75" wyłożonym owocami. Pewnie Kasia wybierała, bo Kasia zawsze pamiętała, że wolę sernik od śmietanowego. Odkroiłam kawałek, zjadłam sama, patrząc na balon, który powoli obracał się nad lodówką. Na kartce, oprócz „Kochamy! Widzimy się w weekend", było jeszcze dopisane ręcznie: „Mama, trzymaj się ciepło". Poznałam charakter pisma Roberta, mojego młodszego. Kasia by dodała serduszko. Robert zawsze pisał jak na recepcie - szybko, nieczytelnie, w biegu.

Mam dwoje dzieci. Kasię - pięćdziesiąt jeden lat, mieszka we Wrocławiu z mężem Darkiem i dwójką dorosłych już synów. I Roberta - czterdzieści siedem, Warszawa, ale drugi koniec miasta, Ursynów, jakby to było inne województwo. Z żoną Agnieszką i córeczką Olą, która w czerwcu kończy osiem lat i której nie widziałam od Wigilii. Od tamtej Wigilii, kiedy to Agnieszka powiedziała przy stole, że powinnam rozważyć dom seniora, bo „sama pani sobie nie radzi". Pani. Po piętnastu latach mówienia mi „mamo".

Ale nie o Agnieszce chcę opowiadać. O Agnieszce mogłabym długo, ale to by było łatwe - zrzucić winę na synową, na jej słowa, na jej miny. Prawda jest trudniejsza. Prawda jest taka, że to nie Agnieszka zdecydowała, żeby zamiast przyjechać, wysłać kuriera.

Zadzwoniłam do Kasi w sobotę rano, dzień po urodzinach. Telefon odebrała po piątym sygnale, jakby się wahała.

- Mamo, przepraszam, naprawdę chciałam przyjechać, ale Darek miał dyżur, a Kuba potrzebował samochodu na przeprowadzkę i w ogóle... Wiesz, jak to jest.

- Wiem - powiedziałam. - Tort ładny. Dziękuję.

- Smakował? Bo mówiłam im, żeby dali więcej malin na wierzch.

- Smakował.

Cisza. Słyszałam, jak w tle bulgocze czajnik. Kasia zaparzyła sobie pewnie tę swoją zieloną herbatę, którą pije od lat. Ja piłam zwykłą, z cytryną, jak zawsze. Każda w swojej kuchni, każda ze swoim czajnikiem, trzysta kilometrów między nami.

- W przyszłym tygodniu na pewno przyjedziemy - powiedziała Kasia.

Nie odpowiedziałam, bo wiedziałam, że nie przyjadą. Nie dlatego, że Kasia kłamie. Kasia nie kłamie. Kasia naprawdę wierzy w to, co mówi, w momencie kiedy to mówi. A potem przychodzi poniedziałek, praca, Darek, synowie, rachunki, zmęczenie i tydzień mija jak jeden dzień, a za nim następny.

Kiedyś byłam taka sama. Moja mama, Jadwiga, mieszkała na wsi pod Radomiem, w drewnianym domu z ogrodem. Jeździłam do niej co miesiąc, potem co dwa, potem na święta, potem „jak będzie okazja". Okazja była coraz rzadziej. Mama umarła w dwa tysiące trzecim roku, we wtorek, a ja byłam u niej ostatni raz w niedzielę trzy tygodnie wcześniej. Trzy tygodnie. Dwadzieścia jeden dni, w których mogłam wsiadać w pociąg, a nie wsiadłam. Pamiętam, że na jej pogrzebie sąsiadka powiedziała: „Jadzię to chyba najbardziej bolało, że tak rzadko ktoś przyjeżdżał". Chciałam jej odpowiedzieć, że to nieprawda, ale język mi odmówił, bo to była prawda.

I teraz siedzę w tej samej pułapce, tylko z drugiej strony. Jestem Jadzią. Czekam przy oknie, nastawiam czajnik na zapas, kupuję ciastka, których sama nie zjem, bo „a jakby wpadli". Nie wpadają.

Robert zadzwonił w niedzielę wieczorem. Krótko, konkretnie, jak to on.

- Mamo, sorki za weekend. Ola miała zawody w pływaniu, nie mogliśmy odwołać. Jak tam tort?

- Dobry.

- To super. Mamo, ja lecę, bo Ola jeszcze nie umyta. Buziaki.

Trzydzieści sekund. Tyle trwała rozmowa z synem w dniu, kiedy miał przyjechać na moje siedemdziesiąte piąte urodziny. Policzyłam potem. Trzydzieści sekund, wliczając „sorki" i „buziaki".

Położyłam telefon na stole i patrzyłam na niego długo. Balon przy lodówce już opadł, zwisał na wstążce jak kolorowa łza. Sernik stał w lodówce - zjadłam może jedną czwartą, resztę pewnie wyniosę sąsiadce z dołu, pani Krystynie, bo sama tego nie przezwyciężę. Pani Krystyna ma osiemdziesiąt dwa lata i odwiedza ją córka co czwartek. Co czwartek, jak w zegarku. Widzę ją z balkonu - parkuje niebieskiego forda, wchodzi z siatkami, zostaje dwie godziny. Kiedyś jej zazdrościłam. Teraz staram się nie patrzeć.

We wtorek poszłam do przychodni na kontrolę ciśnienia. Doktor Wojciech - młody, spokojny, pewnie z trzydzieści pięć lat - mierzył mi ciśnienie i pytał, jak się czuję. Powiedziałam: „Dobrze". Potem nie wiem dlaczego dodałam: „Miałam w piątek urodziny. Siedemdziesiąt pięć".

- O, sto lat! I co, rodzina przyjechała?

- Kurier przyjechał - odpowiedziałam. - I zaśpiewał.

Doktor Wojciech nic nie powiedział, tylko zanotował coś w karcie. Pewnie „stan emocjonalny" albo coś takiego. Ale widziałam, że na moment odłożył długopis i po prostu na mnie popatrzył. I to spojrzenie było więcej warte niż trzydzieści sekund Roberta.

Wróciłam do domu, zrobiłam sobie herbatę, usiadłam przy stole. I wtedy zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy. Wzięłam kartkę - zwykłą, w kratkę, z notesu - i zaczęłam pisać list. Do Kasi i Roberta. Nie SMS, nie wiadomość na tym WhatsAppie, nie telefon, po którym zostaje echo „buziaki" i cisza. List. Na papierze, długopisem, jak kiedyś pisała do mnie mama z tej wsi pod Radomiem.

Pisałam dwie godziny. Skreślałam, zaczynałam od nowa, płakałam, wycierałam oczy rękawem swetra. Napisałam im, co czuję. Że nie jestem zła. Że rozumiem - pracę, dzieci, zmęczenie, odległość. Że sama byłam taka wobec Jadzi i że to ją zabiło szybciej niż choroba. Napisałam, że nie chcę domu seniora. Że chcę jedną niedzielę w miesiącu. Jedną. Z obiadem, z rozmową, z Olą, która rośnie i której nie znam. Napisałam, że kurier był miły i że zaśpiewał pięknie, ale że to nie powinien być kurier.

Zakleiłam kopertę. Napisałam adres Kasi. Potem wzięłam drugą kartkę i przepisałam to samo dla Roberta - trochę inaczej, bo Robert inaczej czyta, krótszymi zdaniami, bez dygresji.

Leżą na komodzie od trzech dni. Dwie koperty, zaadresowane, z naklejonymi znaczkami. Codziennie rano przy herbacie patrzę na nie i myślę: dziś zaniosę na pocztę. I codziennie nie zanoszę.

Bo co, jeśli przeczytają i nic się nie zmieni? Albo gorzej - jeśli się obrażą? Jeśli Agnieszka powie Robertowi, że matka robi wyrzuty, że manipuluje? Jeśli Kasia zadzwoni z płaczem i będzie tłumaczyć, a ja będę musiała powiedzieć „nic się nie stało, nieważne" - tak jak mówiłam całe życie?

A może powinnam po prostu wyrzucić te listy, zjeść resztę sernika i czekać na następne urodziny. Na następnego kuriera.

Dziś rano wstałam, nastawiłam czajnik i znowu stanęłam nad tymi kopertami. Wzięłam je do ręki. Były lekkie - dwie kartki, cztery strony, całe moje siedemdziesiąt pięć lat w dwóch kopertach po trzy pięćdziesiąt ze znaczkiem.

Włożyłam płaszcz. Wzięłam torebkę. Koperty wsunęłam do kieszeni. Otworzyłam drzwi. Na klatce pachniało jak zwykle - zupą i środkiem do mycia podłóg. Na dole trzasnęły drzwi, ktoś wyszedł z psem. Zwykły wtorek na Pradze. Stanęłam na progu i pomyślałam o mamie, o tym jak pisała do mnie listy, których nigdy nie wysłała - znalazłam je po jej śmierci w szufladzie kredensu, siedem sztuk, przewiązanych wstążką od czekoladek.

Zeszłam po schodach. Poczta jest trzy przecznice dalej. Albo pięć minut, albo całe życie.