
Od września trzy razy w tygodniu czytam bajki w przedszkolu przy parafii. Płacą symbolicznie, ale czekają na mnie i mówią do mnie po imieniu. Córka dowiedziała się wczoraj i zadzwoniła od razu: „Mamo, a kto teraz odbierze Zosię?".
Nie powiedziała „gratulacje". Nie zapytała, czy mi się podoba, czy dzieci są grzeczne, czy mi dobrze z tym. Pierwsza myśl - Zosia. Jakby moje życie istniało tylko w odniesieniu do jej potrzeb.
Odłożyłam telefon na blat kuchenny i patrzyłam na niego jeszcze długo. Herbata wystygła. Z okna mojego mieszkania na Pradze-Południe widać było kasztanowiec, który właśnie tracił liście. Pomyślałam, że tak samo jest ze mną - przez lata traciłam kawałek po kawałku i nikt nie zauważył.
Mam na imię Halina, sześćdziesiąt trzy lata, od dwóch na emeryturze. Trzydzieści osiem lat przepracowałam w bibliotece szkolnej przy Grochowskiej. Mąż, Ryszard, odszedł ode mnie osiem lat temu - nie umarł, po prostu się wyprowadził. Do koleżanki z pracy. Zostawił mieszkanie, meblościankę i poczucie, że jestem niewidzialna.
Mam jedną córkę. Marta. Czterdzieści lat, dwa mieszkania, dobra posada w firmie marketingowej, mąż Tomek i pięcioletnia Zosia. Kiedy przeszłam na emeryturę, Marta odetchnęła. „Mamo, to świetnie, będziesz mogła posiedzieć z Zosią, kiedy wypadnie mi delegacja". I rzeczywiście - siadałam. Poniedziałek, środa, piątek. Czasem sobota. Odbierałam Zosię z przedszkola o trzynastej, karmiłam, bawiłam, kąpałam. Kiedy Marta wracała o osiemnastej, ja zbierałam torbę i jechałam do siebie tramwajem.
Kocham Zosię. Niech to będzie jasne. Kocham ją tak, jak babcie kochają wnuczki - bezwarunkowo, z piernikami, z czytaniem bajek na dobranoc, z całowaniem obitego kolana. Ale po roku tej rutyny zaczęłam czuć coś, czego długo nie umiałam nazwać.
Pustka. Nie taka wielka, dramatyczna pustka z filmów. Zwykła, codziennie ta sama. Budziłam się rano i wiedziałam, że jedyne, co mnie tego dnia czeka, to bycie do dyspozycji. Nie Haliną. Babcią. Funkcją.
W lipcu widziałam ogłoszenie na tablicy w kościele. Przedszkole parafialne przy Świętego Augustyna szukało wolontariuszki do czytania bajek. Trzy razy w tygodniu, po godzinie. Wynagrodzenie - trzysta złotych miesięcznie, żeby pokryć dojazd. Pomyślałam: to jest coś, co umiem robić. Trzydzieści osiem lat w bibliotece, tysięcy książek podanych dzieciom przez okienko - i jeszcze mi mało.
Zadzwoniłam. Siostra Jadwiga odebrała po pierwszym sygnale. „Proszę przyjść jutro o dziewiątej, zobaczymy, jak pani czyta". Poszłam. Wzięłam „Plastusiowy pamiętnik", bo to zawsze działało na sześciolatki. I zadziałało. Dzieci siedziały jak zaklęte. Jedno - Kacperek - podszedł po wszystkim i powiedział: „Pani Halino, pani przyjdzie jutro?".
Pani Halino. Nie „babciu". Nie „mamo". Pani Halino.
Zaczęłam we wrześniu. Poniedziałek, środa, piątek - dokładnie w te same dni, kiedy dotychczas siedziałam z Zosią. Musiałam porozmawiać z Martą. Przygotowywałam się tydzień. Napisałam sobie nawet notatki, jak do trudnej rozmowy z rodzicem w szkole.
Ale nie zdążyłam. Marta dowiedziała się sama. Zosia powiedziała jej niechcący, że babcia czyta bajki „innym dzieciom w kościółku". Dziecko nie widzi w tym nic złego. Dorosła córka - widocznie tak.
Telefon zadzwonił w czwartek o dwudziestej pierwszej. Marta nie zaczęła od powitania.
„Mamo, co to za przedszkole? Dlaczego nic nie mówiłaś?"
„Czytam tam bajki, Martusiu. Trzy razy w tygodniu."
„W poniedziałek, środę i piątek?"
„Tak."
Cisza. Słyszałam, jak w tle Zosia śpiewa coś z bajki o Elzie. Potem Marta powiedziała to zdanie, które od wczoraj kręci mi się w głowie jak zdarta płyta: „Mamo, a kto teraz odbierze Zosię?".
Nie zapytała, co czytam. Nie zapytała, czy dzieci mnie lubią. Nie powiedziała: „Mamo, jak fajnie, że znalazłaś coś dla siebie". Od razu - Zosia. Jakby moje trzy godziny tygodniowo w przedszkolu parafialnym odebrały jej coś, co jej się po prostu należy.
Odpowiedziałam spokojnie, bo cały tydzień ćwiczyłam spokój: „Może Tomek mógłby ją odebrać? Albo moglibyście znaleźć nianię na te trzy dni?".
„Tomek pracuje do szesnastej, mamo, wiesz o tym. A niania kosztuje."
„Wiem. Ale ja też teraz mam zajęcie."
„Zajęcie?" - powtórzyła Marta takim tonem, jakbym powiedziała coś absurdalnego. „Czytanie bajek obcym dzieciom to zajęcie? Mamo, Zosia jest twoja wnuczka."
I tu poczułam, jak coś we mnie pęka. Nie głośno - nie krzyczałam, nie trzasnęłam drzwiami. To był taki cichy trzask, jak gałązka pod butem na spacerze. Pękło to ciche przyzwolenie, które dawałam latami. Przyzwolenie na to, że moje potrzeby są zawsze mniej ważne.
„Martusiu" - powiedziałam - „kocham Zosię. Ale kocham też to, co robię w tym przedszkolu. I nie zamierzam z tego rezygnować."
Marta się rozłączyła. Nie z trzaskiem, po prostu - cisza.
Od wczoraj nie dzwoniła. Ja też nie. Siedzę teraz w kuchni, jest piątkowy poranek, za dwie godziny mam czytanie. Przygotowałam „O psie, który jeździł koleją". Kacperek prosił o coś z psem.
Myślę o Marcie i staram się ją zrozumieć. Wiem, że jest zmęczona. Wiem, że praca ją zjada, że Tomek wraca późno, że Zosia jest wymagająca. Wiem, że kiedy miała pięć lat, to ja tak samo się kręciłam - praca, dom, dziecko - i moja mama, Jadwiga, siadała z Martą bez słowa skargi. Może Marta po prostu myśli, że tak ma być. Że babcia jest na to.
Ale ja pamiętam też, jak mama kiedyś powiedziała mi zdanie, którego wtedy nie zrozumiałam. Miałam trzydzieści parę lat, pędziłam po Martę do przedszkola, a mama stała w progu z płaszczem w ręku i mówiła: „Ja dziś idę na swoje spotkanie, Halinko. Poradzisz sobie". Spotkanie - to znaczy klub seniora przy bibliotece. Pięć starszych pań, herbata, rozmowy. Wtedy byłam wściekła. Dziś rozumiem.
Nie wiem, co zrobi Marta. Może się obrazi na tydzień, potem zadzwoni, jakby nic się nie stało, i powie: „Mamo, w środę mam spotkanie, mogłabyś?". A może będzie dłużej. Może powie Tomkowi, że jestem egoistką. Może Zosia za tydzień zapyta, czemu babcia nie przychodzi.
Na Zosię mam gotową odpowiedź. Powiem jej: „Babcia czyta bajki innym dzieciom, ale do ciebie zawsze wraca".
Na Martę odpowiedzi jeszcze nie mam.
Za kwadrans wychodzę. Włożę szary kardigan, wezmę torbę z książkami i pojadę tramwajem na Saską Kępę. Przy wejściu siostra Jadwiga powie: „Dzień dobry, pani Halino". Kacperek podbiegnie i zapyta, czy przyniosłam tę o psie. I przez godzinę będę kimś. Nie babcią, nie matką, nie byłą żoną. Haliną, która czyta bajki. I która wreszcie wie, że to wystarczy.
Tylko dlaczego, żeby to poczuć, musiałam kogoś zawieść?