
O pierwszej w nocy dzwonek: wnuk z plecakiem i czerwonymi oczami - „mogę u ciebie, babciu?". Jego matce napisałam trzy słowa: „Jest u mnie, śpi". Telefon dzwonił do drugiej, nie odbierałam. Rano usmażyłam jajecznicę i milczałam, aż sam zaczął.
Zaczął od jajecznicy. Mówię dosłownie - wziął widelec, nabrał kawałek, przełknął i powiedział: „Taka jak zawsze. Mama nigdy nie umie tak zrobić". A potem spuścił głowę i rozpłakał się nad talerzem. Bartek. Szesnaście lat, metr osiemdziesiąt, butów rozmiar czterdzieści cztery. Płakał jak wtedy, gdy miał pięć lat i spadł z huśtawki na działce ROD w Krakowie, tej po moim Tadeuszu.
Nie dotknęłam go. Wiem, że to brzmi okropnie, ale ja znam tego chłopaka. Gdybym go przytuliła, zamknąłby się jak ostryga. Więc siedziałam naprzeciwko z herbatą i czekałam. Za oknem Nowa Huta budziła się do życia - autobus linii 139 przejechał z piskiem na zakręcie, ktoś na parterze trzasnął drzwiami klatki. Normalny piątkowy poranek.
- Ojciec odszedł - powiedział w końcu Bartek i wytarł nos rękawem bluzy.
Odstawiłam kubek. Porcelana stuknęła o blat tak głośno, że oboje drgnęliśmy.
- Jak to odszedł?
- No odszedł, babciu. Spakował torbę i wyszedł. Mama rzucała w niego talerzami. Tymi z serwisu, wiesz, z różyczkami. Trzy się rozbiły.
Serwis z różyczkami. Podarowałam go Joli - mojej synowej - na ślub z Grzegorzem dwanaście lat temu. Pamiętam, jak w sklepie na Kazimierzu wahałam się między tym a prostszym, białym. Teresa, moja koleżanka z poczty, gdzie przepracowałam dwadzieścia osiem lat, powiedziała wtedy: „Bierz z różyczkami, Halina. To na całe życie". Na całe życie. Trzy się rozbiły.
Grzegorz to mój jedynak. Urodził się, gdy miałam dwadzieścia sześć lat, a Tadeusz już jeździł tirami po Europie. Wychowywałam go praktycznie sama. Tadeusz przysyłał pieniądze, wracał na święta i na urlop, i tak przez piętnaście lat, aż dostał posadę w bazie transportowej w Krakowie. Wtedy Grzesiek miał już swoje życie, swoje tajemnice, swój pierwszy papieros na klatce schodowej. Tadeusz próbował nadrobić, ale jak nadrobić piętnaście lat wieczorów, odrabiania lekcji, gorączek w nocy? Grzegorz nigdy mu tego wprost nie powiedział, ale ja widziałam. Patrzył na ojca jak na gościa, który zostaje na obiad i zaraz pójdzie.
Tadeusz umarł osiem lat temu. Rak płuc, pięć miesięcy od diagnozy do końca. Grzegorz płakał na pogrzebie, ale nie wiem, czy opłakiwał ojca, którego miał, czy tego, którego nie miał. Nigdy go o to nie zapytałam. Może powinnam była.
- Bartek, a ty jak się tu dostałeś? - zapytałam, bo nagle dotarło do mnie, że jest pierwsza w nocy, a chłopak ma szesnaście lat.
- Tramwajem do dworca, potem nockę do Nowej Huty. Wysiadłem na rondzie i szedłem piechotą.
- Sam? W nocy?
Wzruszył ramionami. Szesnaście lat. W nocy. Przez pół Krakowa z plecakiem, bo w domu latają talerzami.
Telefon na komodzie zaczął znowu wibrować. Wyświetlacz pokazywał „Jola". Szósty raz od rana. Nie odebrałam. Bartek spojrzał na mnie z taką ulgą, że aż ścisnęło mnie w dołku.
- Babciu, ja tam nie wrócę.
- Nigdzie cię nie wyganiam.
Nie obiecywałam niczego więcej. Nauczyłam się przez sześćdziesiąt trzy lata życia, że obietnice dawane w piątek rano nad jajecznicą rzadko przeżywają niedzielę.
Bartek poszedł spać do pokoju, który kiedyś był pokojem Grzegorza. Wciąż wisi tam plakat z zespołem, którego nazwy nie pamiętam, i model samolotu sklejony na krzywo. Zaniosłam mu czystą pościel, tę w niebieskie paski. Zasnął w ciągu minuty. Stałam nad nim i patrzyłam na jego twarz - tak podobną do twarzy mojego Tadeusza, że przez chwilę zabolało.
Dopiero wtedy odebrałam telefon od Joli.
- Halina, oddaj mi syna! - Jola krzyczała tak, że odsunęłam słuchawkę od ucha.
- Jola, on śpi. Jest bezpieczny.
- Nie miała pani prawa go zatrzymywać!
- On sam przyszedł.
- Bo ojciec narobił mu wody z mózgu! Grzegorz jest kłamcą i manipulantem, a teraz wciąga w to dziecko!
Milczałam. Znałam Jolę od dwunastu lat. Pamiętam ją jako cichą, drobną dziewczynę z apteki na Podgórzu, która na pierwszym obiedzie u mnie zjadła trzy porcje bigosu i powiedziała: „Pani Halino, nikt tak nie gotuje". Lubiłam ją. Może nawet kochałam jak córkę, której nie miałam. Ale teraz w słuchawce był ktoś obcy, ktoś, kogo strach zamienił w furię.
- Jola, co się stało między wami?
- Niech pani zapyta swojego syna. Swojego wspaniałego syna.
I się rozłączyła.
Zadzwoniłam do Grzegorza. Odebrał po pierwszym sygnale. Głos miał taki, jakby nie spał od dwóch dni.
- Mamo, przepraszam, że Bartek do ciebie…
- Grzegorz, co ty narobiłeś?
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam jego oddech i odgłos jakiejś ulicy - klaksony, silniki.
- Mamo, ja mam kogoś.
Trzy słowa. Jak te, które ja napisałam Joli w nocy. Trzy słowa i świat się przesuwa o parę centymetrów, i wszystko wygląda inaczej.
- Od kiedy? - zapytałam, bo to jedyne konkretne pytanie, jakie przyszło mi do głowy.
- Pół roku.
Pół roku. Pół roku kłamstw, pół roku podwójnego życia, pół roku piątków, kiedy Grzegorz dzwonił do mnie i mówił „wszystko dobrze, mamo, a u ciebie?". A u mnie? U mnie emerytury z pocztowej ledwo starcza na leki, ale rosół gotuję co niedzielę, bo Bartek lubi wpaść po treningu. Robiłam rosół, a mój syn kłamał mi w twarz.
- A Bartek wie?
- Bartek widział moje SMS-y. Przypadkiem.
Przypadkiem. Szesnastolatek przypadkiem widzi SMS-y ojca i nagle świat, który znał - ten ze schabowymi w niedzielę, meczami Wisły na stadionie i ojcem, który jest po prostu ojcem - ten świat pęka na pół. Więc pakuje plecak, jedzie przez noc do babci, bo babcia to jedyna osoba, która nie krzyczy, nie rzuca talerzami i nie kłamie. Przynajmniej tak mu się wydaje.
- Grzegorz, nie powiem ci, co masz robić. Ale Bartek jest u mnie i zostanie, dopóki sam nie zdecyduje, że chce wrócić.
- Mamo, Jola powie, że go nastawiasz.
- Niech mówi.
Znowu cisza. Potem cicho, prawie szeptem:
- Mamo, czy ty mnie nienawidzisz?
Pomyślałam o Tadeuszu, o jego piętnastu latach w trasie, o tym, jak stał w drzwiach z torbą podróżną i mówił „Halinko, jeszcze tylko ten kurs". Pomyślałam o tym, że nigdy nie zapytałam go wprost, czy ktoś na niego czekał w Niemczech albo we Francji. Może nie chciałam wiedzieć. Może wiedziałam i wybrałam niewiedzę. Może to jest rodzinna tradycja - nie pytać, nie widzieć, robić rosół i udawać, że ściany nie mają uszu.
- Nie nienawidzę - powiedziałam. - Ale nie powiem ci, że jest dobrze. Bo nie jest.
Bartek spał do drugiej po południu. Kiedy wstał, zrobił sobie kanapkę z serem i usiadł przy kuchennym stole, tym samym, przy którym Grzegorz odrabiał lekcje trzydzieści lat temu.
- Babciu, a ty co byś zrobiła na miejscu mamy?
Patrzyłam na niego - na te czerwone jeszcze oczy, na dłonie mojego Tadeusza, na usta mojej matki, na całą tę genealogię spakowaną w jedno chude, szesnastoletnie ciało - i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo żeby odpowiedzieć uczciwie, musiałabym mu powiedzieć o dziadku. O tych piętnastu latach. O wszystkim, co trzymałam w zamkniętej szufladzie razem ze starymi rachunkami za prąd.
- Usmażyłabym jajecznicę - powiedziałam w końcu. - I poczekała.
Bartek skinął głową, jakby to była najrozsądniejsza odpowiedź na świecie. A może po prostu był głodny i zmęczony, i chciał, żeby ktoś dorosły powiedział cokolwiek, co brzmi jak plan. Nie wiem. Wiem tylko, że wieczorem Jola znowu dzwoniła, a ja znowu nie odebrałam. I że rano muszę zdecydować, po czyjej stoję stronie - syna, synowej czy wnuka. Albo może swojej własnej.
Tyle że o pierwszej w nocy, kiedy otwierałam drzwi i widziałam te czerwone oczy, wydawało mi się to dużo prostsze.