
Z sanatorium odebrała mnie córka, uśmiechnięta: „mamy niespodziankę". W mieszkaniu pachniało farbą - ściany szare, „bo tak teraz modnie". Fotela Stefana nie było: „wyrzuciliśmy, przecież był przetarty". Czytał mi w nim na głos przez czterdzieści lat.Stałam w progu własnego salonu i nie poznawałam go.
Ściany, które przez trzydzieści lat były w kolorze ciepłego kremu - takim, jaki Stefan wybrał, bo mówił, że przy nim moje oczy wyglądają jak miód - teraz były szare. Grafitowe, właściwie. Zimne. Meblościanka zniknęła. Zamiast niej stała niska szafka na nóżkach, biała, lśniąca, jakby dopiero co ją rozpakowano z folii. Na niej stało jedno zdjęcie w srebrnej ramce - ja i Kasia na jej ślubie. Stefana ktoś wyciął. Nie dosłownie, oczywiście. Po prostu wybrano zdjęcie, na którym go nie było.
- No i jak, mamo? - Kasia stała za mną, promieniała. - Marcin pomagał malować w sobotę, a ja dobrałam meble. Wszystko z Ikei, ale porządne, zobaczysz.
Nie odpowiedziałam od razu. Szukałam wzrokiem kąta przy oknie, tego miejsca, gdzie stał fotel. Zielony fotel z podłokietnikami wytartymi do jasnej nitki, z wgniecieniem na siedzeniu, które idealnie pasowało do Stefana. Kupiliśmy go w osiemdziesiątym trzecim roku na giełdzie przy Banacha, za pieniądze odłożone na wakacje. Stefan powiedział wtedy: „Morze jest co roku, a taki fotel to raz w życiu". I miał rację. Fotel przetrwał przeprowadzkę z kawalerki do tego mieszkania na Gocławiu, przetrwał dzieciństwo Kasi, przetrwał Stefana.
Do tej chwili.
- Kasiu - powiedziałam powoli - gdzie jest fotel taty?
- Mamo, no przecież mówię - wyrzuciliśmy. Był cały przetarty, wyblakły, sprężyny wystawały. Marcin zniósł go na śmietnik jeszcze w piątek, bo w sobotę przyjeżdżało gabaryty.
Gabaryty. Stefan czytał mi w tym fotelu na głos. Każdego wieczoru, czterdzieści lat, nie licząc tych dwóch ostatnich, kiedy już nie mógł. Zaczął od „Lalki" Prusa, jeszcze w kawalerce, kiedy byłam w ciąży z Kasią i bolały mnie nogi. Potem były „Noce i dnie", „Znachor", „Pan Wołodyjowski". Czytał powoli, z przerwami, bo lubił komentować. „Zobacz, Bożena, ten Wokulski to taki sam głupek jak ja - zakochany bez pamięci".
Śmiałam się. Zawsze się śmiałam. Fotel skrzypiał, kiedy się prostował, żeby lepiej widzieć tekst, a ja leżałam na kanapie z kocem na nogach i zamykałam oczy.
Po śmierci Stefana - trzy lata temu, cicho, we śnie, jakby wyszedł do drugiego pokoju i zapomniał wrócić - siadałam w tym fotelu sama. Nie czytałam. Po prostu siadałam. Wkładałam ręce w wytarte zagłębienia na podłokietnikach i czułam kształt jego dłoni. Może to głupie. Może to niezdrowe, jak powiedziała
Kasia kiedyś przez telefon: „Mamo, nie możesz żyć w muzeum".
Ale ja nie żyłam w muzeum. Ja żyłam w domu, w którym wszystko miało swoją historię.
- Podoba ci się? - Kasia wciąż czekała na moją reakcję. - Bo Marcin mówi, że jak chcesz, to możemy jeszcze kuchnię ogarnąć. Kafelki są do wymiany, ale dalibyśmy takie płytki winylowe, wiesz, takie jak u Agaty w łazience...
- Nie chcę - powiedziałam cicho.
- Czego nie chcesz? Kuchni?
- Niczego nie chcę. Chcę fotel Stefana z powrotem.
Kasia zamilkła. Widziałam, jak zmienia się jej twarz - z dumy w zakłopotanie, potem w coś, co było chyba irytacją. Znałam tę minę. Robiła ją od dziecka, kiedy słyszała coś, czego nie chciała słyszeć.
- Mamo, fotel poszedł na gabaryty. Nie ma go. Był stary, brzydki i śmierdział kurzem. Zrobiliśmy ci tu pięknie, wydaliśmy prawie cztery tysiące złotych, Marcin malował do drugiej w nocy...
- Nikt mnie nie pytał.
- Bo byłaś w sanatorium! Chcieliśmy zrobić ci niespodziankę! Żebyś wróciła do ładnego mieszkania, a nie do... do tego smutku.
Do tego smutku. Tak nazwała czterdzieści lat mojego życia ze Stefanem. Smutkiem, z którego trzeba mnie wyciągnąć za pomocą szarej farby i szafki z Ikei.
Usiadłam na nowej kanapie - twardej, niewygodnej, pachącej chemią. Kasia usiadła obok, wzięła mnie za rękę. Jej dłoń była ciepła, a oczy zaczęły się szklić.
- Mamo, ja wiem, że tęsknisz za tatą. Ja też tęsknię. Ale ten fotel... on nie jest tatą. Tata jest tutaj - dotknęła mojej piersi. - I tutaj - dotknęła swojej. - A mieszkanie powinno żyć, nie stać w miejscu jak pomnik.
Pomyślałam wtedy, że ma rację. Część mnie to wiedziała - ta rozsądna, pragmatyczna część, która przez trzydzieści lat pracowała w księgowości w spółdzielni mieszkaniowej i potrafiła zliczyć każdy grosz. Fotel był stary. Sprężyny rzeczywiście wystawały. Obicie miało plamę po herbacie, której nie dało się wyprać.
Ale druga część mnie - ta, która zamykała oczy i słyszała głos Stefana czytającego „Nad Niemnem" - wiedziała, że Kasia zabrała mi coś, czego nie da się kupić w żadnym sklepie. I że zrobiła to z miłości, co było najgorsze. Bo na miłość nie można się gniewać. Prawda?
Wieczorem, kiedy Kasia z Marcinem poszli do siebie, podeszłam do kąta przy oknie. Stała tam teraz doniczka z jakąś rośliną o szerokich liściach, której nazwy nie znałam. Przesunęłam ją na bok. Na panelach - nowych, jasnych, też wymienionych - został ledwo widoczny prostokąt, ślad po nóżkach fotela, odciśnięty przez dekady w starym parkiecie, przeniesiony jakimś cudem nawet na nową podłogę. A może mi się wydawało. Może chciałam go zobaczyć.
Uklękłam i dotknęłam tego miejsca dłonią.
Rano zadzwoniłam do Kasi. Podziękowałam za remont. Powiedziałam, że mieszkanie jest ładne. Nie powiedziałam, że piękne, bo nie potrafiłam. Kasia odetchnęła z ulgą tak głośno, że słyszałam to przez telefon.
- A wiesz, mamo, to jeszcze jedno - powiedziała na koniec. - W szafie w sypialni jest pudło, nie wyrzuciłam. Książki taty. Te, które czytał. Myślałam, że może chciałabyś je komuś oddać, do biblioteki albo na Allegro...
Nie odpowiedziałam od razu. Otworzyłam szafę. Stało tam brązowe pudło po butach Marcina, pełne książek z podgiętymi rogami. Na wierzchu leżał „Znachor" z zakładką na stronie sto czterdzieści trzy. Stefan nigdy go nie skończył.
Zamknęłam szafę. Pudła nie ruszałam.
Wieczorem usiadłam na nowej kanapie, wzięłam „Znachora" i otworzyłam na stronie sto czterdzieści trzy. Czytałam na głos, do pustego pokoju, szarych ścian i doniczki z rośliną bez nazwy. Mój głos brzmiał dziwnie w tym odmienionym mieszkaniu - cienki, niepewny, zupełnie niepodobny do głosu Stefana.
Ale czytałam.