Nero miał zostać u mnie na tydzień, bo syn z synową lecieli do Egiptu. Mieszka u mnie ósmy miesiąc - karma i weterynarz z mojej emerytury. W niedzielę wnuczka pokazała mi zdjęcia: kupili szczeniaka, śpi u nich w sypialni. Nero podniósł głowę na ich głosy z telefonu.

Położył pysk na moim kolanie i patrzył na mnie tymi swoimi brązowymi oczami, jakby pytał - wracamy do domu? A ja nie wiedziałam, co mu odpowiedzieć. Bo on chyba nadal myśli, że tu jest tymczasowo. Że zaraz ktoś po niego przyjedzie. Ja już wiem, że nie przyjedzie.

Nazywam się Bożena, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Mieszkam w bloku na Ratajach w Poznaniu, na trzecim piętrze, w dwupokojowym mieszkaniu, które po rozwodzie zostało tylko moje. Syn Grzegorz ma trzydzieści osiem lat, z żoną Patrycją i dziesięcioletnią Olą mieszkają po drugiej stronie miasta, w domku z ogródkiem. Nero był ich psem. Dużym, rudawym mieszańcem, spokojnym jak kamień. Miał u nich swoje legowisko w przedpokoju, swoją miskę, swój kąt ogrodu.

Kiedy Grzegorz zadzwonił w styczniu, że lecą do Egiptu na tydzień i czy mogę wziąć Nerona, nawet się ucieszyłam. Lubię tego psa. Zawsze się cieszył, kiedy przychodziłam. Machał ogonem tak mocno, że aż się kręcił w kółko. Powiedziałam - jasne, przywieźcie go, dam radę. W końcu to tylko tydzień.

Grzegorz przywiózł Nerona w niedzielę rano. Wniósł torbę z karmą, dwie miski i smycz. Nero wszedł do mieszkania, obwąchał kąty, usiadł przy drzwiach i czekał. - Tato, idź, bo się spóźnisz na samolot - powiedziałam do Grzegorza, który kręcił się w progu. On poklepał psa po grzbiecie, mruknął „bądź grzeczny" i pojechał.

Tydzień minął. Nikt nie dzwonił. Napisałam SMS-a: „Kiedy odbierzecie Nerona?". Odpowiedź przyszła po czterech godzinach. „Mamo, możesz go jeszcze potrzymać? Patrycja remontuje pokój i będzie bałagan, pies się stresuje". Napisałam - dobrze. Luty zamienił się w marzec. W marcu zadzwoniłam. Patrycja odebrała, bo Grzegorz był na delegacji. Powiedziała, że Ola ma alergię i że muszą to zbadać, i że na razie lepiej, żeby Nero u mnie został.

- Patrycja, jaka alergia? Ola całe życie spała z tym psem - powiedziałam spokojnie, choć spokojnie to ja się nie czułam.

- Teściowa, ja się nie kłócę. Lekarz powiedział, żeby odseparować - urwała. - Grzegorz do pani zadzwoni.

Grzegorz zadzwonił tydzień później. Przepraszał. Mówił, że to tymczasowe, że jak wyniki przyjdą, to odbiorą Nerona. Pytałam o koszty karmy i weterynarza - Nero bierze leki na stawy, co miesiąc wizyta. Grzegorz powiedział, że przeleje pieniądze. Przelał raz, dwieście złotych, w lutym. Od tamtej pory cisza.

Nie jestem bogatą kobietą. Czynsz, rachunki, leki na ciśnienie, jedzenie. Nero zjada karmę za sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie, a weterynarz to kolejne dwieście co dwa miesiące. Zaczęłam kupować tańszą kawę. Potem zrezygnowałam z kawy w ogóle i piję herbatę, tę najtańszą, po trzy złote za pudełko. Nie mówię o tym Grzegorkowi, bo nie chcę, żeby myślał, że się skarżę. Ale ostatnio, kiedy poszłam do apteki po leki, zabrakło mi trzydziestu złotych i musiałam wrócić następnego dnia po wypłacie.

Nero w tym czasie stał się moim psem. Nie dlatego, że go tak nazwałam - dlatego, że zaczął żyć moim rytmem. Wstaje, kiedy ja wstaję. Idzie do kuchni i czeka przy swoich miskach. Potem spacer - rano i wieczorem, po osiedlu, wzdłuż tych samych trawników. Sąsiadka z parteru, pani Lucyna, mówi do mnie - o, Bożenka, pani sobie psa wzięła, jaki ładny. Nie poprawiam jej. Po co.

W maju Nero zaczął utykać na lewą przednią łapę. Pojechałam z nim do weterynarza taksówką, bo pies waży trzydzieści kilo i nie dam rady go wciągnąć do autobusu. Weterynarz powiedział, że trzeba zrobić RTG i może będzie potrzebna operacja. Koszt samego zdjęcia - sto pięćdziesiąt złotych. Zadzwoniłam do Grzegorza.

- Synu, Nero potrzebuje RTG. Ile możesz dołożyć?

Cisza w słuchawce. Potem westchnienie.

- Mamo, wiesz, ile kosztował nam remont? Nie mam teraz wolnej gotówki.

- Grzegorz, to jest twój pies.

- No wiem, mamo. Ale teraz to bardziej twój, nie?

To zdanie wbiło mi się pod żebra. „Teraz to bardziej twój." Zacisnęłam zęby, zapłaciłam za RTG z pieniędzy odłożonych na sanatorium. Na szczęście operacja nie była potrzebna - wystarczyły leki i odpoczynek. Ale sanatorium przepadło.

A potem przyszła ta niedziela. Ola, moja wnuczka, zadzwoniła na wideo. Pokazywała mi swój pokój, nowe biurko, plakat na ścianie. I nagle - „Babciu, popatrz!" - obraca telefon i widzę małego szczeniaka, coś jasnego, kudłatego, w typie goldendoodla. Leży sobie na łóżku Grzegorza i Patrycji, na tej ich białej narzucie.

- Babciu, to Luna! Kupiliśmy ją w sobotę! Jest taka słodka!

Nero leżał przy moich nogach na kanapie. Na dźwięk głosu Oli podniósł głowę. Na dźwięk głosu Grzegorza, który gdzieś w tle się zaśmiał, zamachał ogonem. Raz, dwa razy. Potem znowu położył pysk na łapach.

Wyłączyłam telefon po rozmowie i siedziałam tak z dziesięć minut. Nero patrzył na mnie. Myślałam o tym, co powiem Grzegorzowi. Że jestem wściekła? Że mnie zostawili z jego psem, a sami kupili nowego, modnego, z rodowodem? Że ta alergia Oli była kłamstwem, skoro teraz szczeniak śpi im w sypialni? Że co miesiąc wydaję na jego psa pieniądze, których nie mam?

Zadzwoniłam następnego dnia rano. Patrycja nie odebrała. Grzegorz oddzwonił wieczorem.

- Mamo, o co chodzi?

- Kupiliście szczeniaka.

- No... Ola bardzo chciała. Luna jest hipoalergiczna, nie uczula.

- A Nero?

- Co Nero?

- Grzegorz, kiedy go odbierzecie.

Znowu ta cisza. Dłuższa niż poprzednim razem.

- Mamo, on się już u ciebie przyzwyczaił. Tobie chyba też jest z nim dobrze, nie? Pies to towarzystwo. Sama przecież mówiłaś, że ci się podoba, jak Nero jest.

Chciałam krzyczeć. Ale nie krzyknęłam. Powiedziałam tylko:

- Dobrze, Grzegorz.

I rozłączyłam się.

Teraz siedzę i głaszczę Nerona po łbie. Jest ciepły wieczór, okno otwarte, z osiedla słychać dzieci na placu zabaw. Nero oddycha spokojnie. Nie wie, że go wymienili. Nie wie, że w domu, który był jego domem, na jego miejscu śpi teraz Luna. Wie tylko, że ja tu jestem.

Zastanawiam się, czy powinnam zadzwonić jeszcze raz. Powiedzieć Grzegorzowi, że nie stać mnie. Że to nie jest uczciwe. Że nie powinnam musieć wybierać między swoimi lekami a jego psem. A potem patrzę na Nerona i myślę - a jeśli zadzwonię i on powie: to oddaj go do schroniska?

Nie wiem, co jest gorsze. To, że mój syn podrzucił mi psa, którego nie chciał. Czy to, że ja nie potrafię tego psa oddać, bo on macha ogonem, kiedy słyszy moje kroki na korytarzu. I chyba jest jedyną istotą w moim życiu, która się codziennie cieszy, że jestem.