
U notariusza - aktualizowałam testament - córka wtrącała co zdanie: „mama się myli, mama nie pamięta". Notariusz odłożył pióro: „klientką jest mama. Panią poproszę na korytarz". Dyktowałam pół godziny, bez suflera. Na pożegnanie podał mi rękę: „rzadko widzę tak uporządkowane dyspozycje".
Kiedy wyszłam z kancelarii na ulicę, Renata stała oparta o balustradę, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Patrzyła na mnie tak, jakbym ją właśnie spoliczkowała. Nie powiedziała ani słowa. Wsiadłyśmy do jej srebrnego opla i jechałyśmy przez pół Wrocławia w ciszy tak gęstej, że słychać było tylko bębnienie jej paznokci o kierownicę.
Dopiero na parkingu pod moim blokiem na Kozanowie odezwała się:
- Mamo, ty naprawdę nie wiesz, co robisz. Ale się przekonasz.
Wysiadłam, trzasnęła drzwi i odjechała. Stałam z torebką przyciśniętą do piersi i myślałam: siedemdziesiąt dwa lata. Czterdzieści osiem lat małżeństwa z Tadeuszem, z czego ostatnie trzy samotne, bo Tadeusz odszedł w grudniu dwa tysiące dwudziestego pierwszego. I teraz muszę się tłumaczyć własnej córce z tego, komu zostawiam mieszkanie, meblościankę i działkę na ROD-zie przy Osobowickiej.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się u notariusza. Zaczęła się w styczniu, przy cieście drożdżowym.
Piekłam drożdżówkę z kruszonką - taką samą jak co niedzielę od trzydziestu lat - kiedy zadzwonił Grzegorz, mój syn. Mieszka w Poznaniu, pracuje jako elektryk w dużej firmie instalacyjnej. Dzwoni regularnie, w każdą środę i niedzielę, krótko, konkretnie. „Mamo, jak się czujesz? Co jadłaś? Byłaś u lekarza?" Tego dnia jednak nie pytał o lekarza.
- Mamo, Renata do mnie dzwoniła. Mówi, że chce z tobą porozmawiać o mieszkaniu.
- O moim mieszkaniu?
- No, o twoim. Że jest za duże dla ciebie samej. Że może by sprzedać, a ty byś się do niej przeprowadziła, na dół, bo ona ma ten pokój po Kacprze, odkąd on się wyprowadził.
Odłożyłam telefon na blat i patrzyłam na ciasto, które właśnie rosło pod ściereczką. Trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na park. Tadeusz malował te ściany sam, trzy razy, bo raz wybrałam za jasny żółty, a raz za ciemny zielony, a za trzecim razem powiedział: „Halinka, teraz jest idealnie, ale więcej nie maluję". Miałam stąd wyjść? Do pokoju po wnuku, w domu Renaty, gdzie mąż Renaty, Damian, ogląda mecze do pierwszej w nocy, a Renata sama decyduje, o której się je obiad?
- Grzesiu - powiedziałam spokojnie - nikt nie sprzedaje mojego mieszkania. Ja żyję, mieszkanie jest moje i będę w nim mieszkać, dopóki nogi mnie noszą.
- Wiem, mamo. Ja ci tylko mówię, żebyś wiedziała.
Wiedziałam. A właściwie zaczęłam się domyślać.
Renata od pogrzebu Tadeusza zmieniła się. Nie umiem powiedzieć dokładnie kiedy - może już na stypie, kiedy rozmawiała z Damianem szeptem w kuchni, a ja weszłam po wodę i oboje zamilkli. Może wtedy, kiedy tydzień po pogrzebie zapytała, czy tata „zostawił jakieś papiery". Może kiedy na Wigilię w dwa tysiące dwudziestym drugim - pierwszą bez Tadeusza - powiedziała przy stole, że „mama powinna pomyśleć o przyszłości, bo sama w tym mieszkaniu to nie jest bezpieczne".
Renata zawsze była praktyczna. Jako dziecko liczyła grosze w skarbonce, zapisywała w zeszyciku, ile kto jej jest winien za pożyczone kredki. Została księgową - i to dobrą, pracuje w firmie budowlanej, ma szacunek. Nie mówię, że jest złym człowiekiem. Ale gdzieś po drodze zaczęła traktować ludzi jak pozycje w bilansie. Albo jak problemy do rozwiązania.
A ja byłam problemem. Stara matka, sama, w trzypokojowym mieszkaniu, z emeryturą po mężu kolejarzu i własnymi oszczędnościami, o których Renata wiedziała tyle, ile jej powiedziałam - czyli niewiele.
W lutym przyjechała z teczką. Dosłownie - tekturowa teczka z gumką, w środku wydruki z internetu. Domy opieki, prywatne, z cenami. „Mamo, ja nie mówię, że teraz, ale zobacz, jakie są opcje. Gdybyś kiedyś potrzebowała. A mieszkanie można by wynająć, żeby pokryć koszty." Przejrzałam kartki, odłożyłam na stół i zapytałam:
- Renatko, powiedz mi wprost - chcesz mnie oddać do domu opieki?
Zaczerwieniła się. Pierwszy raz od lat widziałam u niej rumieniec.
- Mamo, ja myślę o twoim dobru.
- To dobrze. Ja też myślę o swoim dobru. I zostanę u siebie.
Nie przekonałam jej. Renata nie odpuszcza - nigdy nie odpuszczała. Zaczęła dzwonić częściej, pytać, czy brałam leki, czy nie zapomniałam zakręcić gazu. Podsyłała mi artykuły o demencji, o starszych ludziach, którzy giną, bo wychodzą z domu i nie pamiętają drogi. Kiedyś powiedziałam jej: „Renatko, ja chodzę na działkę i z powrotem od dwudziestu lat, trafiam bez GPS-u". Nie roześmiała się.
Wtedy postanowiłam, że zaktualizuję testament. Tadeusz zostawił proste dyspozycje - wszystko mnie, a po mnie pół na pół dla dzieci. Ale ja chciałam to zmienić. Nie dlatego, że nie kocham Renaty. Kocham. Ale mieszkanie miał dostać Grzegorz - bo Renata ma dom z mężem, a Grzegorz z żoną wynajmuje kawalerkę w Poznaniu. Działkę - dla obu. Oszczędności - podzielone, ale z zapisem na wnuczkę Olę, córkę Grzegorza, na studia. Proste, sprawiedliwe, moje.
Umówiłam się do notariusza sama. Zadzwoniłam, zapytałam o termin, wsiadłam w tramwaj numer trzydzieści trzy. Ale Renata - nie wiem jak, może zobaczyła SMS z potwierdzeniem terminu, kiedy byłam w łazience i zostawiłam telefon w kuchni - pojawiła się pod kancelarią dwadzieścia minut przed moją wizytą.
- Mamo, pojadę z tobą, pomogę ci.
Nie chciałam sceny na ulicy. Weszłyśmy razem.
I wtedy się zaczęło to, co opisałam na początku. „Mama się myli." „Mama nie pamięta." „Mama czasem jest zdezorientowana." Notariusz - młody mężczyzna, może czterdzieści lat, spokojny, z takim cierpliwym spojrzeniem - słuchał przez kilka minut. A potem odłożył pióro i powiedział to, co powiedział. I Renata wyszła na korytarz.
Przez te pół godziny dyktowałam wszystko, co przygotowałam w domu, wieczorami, przy herbacie z cytryną, z notatkami na kartce w kratkę wyrwanej z zeszytu. Notariusz zapisywał, pytał, upewniał się. Ani razu nie przerwał mi, żeby zapytać, czy jestem pewna. Widział, że jestem.
Na pożegnanie podał mi rękę i powiedział te słowa o uporządkowanych dyspozycjach. Schowałam dokumenty do torebki i wyszłam do córki.
Minął miesiąc. Renata nie dzwoni. Nie odpisuje na SMS-y - albo odpisuje jednym słowem: „ok", „dobrze", „rozumiem". Grzegorz mówi, że rozmawiał z nią, że jest wściekła, że uważa, że ją skrzywdziłam. Że matka powinna dzielić po równo. Że to niesprawiedliwe.
Siedzę na balkonie, jest maj, kasztany kwitną, z dołu słychać dzieci na placu zabaw. Piję herbatę z tym samym kubkiem, z którego pił Tadeusz - białym, z odbitym uchem, które sam przykleił i powiedział: „jeszcze posłuży". Myślę o Renacie. O tym, że może rzeczywiście ją skrzywdziłam. A może ją ochroniłam - przed nią samą, przed tym bilansem, w którym ludzie są pozycjami. Nie wiem.
Wiem jedno: tamtego dnia u notariusza, kiedy dyktowałam bez suflera, byłam bardziej sobą niż przez ostatnie trzy lata. I jeśli to jest ostatnia rzecz, którą robię naprawdę po swojemu - to niech tak będzie.
Kubek z odbitym uchem stoi na barierce balkonu. Trzyma się. Jeszcze posłuży.