
Całe życie woziły mnie inne osoby, a ja czekałam, aż ktoś będzie miał czas. W marcu zdałam egzamin na prawo jazdy - mam sześćdziesiąt trzy lata. W soboty wożę teraz koleżanki nad zalew, a telefon zostawiam w schowku.
Kiedy instruktor powiedział „zdała pani", stałam na parkingu WORD-u w Poznaniu i nie mogłam ruszyć się z miejsca. Ludzie mijali mnie z dokumentami w dłoniach, a ja patrzyłam na własne buty - stare, wygodne półbuty z Deichmanna - i myślałam: „Bożena, ty wariatko, co ty narobiłaś". Miałam łzy w oczach i przerażenie w żołądku. Radość przyszła dopiero w autobusie do domu, kiedy uświadomiłam sobie, że to ostatni raz, gdy wracam tym autobusem, bo nie muszę.
Ale żeby zrozumieć, co naprawdę wydarzyło się w marcu, trzeba cofnąć się dużo dalej. Do kuchni w naszym bloku na Ratajach, do zapachu palonej cebuli i głosu mojego męża Andrzeja, który mówił: „Po co ci te prawo jazdy, Bożena? Ja cię wszędzie zawiozę".
I zawoził. Przez trzydzieści osiem lat małżeństwa Andrzej zawoził mnie do lekarza, na zakupy, do moich rodziców pod Konin, na cmentarz pierwszego listopada. Zawoził córki do szkoły, potem na studia, potem na ich własne śluby. Andrzej był kierowcą TIR-a, więc samochód traktował jak przedłużenie własnej ręki, a mnie - jak kogoś, kto w tym samochodzie ma siedzieć obok i podawać kanapki.
Nie pytałam. Nie prosiłam o naukę. On nie proponował. To było takie nasze ciche porozumienie, z którego żadne z nas nie zdawało sobie sprawy.
Andrzej zmarł w sierpniu dwa lata temu. Wylew. Szybko, bez ostrzeżenia, jak zgaszenie światła w pokoju. Jednego dnia naprawiał kran w łazience córki, a dwa dni później leżał w trumnie u Marcinkowskich na Świerczewie. Zostałam z mieszkaniem, emeryturą z ZUS-u i srebrną Fabią, która stała na parkingu pod blokiem jak pomnik mężczyzny, którego już nie było.
Pierwsze tygodnie po pogrzebie pamiętam we fragmentach. Córki - Marta z Warszawy i Ania z Poznania - przyjeżdżały na zmianę. Marta mówiła: „Mamo, sprzedaj ten samochód, po co ci on". Ania woziła mnie na zakupy raz w tygodniu i zostawiała w lodówce pojemniki z zupą. Obie miały swoje dzieci, swoje prace, swoje kłopoty. Ja nie chciałam być kolejnym kłopotem.
Ale życie bez samochodu w Poznaniu, kiedy człowiek ma sześćdziesiąt lat i bolą go kolana, to jest jednak inna historia niż życie z Andrzejem, który zawsze czekał pod blokiem z włączonym silnikiem. Do lekarza - tramwaj, potem autobus, potem piętnaście minut piechotą. Na cmentarz - godzina w jedną stronę. Do koleżanki Krystyny na drugi koniec miasta - wyprawa jak na Berdyczów.
To Krystyna pierwsza powiedziała. Siedziałyśmy u niej, piłyśmy herbatę z cytryną, a ona nagle odstawiła filiżankę i spojrzała na mnie tak, jakby zobaczyła coś, czego ja nie widziałam.
- Bożena, a dlaczego ty się nie nauczysz jeździć?
- Zwariowałaś? W moim wieku?
- A co, ręce ci odpadną? Nogi masz? Oczy widzą?
- Ludzie się będą śmiać.
- Niech się śmieją. Ja bym z tobą nad zalew pojechała, wiesz? Ale nie autobusem.
Zaśmiałam się. Potem wróciłam do domu, usiadłam w przedpokoju na ławeczce, na której Andrzej zawsze zostawiał kluczyki od Fabii, i pomyślałam: „A dlaczego właściwie nie?".
Nie powiedziałam córkom. Nie od razu. Poszłam do szkoły jazdy na Wildzie w październiku, w kurtce zapiętej pod szyję, z teczką dokumentów ściśniętą pod pachą jak pierwszoklasistka. Pani w recepcji nawet nie mrugnęła okiem. Zapisała mnie, podała cennik. Dopiero instruktor - Tomasz, może czterdziestoletni, spokojny jak chleb - patrzył na mnie chwilę dłużej niż potrzeba.
- Pierwsza jazda? - zapytał.
- Pierwsza w życiu - odpowiedziałam.
- To się pani nie boi. Ja mam kursantów, co po raz czwarty zdają i dalej się trzęsą. Pani da radę.
Nie dałam rady od razu. Trzy razy nie zdałam egzaminu praktycznego. Za pierwszym razem zaciął mi się silnik na skrzyżowaniu i zamurowało mnie ze strachu. Za drugim - nie zauważyłam rowerzysty, egzaminator wcisnął hamulec, a ja się rozpłakałam jak dziecko. Za trzecim - wszystko szło dobrze, aż do parkowania równoległego, które mnie wykończyło o pół metra.
Po trzeciej porażce zadzwoniłam do Marty. Musiałam komuś powiedzieć, bo trzymanie tego w sobie zaczynało mnie dusić.
- Mamo... - Marta zamilkła na długą chwilę. - Mamo, ty chodzisz na kurs prawa jazdy?
- No chodzę.
- Dlaczego mi nie powiedziałaś?
- Bo bym usłyszała, że jestem za stara. Albo że nie dam rady.
Cisza w słuchawce. Długa, gęsta cisza.
- Mamo, ja bym tak nie powiedziała.
Ale obie wiedziałyśmy, że by powiedziała. I że Ania też. Bo przez czterdzieści lat w naszej rodzinie obowiązywała jedna zasada: Andrzej prowadzi, Bożena siedzi obok. I nikt - łącznie ze mną - nie wyobrażał sobie inaczej.
Czwarty egzamin zdałam w marcu, w deszczu, z rękami mokrymi od potu. Zaparkowałam równolegle z dokładnością, o jakiej nie śniłam. Egzaminator - pan z siwym wąsem, pewnie mój rówieśnik - powiedział: „Proszę panią, ładnie pani to zrobiła". I tyle. Żadnych fajerwerków. Wystarczyło.
Fabię oddałam do mechanika, żeby sprawdził oleje, hamulce, wszystko. Stanęła na parkingu czysta, z nowym odświeżaczem powietrza - bo ten Andrzeja, sosnowy, dawno wyschł i wisiał jak relikwia. Nie wyrzuciłam go. Przełożyłam do schowka, obok okularów przeciwsłonecznych i cukierków miętowych, które Andrzej zawsze tam trzymał.
Pierwszą samodzielną trasę przejechałam do Krystyny. Zadzwoniłam do domofonu, a kiedy otworzyła drzwi, powiedziałam tylko: „Zbieraj się, jedziemy nad zalew".
Teraz jeżdżę w każdą sobotę. Krystyna, Halina z trzeciego piętra, czasem Lucyna z dawnej pracy - pakujemy się do Fabii, ja włączam radio, a telefon chowam do schowka. Bo przez czterdzieści lat byłam na każde zawołanie - Andrzeja, córek, wnuków. Teraz w soboty jestem nieosiągalna, i to jest takie uczucie, jakbym pierwszy raz w życiu otworzyła okno na oścież.
Marta dzwoniła tydzień temu. Powiedziała, że jest ze mnie dumna. Że może przyjadą z Kubą na weekend i mogłabym ich zabrać gdzieś za miasto.
- Jasne - odpowiedziałam. - Ale w sobotę nie mogę. Soboty mam zajęte.
Zaległa cisza. Taka sama jak wtedy, gdy powiedziałam jej o kursie.
Nie wiem, czy Marta rozumie. Nie wiem, czy ktokolwiek z moich bliskich naprawdę rozumie, że to nie chodzi o prawo jazdy. Chodzi o trzydzieści osiem lat czekania na parkingu. O pytanie, które nigdy nie padło, i o odpowiedź, której nigdy nie dałam.
W przyszłą sobotę obiecałam koleżankom, że pojedziemy nad zalew inną drogą - przez wioski, gdzie kwitną jabłonie i stoją drewniane kapliczki. Halina mówi, że będzie robiła zdjęcia. Lucyna, że weźmie termos z kawą i sernik.
A ja poprowadzę. Sama.