Po rozwodzie z synem synowa odesłała karton „rzeczy z pani strony": obrus haftowany na ich ślub, ikona od chrzestnej, komplet z Ćmielowa. Na dnie - zdjęcia, same te, na których jestem ja. Zdjęcia wstawiłam do albumu. Obrus leży na moim stole.

Kurier przyjechał we wtorek, koło południa. Akurat wracałam z osiedlowego Biedronki z siatką, w której były pomidory, chleb i kefir. Zobaczyłam pod klatką chłopaka w granatowej kurtce, który kręcił się z kartką w ręku. „Pani Krystyna Majewska? Paczka za potwierdzeniem."

Podpisałam się na ekranie, wzięłam karton i dopiero na schodach poczułam, że jest ciężki. Nie takie ciężkie jak paczki od córki z Anglii - tamte są zawsze nabite herbatami i czekoladkami. To było inne ciężkie. Martwe ciężkie.

Postawiłam karton na kuchennym stole, odklejiłam taśmę i zobaczyłam obrus. Ten sam, który haftowałam wieczorami przez cztery miesiące przed ich ślubem.

Pamiętam, że skończyłam go w Wielki Piątek, przy telewizorze, gdzie leciał koncert z Częstochowy. Pod obrusem leżała ikona Matki Boskiej - ta, którą moja chrzestna, ciocia Jadzia, dała na ich ślub, bo sama nie miała wnuków i chciała, żeby „poszła do młodych".

Pod ikoną - komplet z Ćmielowa. Sześć filiżanek, sześć spodeczków. Cukiernica. Mlecznik. Liczyłam je palcem, bo bałam się, że któraś pęknięta. Wszystkie całe.

A na samym dnie - zdjęcia. Może z trzydzieści. Odwróciłam pierwsze i zobaczyłam siebie - na ich weselu, w granatowej garsonce, z bukietem, który złapałam zamiast druhny, bo druhna akurat poszła do łazienki. Drugie zdjęcie: ja z wnuczką Olą na jej pierwszych urodzinach, trzymam ją na kolanach, a ona wciska mi palec w nos. Trzecie: ja przy wigilijnym stole u nich, nalewam barszcz, Agnieszka - bo synowa ma na imię Agnieszka - patrzy gdzieś w bok, a Tomek, mój syn, się śmieje.

Wszystkie zdjęcia miały jedno wspólne - byłam na nich ja. Tylko ja. Ani jednego zdjęcia, na którym nie ma mojej twarzy. Jakby ktoś przejrzał albumy i systematycznie wyciągnął każde, na którym się pojawiam. Nie wiem, ile czasu jej to zajęło. Nie wiem, czy robiła to z zimną głową, czy płakała. Ale zrobiła to dokładnie.

Usiadłam na taborecie i siedziałam tak może kwadrans, może godzinę. Herbata w kubku wystygła. Pomidory leżały w siatce na podłodze. Myślałam o tym, że Agnieszka zawsze była porządna. Ręczniki składała w trójkę, nie w czwórkę. Buty ustawiała parami, czubkami do ściany. Nawet odcinając mnie z życia swojej rodziny, zrobiła to starannie.

Rozwiedli się w marcu. Tomek zadzwonił do mnie w niedzielę wieczorem, kiedy oglądałam „Ojca Mateusza", i powiedział krótko: „Mamo, z Agnieszką się rozwodzimy. Nie wypytuj." Więc nie wypytywałam. Przez dwadzieścia osiem lat nauczyłam się, że Tomek zamyka się jak sejf, kiedy ktoś próbuje go otworzyć siłą. Trzeba czekać. Czasem godzinę, czasem miesiąc. Tym razem czekałam cztery miesiące i dalej nie wiem wszystkiego.

Wiem tyle: Tomek poznał kogoś. Albo Agnieszka poznała kogoś. Albo oboje po prostu przestali chcieć tego samego. Córka Marzena - bo mam jeszcze córkę, mieszka we Wrocławiu, uczy angielskiego w liceum - powiedziała mi przez telefon: „Mamo, Tomek się zakochał, ale nie mów mu, że wiesz, bo mnie zabije." Więc nie mówię.

Z Agnieszką byliśmy rodziną jedenaście lat. Jedenaście wigilii, jedenaście Wielkanoc, chrzciny Oli, komunia Oli, trzy przeprowadzki, remont łazienki, na który dałam im cztery tysiące złotych, bo „teściowa, pani przecież rozumie, kafle w promocji, a my nie zdążymy do pierwszego". Rozumiałam. Zawsze rozumiałam.

Nie mówię, że byłyśmy jak matka z córką. Nie byłyśmy. Agnieszka trzymała dystans - uprzejmy, grzeczny, ale dystans. Mówił mi o tym sposób, w jaki nalewała mi herbatę: zawsze pytała „z cukrem czy bez?", choć przez jedenaście lat piłam bez. Niektórzy ludzie pytają, bo chcą się upewnić. Agnieszka pytała, bo nie zapamiętywała. Albo nie chciała zapamiętywać. Może to była jej forma granic - nie wpuścić teściowej za blisko, nawet w tak drobnej sprawie jak cukier.

A ja? Ja pewnie też nie byłam idealna. Tomek kiedyś powiedział mi - było to może trzy lata temu, na działce, przy grillu - „Mamo, ty jak przychodzisz, to Agnieszka potem przez godzinę sprząta. Nie dlatego, że naśmiecisz. Tylko dlatego, że przy tobie ma wrażenie, że nie jest dość dobra." Zabolało. Odpowiedziałam, że nic takiego nie robię. Ale potem, w domu, stałam przed lustrem i myślałam: czy ja naprawdę nic takiego nie robię?

Bo ja wchodzę do cudzej kuchni i automatycznie wycierem blat. Przestawiam garnki. Mówię „a ja robiłam to inaczej" - nie ze złośliwości, po prostu mówię. Czy to wystarczy, żeby ktoś po jedenastu latach zapakował twoje zdjęcia na dno kartonu i odesłał kurierem? Nie wiem. Może nie wystarczy. Może to nie miało z tym nic wspólnego.

Zadzwoniłam do Tomka tego wieczoru. Powiedziałam: „Dostałam paczkę od Agnieszki." Cisza. Potem: „Jaką paczkę?" Opisałam. Znowu cisza. „Mamo, nie mieszaj się w to. Proszę." I się rozłączył.

Nie mieszam się. Siedzę w swoim mieszkaniu na Bielanach, w bloku, w którym mieszkam od trzydziestu czterech lat, i patrzę na obrus na stole. Leży idealnie. Jakby tu zawsze był. Ikona stoi na komodzie, obok zdjęcia Oli z komunii. Komplet z Ćmielowa schowałam do kredensu, obok kryształowych kieliszków, których nie używam, bo nie mam z kim.

A zdjęcia wstawiłam do albumu. Jedno po drugim, w foliowe kieszonki. Ja na weselu. Ja z Olą. Ja przy wigilijnym stole. Ja, ja, ja - trzydzieści fotografii, na których jestem częścią rodziny, z której mnie właśnie wymazano.

Tylko że Ola dzwoni. Co niedzielę, koło szóstej. „Babciu, co robisz? Babciu, a umiesz na TikToku? Babciu, a przyjedziesz?" Ola ma dziesięć lat i nie wie, że jestem zdjęciem wyciągniętym z albumu. Dla niej jestem babcią, która robi naleśniki z serem i która zawsze mówi „ubierz się cieplej".

Agnieszka nie blokuje tych telefonów. Mogłaby. Ale nie blokuje. Nie wiem, co to znaczy. Może zostawia sobie furtkę. Może jest jej wszystko jedno. A może - i ta myśl przychodzi do mnie nocą, kiedy nie mogę zasnąć - może wysłanie tego kartonu było dla niej trudniejsze, niż myślę. Może pakowała te filiżanki i płakała, a ja nigdy się o tym nie dowiem, bo nie jestem osobą, której by to powiedziała.

Wczoraj wieczorem wyjęłam obrus ze stołu, wyprasowałam go i położyłam z powrotem. Nie musiałam go prasować - był idealnie gładki, jak go Agnieszka złożyła. Ale chciałam go dotknąć. Przejechać żelazkiem po tych haftkach, które robiłam szesnaście lat temu, kiedy myślałam, że haftując obrus na ślub syna, tka się coś trwałego.

Położyłam obrus na stole i pomyślałam, że powinnam do niej zadzwonić. Nie po to, żeby coś wyjaśniać. Nie po to, żeby prosić o kontakt z wnuczką, bo ten kontakt mam. Po prostu - zadzwonić. Powiedzieć: „Agnieszka, herbatę piję bez cukru." I zobaczyć, co odpowie.

Telefon leży obok filiżanki z Ćmielowa. Numer Agnieszki mam zapisany. Jeszcze nie wybrałam.