Synowa „zarezerwowała" mnie na tydzień: „posiedzi pani u nas przy fachowcach, pani i tak nic nie ma". Siedziałam: hydraulik, glazurnik, elektryk. Fachowcy pili moją kawę i chwalili moje drożdżowe.

Krzywą fugę przy odbiorze zauważyłam ja - spisana w zeszycie, z godziną. Synowa: „no dobrze, że pani była!". Byłam. Następnym razem - za stawkę nadzoru budowlanego.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od fugi. Zaczęła się od zdania, które usłyszałam przez telefon w poniedziałek rano, kiedy jeszcze nie zdążyłam wypić pierwszej herbaty.

Dzwoniła Patrycja - synowa - głosem takim, jakby robiła mi wielką łaskę.

- Mamo, znaczy... pani Grażyno - zawsze się gubi, nie wie, jak do mnie mówić, więc mówi na przemian - mamy remont łazienki od środy. Tomek nie może wziąć wolnego, ja też nie. Ktoś musi być w mieszkaniu, żeby pilnować. Pani i tak jest na emeryturze, to może by pani u nas posiedziała?

„Pani i tak nic nie ma" - tak to zabrzmiało. Jakby moja emerytura to był nieskończony, pusty kalendarz, na którym można sobie dopisywać cudze sprawy jak na tablicy korkowej w biurze.

Trzydzieści osiem lat w księgowości. Wiedziałam, ile kosztuje roboczogodzina. I wiedziałam, ile kosztuje moja.

Ale powiedziałam: dobrze. Bo to syn. Bo to wnuki. Bo tak nas wychowano - nie odmawiasz rodzinie, nawet kiedy czujesz, że ktoś właśnie przesunął granicę o kolejny centymetr.

W środę rano jechałam autobusem na Bielany z torbą, w której miałam termos kawy, drożdżówki z kruszonką - własne, z piekarnika - i zeszyt w kratkę. Zeszyt wzięłam odruchowo, jak za starych czasów, kiedy szłam na inwentaryzację. Zapisujesz wszystko, a potem nikt ci nie powie, że czegoś nie było.

Pierwszy przyszedł hydraulik. Pan Wiesław, sześćdziesiątka na karku, wąsy jak u Lecha Wałęsy. Wszedł, rozejrzał się, zapytał: „A pani to kto?". Powiedziałam, że teściowa. Skinął głową, jakby to wszystko wyjaśniało. W tym jednym geście było tyle zrozumienia, że mogłybyśmy z panem Wiesławem założyć grupę wsparcia. Teściowe na posterunku. Spotkania w środy.

Pan Wiesław dostał kawę i drożdżówkę. Zjadł dwie. Powiedział, że żona piecze z makiem, ale z kruszonką to „wyższy level". Rozkręcił stare rury, pokazał mi przeżartą kolanko i wyjaśnił, dlaczego trzeba wymienić zawór, którego nie było w wycenie. Zapisałam w zeszycie: „Zawór kulowy 3/4 - pan Wiesław mówi konieczny, +180 zł". Z godziną. Z datą.

Wieczorem zadzwoniła Patrycja. Nie zapytała, jak minął dzień. Zapytała, czy hydraulik skończył.

- Skończył. Ale doszedł zawór za sto osiemdziesiąt. Zapisałam w zeszycie.

- Jaki zeszyt?

- Mój. Prowadzę dokumentację.

Cisza. Potem krótkie: „No dobrze". I się rozłączyła.

W czwartek przyszedł glazurnik. Młody chłopak, Damian, może trzydzieści lat. Szybkie ręce, słuchawki w uszach, muzyka tak głośno, że słyszałam bas przez ścianę. Drożdżówkę wziął bez słowa, kawę też. O dwunastej zapukałam i powiedziałam, że przyniosłam drugie śniadanie. Ściągnął słuchawki, popatrzył na mnie i powiedział: „Pani jest lepsza niż moja babcia. A moja babcia jest najlepsza na świecie". Uśmiechnęłam się. Ale patrzyłam na fugi.

Patrzyłam, bo trzydzieści osiem lat w księgowości uczy jednego: szczegóły. Kolumny się muszą zgadzać. Jak coś jest krzywe o milimetr w styczniu, to w grudniu masz dziurę na tysiąc złotych. Z fugami to samo. Rząd przy wannie szedł równo, ale ten przy drzwiach - widziałam gołym okiem - odstawał. Krzywy. Nierówny. Jakby ktoś się spieszył do wyjścia.

Nie powiedziałam Damianowi. Zapisałam w zeszycie: „Czwartek, 14:30. Fuga przy drzwiach nierówna, trzeci rząd od dołu, ok. 2 mm odchylenie. Zdjęcie telefonem". Tak, zrobiłam zdjęcie. W księgowości to się nazywa dowód księgowy. W życiu - asekuracja.

Piątek. Elektryk, pan Andrzej. Spokojny, milczący. Kawę pił bez cukru. Drożdżówkę schował do torby - „dla córki, jeśli można". Można. Zrobił gniazdka, wymienił puszkę, podłączył lustro z podświetleniem. Czysto, sprawnie, po sobie posprzątał. W zeszycie miałam same plusy. Zapisałam też, że zostawił wizytówkę - gdyby coś.

W sobotę był odbiór. Przyjechała Patrycja z Tomkiem. Mój syn wszedł do łazienki, powiedział „ładnie" i poszedł do kuchni po piwo. Patrycja chodziła, dotykała płytek, włączała i wyłączała światło. Wszystko pięknie. Już miała powiedzieć „dziękuję", kiedy wyciągnęłam zeszyt.

- Patrycja, tu mam dopisek z czwartku. Fuga przy drzwiach, trzeci rząd.

Podeszła. Popatrzyła. Przesunęła palcem po linii fug. Zmrużyła oczy.

- Faktycznie - powiedziała cicho.

Pokazałam zdjęcie. Pokazałam godzinę wpisu. Pokazałam notatkę o zaworze, o wizycie elektryka, o każdej kawie i każdej drożdżówce, których nie liczyłam, ale mogłabym.

Tomek wrócił z kuchni z piwem. Patrycja powiedziała do niego: „Twoja mama znalazła krzywą fugę. Glazurnik będzie musiał poprawić". Tomek wzruszył ramionami. „Dobrze, że mama była" - mruknął i wrócił do telewizora.

Patrycja patrzyła na mnie. W jej oczach zobaczyłam coś nowego. Nie wdzięczność - to za dużo powiedziane. Raczej zaskoczenie. Jakby dopiero teraz zobaczyła, że ta emerytka, która „i tak nic nie ma", to jednak ktoś, kto umie patrzeć, liczyć i zapisywać.

- No dobrze, że pani była - powiedziała.

Uśmiechnęłam się. Schowałam zeszyt do torby. Założyłam kurtkę.

Na klatce schodowej, czekając na windę, myślałam o tym „pani i tak nic nie ma". O tygodniu, który spędziłam w cudzym mieszkaniu, pilnując cudzego remontu, karmiąc cudzych fachowców własnymi drożdżówkami. O tym, że nikt nie zapytał, czy mogę w środę. Czy chcę. Czy mam może swoje plany - wizytę u lekarza, spotkanie z Krystyną z dawnej pracy, wernisaż w bibliotece na osiedlu, na który czekałam od miesiąca i na który ostatecznie nie poszłam.

W domu otworzyłam laptopa. Wpisałam w wyszukiwarkę: „stawka nadzoru budowlanego". Potem wyciągnęłam kalkulator - ten sam, z którym przepracowałam pół życia. Policzyłam. Pięć dni po osiem godzin. Dojazdy. Kawa, drożdżówki, masło, mąka, drożdże. Czas.

Wynik zapisałam na kartce. Schowałam do zeszytu.

Nie zadzwoniłam do Patrycji. Jeszcze nie. Może zadzwonię, kiedy następnym razem usłyszę „pani i tak nic nie ma". A może nie zadzwonię - może po prostu położę tę kartkę na stole, obok klucza do ich mieszkania, który wciąż noszę w torebce jak talizman posłusznej teściowej.

Albo może nic nie zrobię. Może znowu przyjadę, znowu ugotuję kawę, znowu wyłapię krzywą fugę. Bo to syn. Bo to wnuki. Bo tak nas wychowano.

Tylko że ten zeszyt w kratkę leży teraz na mojej półce. I każda godzina jest w nim zapisana.