Dzieci kpią z mojego „rozkładu jazdy": kawa o siódmej, krzyżówka, spacer z Barnabą, obiad w południe. „Żyjesz jak w sanatorium, mamo, wyluzuj". Przy kontroli doktor spytała o tryb dnia i pokiwała głową: „to ten rytm trzyma pani wyniki.

Nic nie zmieniać". Przekazałam rodzinie diagnozę: nuda przepisana przez lekarza. Kpiny ustały. Rozkład jazdy odjeżdża planowo.

Tylko że rozkład jazdy nie wziął się z nudów. Wziął się ze strachu.

Trzy lata temu stałam w łazience, trzymając się umywalki, i nie mogłam sobie przypomnieć, czy wzięłam leki na ciśnienie. Stałam tak może minutę, może pięć - nie wiedziałam. Przed oczami miałam pustkę, a w głowie jeden obraz: mojego ojca, jak siedzi na krześle w kuchni i pyta piąty raz pod rząd, która godzina. Miał wtedy sześćdziesiąt osiem lat. Ja miałam sześćdziesiąt dwa.

- Mamo, wszystko w porządku? - Barnaba stał w progu łazienki, machał ogonem, jakby wiedział. Psy wiedzą. Pogłaskałam go po łbie i obiecałam sobie: nigdy więcej takiego poranka. Od jutra - plan. Od jutra - rozkład, w którym nie ma miejsca na lukę, bo w luce czai się chaos, a w chaosie demencja.

Nazywam się Halina. Mam sześćdziesiąt pięć lat, jestem na emeryturze od trzech i mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Bielanach, które kiedyś pękało w szwach od czterech osób, a teraz jest tak ciche, że słyszę, jak lodówka przełącza się w tryb nocny. Mój mąż Ryszard odszedł siedem lat temu - nie w sensie pogrzebu, w sensie walizki, nowej partnerki i „muszę się jeszcze nażyć". Córka Magda mieszka z rodziną w Poznaniu, syn Tomek - na Woli, dziesięć przystanków autobusem, ale dzwoni głównie wtedy, gdy potrzebuje, żebym popilnowała Kubusia.

Nie narzekam. Naprawdę nie narzekam. Tylko mówię, jak jest.

Rozkład jazdy zaczął się od kartki na lodówce. Zapisałam godziny: 6:45 - budzik. 7:00 - kawa z mlekiem, dwie łyżeczki cukru, okno otwarte niezależnie od pogody. 7:30 - krzyżówka z „Przyjaciółki" albo sudoku, jeśli krzyżówka już rozwiązana. 8:15 - spacer z Barnabą, duża pętla przez park Olszyna, mała pętla, gdy pada. 10:00 - zakupy lub sprawy. 12:00 - obiad. Ciepły, porządny, z surówką. 14:00 - książka albo radio. 16:00 - telefon do kogoś. 18:00 - kolacja. 20:00 - wiadomości. 22:00 - sen.

Po tygodniu zauważyłam, że nie gubię się. Po miesiącu - że ciśnienie spadło. Po pół roku - że ludzie mówią mi „Halina, świetnie wyglądasz", a ja odpowiadam „bo wiem, która godzina" i śmieję się, choć to nie żart.

Magda pierwsza zaczęła komentować. Przyjechała na Wielkanoc, zobaczyła kartkę na lodówce i powiedziała: - Mamo, ty sobie napisałaś plan dnia jak w domu dziecka? Serio?

- Pomaga mi - odpowiedziałam, krojąc chrzan.

- W czym? W tym, żebyś nie poczuła się spontaniczna? - Zaśmiała się, ale tym śmiechem, który ma w sobie nutę zniecierpliwienia. Znam ten śmiech. Tak Ryszard się śmiał, gdy mówił „musisz odpuścić".

Tomek był gorszy, bo subtelniejszy. Nie śmiał się. Patrzył na mnie z taką troską, jakby oglądał pacjenta. - Mamo, to nie jest normalne, żeby osoba w twoim wieku żyła jak w sanatorium. Wyjdź gdzieś, poznaj kogoś, jedź na wycieczkę.

- Byłam na wycieczce. W sanatorium w Ciechocinku. I wiesz co? Tam też był rozkład jazdy. Nikt nie narzekał.

Nie powiedziałam im o ojcu. Nie powiedziałam o tym poranku w łazience. Nie chciałam, żeby spojrzeli na mnie jak na osobę, która się rozpada. Bo ja się nie rozpadam. Ja się trzymam - właśnie dzięki temu, z czego się śmieją.

Barnaba jest mieszańcem po schroniskowym ojcu i sąsiadki jamniczce. Ma krótkie nogi, długi tułów i taką minę, jakby ciągle kogoś przepraszał. Dostałam go od Tomka na sześćdziesiąte urodziny - „żebyś nie była sama, mamo". Ironiczne, bo teraz Tomek mówi mi, że za bardzo się do psa przywiązałam i że „nie mogę planować życia wokół spacerów z kundelkiem".

A ja planuję. Bo Barnaba o 8:15 stoi przy drzwiach i czeka. I to czekanie mnie trzyma. Nie kawa, nie krzyżówka - choć to też ważne. Trzyma mnie to, że ktoś na mnie liczy o konkretnej godzinie.

Gdy Ryszard odszedł, przez pół roku jadłam kolację o różnych porach albo wcale. Czasem o dziewiątej wieczorem siadałam nad talerzem zimnych pierogów i zastanawiałam się, po co je zrobiłam, skoro nikt oprócz mnie ich nie zje. Schudłam jedenaście kilo. Magda powiedziała: „Mamo, wyglądasz super, co za dieta?". Dieta rozpaczy, kochanie, pomyślałam, ale odpowiedziałam: „mniej chleba".

Nie chcę tam wracać. Rozkład jazdy jest mostem nad przepaścią, która nie zniknęła - tylko ja nauczyłam się po nim chodzić bez patrzenia w dół.

Przy ostatniej kontroli doktor Witkowska - młoda, może czterdzieści lat, ale uważna - zapytała, jak wygląda mój dzień. Opowiedziałam jej wszystko, punkt po punkcie. Spodziewałam się uśmiechu, takiego jak Magdy. Zamiast tego usłyszałam: - Proszę nic nie zmieniać. To ten rytm trzyma pani wyniki. Ciśnienie stabilne, cukier w normie, waga stała. Ja mam pacjentki młodsze od pani, które by za takie wyniki oddały prawy but.

Wyszłam z przychodni z kartką w torebce i poczuciem, jakby ktoś wreszcie przystawił pieczątkę do czegoś, co robiłam po cichu od trzech lat.

Tego samego wieczoru zadzwoniłam do Magdy. - Córeczko, byłam u lekarki. Mówi, że mam nic nie zmieniać. Rozkład jazdy przepisany na receptę.

Cisza w słuchawce. Potem: - Serio? - Serio. - No to... dobrze, mamo. - Chciała powiedzieć coś jeszcze, słyszałam to w oddechu, ale się wycofała. Może uznała, że nie ma argumentu. Może poczuła ulgę. A może - i to byłoby najpiękniejsze - zrozumiała.

Tomek napisał SMS: „To super, Mamo. Może i ja powinienem sobie taki plan zrobić 😉". Uśmiechnęłam się. Nie odpowiedziałam. Nie muszę.

Kpiny ustały. Kartka na lodówce wisi dalej, już pożółkła, rogi podwinięte. Napisałam nową, ładniejszą, ale starej nie wyrzuciłam. Jest jak amulet. Dowód, że kiedy człowiek boi się chaosu, może go pokonać ołówkiem i magnesem na lodówkę.

Dziś rano, jak co dzień, wstałam o 6:45. Kawa o siódmej. Krzyżówka - trudna, utknęłam na „dawne naczynie kuchenne, 7 liter". Barnaba czekał przy drzwiach o 8:13, dwie minuty przed czasem, bo w parku kwitną lipy i on to czuje. Wróciłyśmy mokre od rosy, ja z bolącym kolanem, on z kijem w pysku.

A potem zadzwonił telefon. Magda. O wpół do dziesiątej, co się nigdy nie zdarza, bo Magda dzwoni po dziewiątej wieczorem.

- Mamo, tata jest w szpitalu. W Poznaniu. Podali mi twój numer jako kontaktowy, bo... bo w portfelu miał kartkę z twoim telefonem. Tylko twoim.

Usiadłam na krześle w kuchni. Barnaba położył mi łeb na kolanach. Patrzyłam na rozkład jazdy na lodówce i myślałam: jest 9:32. Punkt 10:00 - zakupy lub sprawy. A co, jeśli sprawą jest człowiek, który odszedł siedem lat temu z walizką, a teraz nosi przy sercu kartkę z moim numerem?

Rozkład jazdy nie przewidywał tego przystanku. Ale może to ja powinnam go dopisać.

A może nie powinnam.