Przed operacją pielęgniarka spytała, kogo wpuszczać na salę. Podałam: Renia, Lusia, wnuk Staś. „A dzieci?" - zawahała się. „Dzieci proszę zapisywać w kolejności zgłoszeń. Jak wszędzie." Syn zjawił się trzeciego dnia, z pretensją o listę. Przyjęłam go. Poza kolejnością - raz.
Pielęgniarka patrzyła na mnie wtedy z takim dziwnym wyrazem twarzy. Pewnie pomyślała, że jestem po prostu trudną starszą kobietą, jedną z tych, co to znają numer do rzecznika praw pacjenta i lubią robić problemy. Nie tłumaczyłam się. Na tłumaczenie się przyjdzie czas albo nie przyjdzie wcale.
Mam na imię Halina. W kwietniu skończyłam sześćdziesiąt cztery lata i od trzydziestu siedmiu pracuję - a właściwie pracowałam, bo od operacji jestem na zwolnieniu - w bibliotece publicznej na Pradze-Północ. Trzy pokoje w bloku z wielkiej płyty, balkon z widokiem na tory kolejowe, fikusy na parapecie i pięćdziesiąt osiem metrów kwadratowych, które kiedyś mieściły całe nasze życie. Moje, Tadeusza, Magdy i Bartka.
Tadeusz umarł jedenaście lat temu. Rak płuca, osiem miesięcy od diagnozy do końca. Po nim zostały mi dwa dorosłe dzieci, albumy ze zdjęciami i emerytura kolejowa na koncie, które zamknęłam dzień po pogrzebie, bo nie mogłam patrzeć na jego podpis na dokumentach.
Magda ma czterdzieści lat, mieszka pod Krakowem z mężem i dwójką dzieci. Bartek - trzydzieści siedem, kawaler, programista, Warszawa. I to właśnie o Bartku jest ta historia. Choć on pewnie powiedziałby, że jest o mnie. Że to ja jestem problemem.
Kiedy w lutym dostałam termin operacji kolana - wymiana stawu, sprawa odkładana od trzech lat - pierwszą osobą, do której zadzwoniłam, była Renia. Renia to moja sąsiadka z trzeciego piętra. Znamy się trzydzieści dwa lata. Była ze mną, kiedy Tadeusz umierał, i potem, kiedy przez pół roku nie wychodziłam z domu dalej niż do Żabki na rogu. Renia przyniosła mi wtedy psa sąsiadów do wyprowadzania, żebym miała po co wstawać rano. Takie rzeczy się pamięta.
Drugą osobą była Lusia - koleżanka z biblioteki, z którą piętnaście lat siedzę biurko w biurko. Lusia wie, jak lubię herbatę, pamięta imię mojego dentysty i zawsze ma w torebce dodatkowy batonik zbożowy na wypadek, gdybym zapomniała śniadania.
Trzecią osobą miał być Staś, wnuk. Ma jedenaście lat, jest synem Magdy, i gada ze mną na telefonie więcej niż z własnymi rodzicami. Dzwoni po szkole, opowiada o Minecrafcie, pyta, czy jadłam obiad. Ostatnio powiedział: „Babciu, jak będziesz w szpitalu, to będę ci czytał przez telefon, bo sam już umiem". I przeczytał mi dwa rozdziały Mikołajka, ze wszystkimi głosami.
A potem była ta cisza. Pielęgniarka zawahała się, bo na liście nie było moich dzieci. I pomyślałam sobie: no właśnie.
Z Magdą jest tak, że kocham ją bezwarunkowo i jednocześnie nauczyłam się, że nasza miłość ma swoje godziny urzędowania. Magda dzwoni w niedzielę między dwunastą a pierwszą. Zawsze pyta, jak się czuję. Zawsze mówi, że musi kończyć. Odwiedza mnie na Boże Narodzenie i na moje urodziny, czasem na Wielkanoc, jeśli teściowa nie wyciągnie jej na Mazury. Jest w porządku. Nie boli mnie to tak, jak kiedyś.
Z Bartkiem jest inaczej. Z Bartkiem boli.
Bartek mieszka dwadzieścia minut ode mnie. Mógłby przyjść na obiad w przerwie na lunch. Mógłby wpaść w sobotę z bułkami. Ale Bartek ma swoje zasady. Odezwał się, kiedy powiedziałam mu o operacji. Napisał SMS-a: „Mamo, daj znać, kiedy i o której, to się dostosujemy". To „dostosujemy" mnie uderzyło. Jakby mówił w imieniu jakiejś instytucji, nie w swoim własnym.
Napisałam mu termin. Odpisał: „Ok". Nic więcej. Żadnego pytania, czy się boję. Czy ktoś mnie zawiezie. Czy mam spakowaną torbę. Renia zapytała o wszystko. Lusia kupiła mi nową koszulę nocną, bo stwierdziła, że moja stara wygląda jak ścierka. Staś nagrał mi filmik, na którym mówi „babciu, trzymam kciuki" i robi minę klowna.
Bartek napisał: „Ok".
Więc kiedy pielęgniarka spytała o listę - tak, wiem, to brzmi jak złośliwość, ale nie było w tym złośliwości - podałam ludzi, na których mogę liczyć. Ludzi, którzy przyszliby bez pytania. Pomyślałam: jeśli moje dzieci chcą tu przyjść, to niech zadzwonią. Niech zapiszą się. Jak wszyscy.
Operacja poszła dobrze. Renia siedziała na korytarzu od szóstej rano. Lusia przyszła po pracy z termosu z rosołem - „Szpitalny jest niejadalny, Halinka, nie udawaj, że ci smakuje". Staś dzwonił dwa razy, raz z mamą, raz sam. Magda powiedziała przez telefon: „Mamo, cieszę się, że poszło dobrze, będę w weekend".
A Bartek milczał. Dzień. Drugi. Trzeciego dnia - było to we wtorek, pamiętam, bo w telewizji szedł ten program kulinarny, którego nie znoszę - otworzyły się drzwi sali i wszedł mój syn. Wysoki, szczupły, w tej swojej ciemnej kurtce, pod którą zawsze ma koszulkę z jakimś angielskim napisem. W ręku trzymał reklamówkę z Biedronki. Postawił ją na szafce. Pomarańcze i sok jabłkowy.
I od razu zaczął.
- Mamo, co to jest za lista? Pielęgniarka powiedziała, że nie ma mnie na liście odwiedzin. Że muszą sprawdzić. Mnie, twojego syna, muszą sprawdzić.
Popatrzyłam na niego. Wyglądał na zmęczonego. Pod oczami miał cienie, których nie widziałam ostatnim razem, kiedy się spotkaliśmy. A kiedy to było? Próbowałam sobie przypomnieć. Grudniowa Wigilia? Nie. Na Wigilię nie przyszedł. Przysłał życzenia SMS-em. Wcześniej? Moje urodziny w kwietniu? Nie, wtedy był za granicą.
Imieniny. We wrześniu. Pół roku temu.
- Bartku - powiedziałam spokojnie, choć serce biło mi szybciej niż po znieczuleniu - siądź.
- Nie chcę siadać. Chcę wiedzieć, dlaczego Renia Stachowiak jest na twojej liście, a ja nie jestem.
- Bo Renia zadzwoniła do mnie dzień przed operacją i zapytała, czy mam czystą piżamę. A ty napisałeś „ok".
Zamilkł. Stał przy oknie z tą reklamówką na szafce i wyglądał nagle jak mały chłopiec, który nie rozumie, za co stoi w kącie. I wtedy poczułam to, co zawsze przy nim czuję - tę mieszankę złości i rozdzierającej czułości, od której bolą żebra.
- Mamo, ja pracuję - powiedział w końcu, ciszej. - Mam projekty, mam deadliny. Nie mogę być jak Renia, która siedzi na emeryturze i ma czas na piżamy.
- Renia pracuje do szóstej w kwiaciarni przy Ząbkowskiej - odpowiedziałam. - I ma chore biodro. I mimo to tu była.
Cisza. Słyszałam, jak na korytarzu pielęgniarka woła kogoś po nazwisku. Jak jedzie wózek. Jak ktoś kaszle za ścianą.
Bartek usiadł na krześle obok łóżka. Wyjął z reklamówki pomarańczę, zaczął ją obierać. Skórka spadała na podłogę i żaden z nas jej nie podniósł.
- Nie jestem złym synem - powiedział cicho, podając mi ćwiartkę.
Wzięłam ją. Była zimna i kwaśna.
- Wiem - powiedziałam. - Ale ja nie jestem złą matką, bo chcę, żeby ktoś zapytał mnie, czy się boję.
Patrzyliśmy na siebie. Pierwszy raz od bardzo dawna naprawdę patrzyliśmy. I widziałam, że on chce coś powiedzieć - może przeprosić, może się wytłumaczyć, może zarzucić mi, że jestem niesprawiedliwa. Ale nie powiedział nic. Obierał pomarańczę i podawał mi kolejne cząstki, a ja je jadłam, choć miałam ściśnięte gardło.
Kiedy wychodził, odwrócił się w drzwiach.
- Jutro przyjdę - powiedział.
- Dobrze - odpowiedziałam. - Ale zadzwoń wcześniej.
Nie wiem, czy zrozumiał, o co mi naprawdę chodzi. Nie wiem, czy sama rozumiem do końca. Może jestem niesprawiedliwa. Może ta lista to była moja mała zemsta za wszystkie „ok" i odwołane obiady. A może to było jedyne, co mi zostało - prawo do powiedzenia: bliski jest ten, kto jest blisko.
Renia przyszła wieczorem z rosołem. Zapytała, czy był Bartek. Powiedziałam, że był. Nie pytała o nic więcej. Nalała mi zupy do kubka i włączyła telewizor na program o ogrodach, który obie lubimy.
Nazajutrz Bartek nie zadzwonił. Ale przyszedł. Z pomarańczami i bez pretensji. Usiadł i siedział godzinę, w ciszy, przy łóżku. Nie wiem, co to znaczy. Może nic. Może początek.
A może po prostu trafił na dzień, kiedy nie miał deadlinu.