Napisałam list do siebie - do otwarcia na osiemdziesiąte urodziny, za pięć lat: czego nie odpuścić, kogo nie przepraszać za siebie, ile razy w roku morze (minimum dwa). Koperta zaklejona, z dopiskiem: „jakbym nie dożyła - otwiera Renia i wykonuje za mnie". Renia się zgodziła. „Z przyjemnością. Zwłaszcza morze."
Kopertę zaklejałam w kuchni, przy herbacie z cytryną, trzeciego maja. Za oknem kwitły kasztany na osiedlu, dzieci darły się na placu zabaw, a ja siedziałam z dwoma kartkami papieru i czułam coś, czego nie potrafiłam nazwać.
Nie radość. Nie smutek. Może ulgę. Taką samą, jaką czuje się po tym, gdy wreszcie powie się głośno to, co się od lat nosi w środku.
Ale żeby opowiedzieć, dlaczego w ogóle ten list powstał - muszę cofnąć się do lutego. Do wieczoru, kiedy Renia zadzwoniła do mnie o dwudziestej trzeciej z płaczem, a ja myślałam, że ktoś umarł.
- Mamo, tata napisał testament - powiedziała. - Zostawił mieszkanie Darkowi.
Zbyszek, mój były mąż, z którym rozwiodłam się dwadzieścia jeden lat temu, spisał testament u notariusza w Poznaniu. Dwupokojowe przy Grunwaldzkiej - Darkowi. Całość. Ani słowa o Reni.
- Spokojnie, dziecko - odpowiedziałam, chociaż sama poczułam, jak mi się ściska żołądek. - Kiedy to się stało?
- Rok temu. Darek mi powiedział dzisiaj. Jakby mimochodem. Jakby to było nic.
Renia ma czterdzieści osiem lat. Pracuje jako księgowa w firmie budowlanej we Wrocławiu, wychowuje sama piętnastoletniego Kubę, chodzi co niedzielę do kościoła i od piętnastu lat dzwoni do ojca w każdą środę wieczorem. Darek - czterdzieści pięć lat, elektryk, mieszka w Poznaniu - dzwoni do ojca, kiedy mu się przypomni. Albo kiedy potrzebuje pieniędzy. Mówię to nie po to, żeby oceniać syna. Mówię, żeby było wiadomo, jak wyglądała prawda.
Zbyszek miał swoje powody. Zawsze je miał. Kiedy się rozwodziłam, powiedział mi: „Halina, ty nie chcesz ze mną żyć, to nie żyj. Ale nie myśl, że będziesz decydować, co robię ze swoim". Wzięłam dziewczynki - Renia miała wtedy dwadzieścia siedem lat, Darek dwadzieścia cztery - i zamknęłam za sobą drzwi. Ze Zbyszkiem nie kłóciłam się o majątek. Nie kłóciłam się o nic. Chciałam tylko spokoju.
Teraz miałam siedemdziesiąt pięć lat, emeryturę z ZUS-u, kawalerkę na Bielanach po mojej mamie i obolałe kolana. I córkę, która płakała w słuchawkę, nie dlatego, że chciała mieszkania, ale dlatego, że ojciec - jednym podpisem - powiedział jej, kto jest ważniejszy.
Następnego dnia zadzwoniłam do Darka.
- Darek, słyszałam o testamencie.
Cisza. Potem westchnienie.
- Mamo, tata sam tak zdecydował. Ja go nie namawiałem.
- Nie mówię, że namawiałeś. Pytam, czy rozumiesz, co Renia czuje.
- Renia zawsze wszystko bierze do siebie. Tata jej nie wydziedziczył, nie odciął, po prostu... zdecydował o swoim. Ma prawo.
Ma prawo. Oczywiście, że ma prawo. Zbyszek miał prawo do wszystkiego, co robił - do picia, do milczenia, do wracania po północy, do traktowania mnie jak meble, które stoją i nie przeszkadzają. Prawo to nie jest to samo co przyzwoitość. Ale tego Darkowi nie powiedziałam. Bo Darek ma w sobie coś ze Zbyszka - tę samą zdolność do mówienia rzeczy okrutnych spokojnym, rzeczowym tonem.
W marcu Renia przyjechała do mnie na weekend. Kubuś został z kolegą, ona wsiadła w pociąg z Wrocławia i przyjechała z torbą, w której miała piżamę, krem do rąk i butelkę wina. Usiadłyśmy w kuchni. Otworzyłam pierogi z kapustą, które robiłam rano.
- Wiesz, co mnie najbardziej boli? - powiedziała, nakładając sobie na talerz. - Nie to mieszkanie. Ja go nawet nie chcę. Ja mam swoje. Boli mnie to, że tata nigdy, ani razu, nie powiedział: „Reniu, dobrze, że dzwonisz". Ani razu. A ja dzwoniłam. Przez piętnaście lat. Każdą środę.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo to była prawda. Zbyszek nigdy nie umiał powiedzieć takich rzeczy. Nie umiał, czy nie chciał - do dziś nie wiem. Ale skutek był ten sam: Renia całe życie próbowała zasłużyć na coś, co Darek dostawał za darmo.
- Przestań dzwonić - powiedziałam.
Renia odłożyła widelec.
- Słucham?
- Przestań dzwonić do ojca w środy. Nie dlatego, żeby go ukarać. Dlatego, żeby przestać karać siebie.
Patrzyła na mnie długo. Potem pokiwała głową, powoli, jakby ważyła każde słowo, które chciała powiedzieć, ale żadne nie było wystarczające.
Tej nocy nie spałam. Leżałam w ciemności, słuchałam, jak Renia oddycha w pokoju obok na rozkładanej kanapie, i myślałam o tym, ile razy sama robiłam to samo. Ile razy przepraszałam Zbyszka za to, że mam swoje zdanie. Ile razy rezygnowałam z wyjazdu nad morze, bo „a kto ugotuje", „a co sąsiedzi powiedzą", „a nie przesadzasz z tymi fanaberiami". Pięćdziesiąt lat życia z mężczyzną, a potem bez mężczyzny, ale wciąż według jego zasad.
Rano wstałam wcześniej. Zrobiłam kawę, wyciągnęłam papier listowy - ten ładny, kremowy, który dostałam od koleżanki z dawnej pracy na imieniny - i zaczęłam pisać.
Pisałam do siebie. Do Haliny, która za pięć lat skończy osiemdziesiąt lat, jeśli dożyje. Pisałam konkretnie, bez ozdobników. Punkt pierwszy: nie przepraszać za to, że masz własne potrzeby. Punkt drugi: morze minimum dwa razy w roku, nawet jeśli kolana bolą, nawet jeśli trzeba jechać autobusem osiem godzin. Punkt trzeci: nie tłumaczyć się przed Darkiem za miłość do Reni. Punkt czwarty: jeśli Zbyszek zadzwoni w Wigilię, możesz nie odebrać. Punkt piąty: podziękować Reni. Za wszystko. Ale nie słowami - zabrać ją nad morze.
Było tam więcej punktów. Niektóre prywatne. Niektóre takie, że gdyby ktoś przeczytał, powiedziałby: „Halina, przesadzasz". Może przesadzam. Ale przez pięćdziesiąt lat nie przesadzałam z niczym i gdzie mnie to zaprowadziło? Do kawalerki na Bielanach, z bolącymi kolanami i córką, która płacze, że ojciec jej nie kocha.
Kiedy Renia wstała, koperta była już zaklejona. Pokazałam jej napis na odwrocie.
- Co to? - zapytała, pocierając oczy.
- Mój testament - powiedziałam. - Ale nie taki jak taty. W moim nie ma mieszkań. Są polecenia.
Przeczytała dopisek: „Jakbym nie dożyła - otwiera Renia i wykonuje za mnie".
Uśmiechnęła się. Pierwszy raz od lutego - naprawdę się uśmiechnęła.
- Z przyjemnością - powiedziała. - Zwłaszcza morze.
Schowałam kopertę do szuflady pod rachunkami za prąd. Tam, gdzie Zbyszek nigdy nie zaglądał, gdy tu jeszcze mieszkał. Tam, gdzie trzymam rzeczy, które są tylko moje.
Od tamtego weekendu minęły dwa miesiące. Renia nie zadzwoniła do ojca ani razu. Zbyszek nie zadzwonił do niej. Darek milczy. Ja co rano piję kawę, patrzę na kasztany za oknem i myślę o tym, czy zrobiłam dobrze, mówiąc córce, żeby przestała. Może powinnam była milczeć. Może to nie moja sprawa. Może Renia powinna sama dojść do tego wniosku - za rok, za pięć lat, za dwadzieścia.
A może za dwadzieścia lat byłoby za późno.
W szufladzie leży koperta. Na kopertę patrzę codziennie, kiedy szukam rachunków. I za każdym razem myślę to samo: że najważniejsze rzeczy, które możemy komuś zostawić, nie wymagają notariusza.
Tylko nie wiem, czy to wystarczy.