O weselu wnuczki wiem od kwiaciarki - robiła bukiety „na sto osiemdziesiąt osób". Mnie powiedziano: „lista ograniczona, babciu, sami najbliżsi". Prezent wysłałam, życzenia też. W dzień wesela miałam bilet do filharmonii - kupiony tego wieczoru, kiedy poznałam swoją kategorię: dalsza niż sto osiemdziesiąt. Koncert był piękny. Podobno wesele też.

Kwiaciarnię prowadzi Ania z parteru mojego bloku na Saskiej Kępie. Weszłam po storczyka dla sąsiadki z czwartego, bo miała urodziny. Ania owijała wstążki wokół małych bukiecików i mówiła do telefonu: „Tak, sto osiemdziesiąt osobistych przypiętych do krzeseł, sto osiemdziesiąt dekorek na stół, trzydzieści wazonów na bufet. Gocławska, Wesele Kowalczyk-Sarna, sobota". Kowalczyk to nazwisko mojej córki Elżbiety po mężu. Sarna to nazwisko chłopaka Julki, mojej wnuczki. Postawiłam storczyka na ladzie i wyszłam bez niego.

Jeszcze tego samego popołudnia zadzwoniłam do Elżbiety. Odebrała po piątym sygnale, jakby się wahała.

- Elżbieto, słyszałam, że Julka bierze ślub - powiedziałam spokojnie, choć ręce mi się trzęsły.

- Mamo, miałam ci powiedzieć - zaczęła i natychmiast przeszła do wyjaśnień. - Ale Julka chciała kameralnie, wiesz, jak jest, lista ograniczona. Sami najbliżsi.

Sto osiemdziesiąt najbliższych. Bez babci.

- Rozumiem - odpowiedziałam. - Kiedy dokładnie?

- Za trzy tygodnie. Dwudziestego piątego maja.

Dwudziesty piąty maja. Zapamiętałam.

Mam siedemdziesiąt dwa lata. Na emeryturze jestem od siedmiu. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam jako księgowa w firmie budowlanej na Grochowie - najpierw na maszynach, potem przy komputerach, które mnie przeżyły. Mąż Tadeusz odszedł jedenaście lat temu na raka płuc - palił dwa pudełka Popularnych dziennie, aż płuca powiedziały dość. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu, z szafą pełną jego marynarek i kredensem z kryształowymi kieliszkami, z których nikt nie pił od pogrzebu.

Elżbieta jest moim jedynym dzieckiem. Drugiego nie mogliśmy mieć - tak wyszło, tak Bóg chciał. Kochałam ją na zabój, pewnie za bardzo. Kiedy miała osiemnaście lat i oznajmiła, że wychodzi za Ryszarda Kowalczyka, mechanika z Gocławia, próbowałam ją ostrożnie odwieść. Nie dlatego, że coś mi do Ryszarda. Po prostu chciałam, żeby skończyła studia. Powiedziałam jedno zdanie za dużo: „Na mechanika zawsze zdążysz". Elżbieta zapamiętała to na trzydzieści lat.

Julka urodziła się, kiedy miałam czterdzieści osiem lat, i od pierwszego dnia byłam jej babcią z bajki. Odbierałam ze żłobka, z przedszkola, ze szkoły. Robiłam jej naleśniki z serem i truskawkami. Szyłam kostium aniołka na jasełka. Kiedy miała dziesięć lat, zabrałam ją do filharmonii na Karnawał zwierząt Saint-Saënsa i patrzyłam, jak jej oczy robią się wielkie przy Akwarium. Potem przez lata chodziłyśmy razem. Każdą niedzielę.

Nie wiem dokładnie, kiedy to się popsuło. Nie było jednego momentu - raczej powolne zsuwanie się. Julka skończyła osiemnaście lat, potem dwadzieścia, potem dwadzieścia pięć. Spotkania rzedły. Niedziele zamieniały się w SMS-y, SMS-y w znaczki pod zdjęciami na Facebooku. Ale myślałam, że to normalne. Że tak wygląda dorosłość.

Z Elżbietą było gorzej. Trzy lata temu, na Wigilii, którą robiłam u siebie jak zawsze, powiedziałam coś o tym, że Ryszard za dużo pije. Bo pił - każdy widział, i Elżbieta też, tylko nie chciała słyszeć tego ode mnie. Wstała od stołu, zabrała barszcz w termosie, uszka w pojemniku i wyszła z Ryszardem, zanim zdążyłam podać karpia. Julka poszła za nimi. Zatrzymała się w drzwiach, spojrzała na mnie i powiedziała cicho: „Babciu, dlaczego ty zawsze musisz?"

Dlaczego ja zawsze muszę. Zastanawiałam się nad tym zdaniem przez następne trzy lata.

Kolejne Wigilie robiłam sama. Dwanaście potraw, jeden talerz. Zapraszałam, odmawiały - grzecznie, z powodami. „Jedziemy do Ryszarda rodziców". „Julka ma dyżur w pracy". Nie kłamały - pewnie naprawdę jechały, pewnie naprawdę miała. Ale zaproszenie dla mnie nigdy nie przychodziło.

Po telefonie z Elżbietą usiadłam w kuchni i piłam herbatę z cytryną, aż wystygła. Potem weszłam na stronę Filharmonii Narodowej. Na dwudziestego piątego maja był Chopin - Koncert fortepianowy e-moll. Kupiłam bilet. Najlepsze miejsce, rząd czwarty, fotel jedenasty, sto pięćdziesiąt złotych. Pomyślałam, że na prezent dla Julki wydam osobno.

Prezent wybrałam następnego dnia. Komplet pościeli z adamaszku - kremowej, pięknej, takiej, jaką sama chciałabym dostać. Dołączyłam kopertę z pieniędzmi - całą moją trzynastą emeryturę. I kartkę z życzeniami. Napisałam krótko: „Kochanej Julce i Markowi - niech Wam życie gra jak najpiękniejsza muzyka. Babcia Halina". Myślałam nad każdym słowem. Nie chciałam za dużo. Nie chciałam, żeby znów ktoś powiedział, że muszę.

Paczkę wysłałam kurierem. Potwierdzenie dostawy przyszło SMS-em w czwartek. Od Julki - cisza.

W sobotę rano wyprasowałam granatową bluzkę, tę z jedwabną lamówką, którą trzymam na wyjścia. Założyłam perły, które Tadeusz kupił mi na dwudziestą piątą rocznicę ślubu. Pomalowałam usta. Spojrzałam w lustro i zobaczyłam starą kobietę, która wygląda na wyjście, ale nie na wesele.

Koncert zaczynał się o dziewiętnastej. Wesele - pewnie też gdzieś o tej porze, po mszy. Siedziałam w fotelu jedenastym i słuchałam Chopina. Pianista miał może dwadzieścia pięć lat - tyle co Julka. Grał tak, jakby chciał coś udowodnić. W Larghetto zamknęłam oczy i zobaczyłam Julkę, małą, ośmioletnią, jak ściska moją dłoń i szepcze: „Babciu, ta muzyka jest jak pływanie pod wodą". Łza spłynęła mi po policzku, ale nie otarłam jej. W filharmonii nikt nie patrzy na starą kobietę, która płacze przy Chopinie.

W niedzielę zadzwoniła Elżbieta.

- Mamo, wesele było piękne. Julka wyglądała jak księżniczka. Szkoda, że cię nie było.

Odłożyłam słuchawkę i patrzyłam przez okno na kasztanowiec, który kwitnie co roku, czy ktoś na niego patrzy, czy nie.

Tydzień później Julka napisała SMS-a. Pierwszego od miesięcy. „Babciu, dziękuję za prezent. Pościel jest piękna. Przepraszam, że tak wyszło z listą. Może wpadniesz do nas na obiad w niedzielę?"

Czytałam tę wiadomość chyba dwadzieścia razy. „Przepraszam, że tak wyszło z listą" - jakby lista była żywiołem, burzą, czymś, na co nie miała wpływu. A potem to zaproszenie na obiad. Taki drobny gest, rzucony między słowami.

Siedziałam z telefonem w dłoni bardzo długo. Za oknem kwitł kasztanowiec. Na ekranie migała kursorem pusta odpowiedź.

Mogłam napisać: „Oczywiście, kochanie, z przyjemnością". Mogłam napisać: „Muszę sprawdzić, czy nie mam biletu do filharmonii". Mogłam w ogóle nie odpisać.

Wybrałam coś trzeciego. Odłożyłam telefon, nalałam herbaty i pomyślałam, że niektóre odpowiedzi muszą dojrzeć. Tak jak niektóre żale. Tak jak ta pościel adamaszkowa, która najlepiej wygląda po pierwszym praniu - kiedy już zmięknie.