Pani ze spółdzielni zagadnęła przy czynszu: „to składa pani w końcu wniosek o przepisanie mieszkania? Syn z żoną wypytywali o dokumenty". Wypytywali. Beze mnie. W domu czekała już teczka „dla ułatwienia, mamo". Ułatwiłam wszystkim: byłam u notariusza. Testament jest.
Treści nie zdradzam - niespodzianki podobno cementują rodzinę.
Pani Bożena ze spółdzielni nawet nie wiedziała, co zrobiła. Powiedziała to tak lekko, między jednym okienkiem a drugim, z długopisem w ręku i pieczątkę już uniesioną nad blankietem opłaty.
Jakby mi podawała prognozę pogody: jutro deszcz, a pani syn z synową chodzą po pani dokumenty. Stałam z portfelem w dłoni, banknotem stu złotych wysuniętym do połowy, i poczułam, jak mi ścierpły palce.
- Przepraszam, jakie dokumenty? - zapytałam, chociaż doskonale słyszałam.
- No, te do przepisania. Pytali o akt własności, o metraż, czy zadłużenia nie ma. Miły taki pani syn, kulturalny. Synowa też ładnie ubrana.
Ładnie ubrana. Kulturalny. Jakby to był komplement, jakby mi opowiadała o sąsiadach, którzy przynoszą ciasto na Dzień Sąsiada. A nie o moim Zbyszku i jego Monice, którzy za moimi plecami sprawdzali, czy moje własne mieszkanie - to, w którym wychowałam dwoje dzieci i przeżyłam czterdzieści lat - nadaje się już do przejęcia.
Wracałam na trzecie piętro piechotą, bo winda znowu nie działała. Na każdym piętrze przystawałam, nie z wysiłku, choć sześćdziesiąt cztery lata to nie dwadzieścia. Przystawałam, bo myślałam. Liczyłam. Zbyszek był u mnie w niedzielę - z Moniką i wnuczką Olą. Jedli mój sernik, ten na kruchym cieście, który Monika zawsze chwali, a potem prosi o przepis, którego nigdy nie zapisze. To było pięć dni temu. A w spółdzielni byli - pani Bożena powiedziała - w poniedziałek. Dzień po serniku.
Otworzyłam drzwi. Buty zdjęłam, kapcie włożyłam, czajnik nastawiłam - automatycznie, jak przez czterdzieści lat. Herbata z cytryną, łyżeczka miodu. Usiadłam w kuchni i wtedy zobaczyłam teczkę. Leżała na blacie obok cukiernicy. Niebieska. Z napisem odręcznym: „Dla ułatwienia, mamo". Pismo Moniki - ładne, okrągłe, z serduszkiem zamiast kropki nad „i" w „ułatwienia". Otworzyłam.
W środku były wydruki z internetu. Poradnik „Jak przepisać mieszkanie na dziecko - krok po kroku". Formularz darowizny do pobrania. Lista potrzebnych dokumentów z zakreślonymi pozycjami. I karteczka na żółtym post-it: „Mamo, to naprawdę proste! Zajmijmy się tym, zanim ceny u notariusza znowu skoczą ☺".
Zanim ceny skoczą. Nie: zanim coś ci się stanie, mamo. Nie: chcemy ci pomóc. Zanim ceny skoczą. Jakbym była promocją w Biedronce, która się kończy w piątek.
Siedziałam nad tą teczką, piłam herbatę i myślałam o tym, czego Monika i Zbyszek nie wiedzą. Bo oni widzą: mama, sześćdziesiąt cztery lata, emerytka po czterdziestu latach w bibliotece szkolnej na Pradze, sama w trzypokojowym mieszkaniu. Marnuje się metraż. A oni w wynajętym dwupokojowym z Olą, ciasno, drogo. Rozumiem to. Naprawdę rozumiem. Ale jest coś, czego nie rozumiem: dlaczego za moimi plecami?
Zadzwoniłam do Zbyszka wieczorem. Odebrał po piątym sygnale, jakby się zastanawiał.
- Cześć, mamo. Co się stało?
- Nic się nie stało. Byłam w spółdzielni. Opłacałam czynsz.
Cisza. Trzy sekundy, może cztery. Wystarczająco długo, żeby usłyszeć w tle szept Moniki: „co mówi?".
- Aha - powiedział Zbyszek. - I co?
- I pani Bożena mi powiedziała, że wypytywaliście o dokumenty. Ty i Monika.
Znowu cisza. Potem ten ton, który Zbyszek miał od dziecka, kiedy go przyłapałam na kłamstwie - lekko wyższy, lekko szybszy: - Mamo, to nieporozumienie. Byliśmy tam płacić za nasz czynsz i Monika zapytała ogólnie, jak to wygląda, bo koleżanka z pracy przepisywała mieszkanie matce i…
- Zbyszek.
- Słucham?
- Znalazłam teczkę na blacie.
Cisza. Tym razem długa. Słyszałam, jak Ola w tle śpiewa piosenkę z bajki. Osiem lat, jeszcze wierzy, że dorośli wiedzą, co robią.
- Mamo, to Monika przygotowała, bo myśleliśmy, że ci ulżymy. Ty sama w tym mieszkaniu, rachunki coraz wyższe, a jakby coś się stało…
- Jakby coś się stało - powtórzyłam. - Zbyszek, ja mam sześćdziesiąt cztery lata, nie dziewięćdziesiąt. Chodzę na basen dwa razy w tygodniu. W zeszłym miesiącu sama wymieniłam kran w łazience.
- Wiem, mamo, ale…
- Ale przyszliście do spółdzielni beze mnie. Sprawdzić, czy nie ma zadłużenia. Na moim mieszkaniu. Jakbyście sprawdzali samochód przed kupnem.
Odłożył słuchawkę - to znaczy rozłączył się, bo przecież teraz nikt nie odkłada słuchawek - po dziesięciu minutach przepraszania, które nic nie wyjaśniło. Monika nie zadzwoniła. Pewnie czekała, aż „mama się uspokoi".
Następnego dnia zadzwoniła Krysia, moja córka. Młodsza, trzydzieści jeden lat, mieszka we Wrocławiu, uczy matematyki w liceum. Rzadko dzwoni, bo ma swoje życie, i ja to szanuję. Ale tego dnia zadzwoniła.
- Mamo, Zbyszek do mnie dzwonił. Mówi, że się na niego wściekłaś.
- Nie wściekłam się. Jestem rozczarowana.
- Mamo, on jest idiotą, ale nie złym idiotą. To Monika go nakręca.
- Krysiu, on ma czterdzieści lat. Nikt go nie nakręca. Sam podejmuje decyzje. Albo przynajmniej powinien.
Krysia westchnęła. Znałam to westchnienie - tak samo wzdychała, kiedy w liceum tłumaczyłam jej, że nie może iść na dyskotekę w środku tygodnia.
- I co teraz? - zapytała.
- Teraz nic. Byłam dziś u notariusza.
- Po co?
- Spisałam testament.
Cisza po drugiej stronie. Inna niż cisza Zbyszka - nie winna, tylko zaskoczona.
- Testament? Mamo, czy ty jesteś chora? Nie mów mi, że…
- Nie jestem chora. Jestem zdrowa i przytomna, i właśnie dlatego to zrobiłam. Dopóki mogę decydować sama.
- I co jest w testamencie?
Uśmiechnęłam się. Pierwszy raz tego dnia.
- Nie powiem ci, Krysiu. Niespodzianki podobno cementują rodzinę.
Położyłam słuchawkę - to znaczy stuknęłam palcem w czerwoną słuchawkę na ekranie - i podeszłam do okna. Z mojego trzeciego piętra na Pradze widać kasztanowiec, który rósł tu, zanim się wprowadziłam. Pod nim ławka, na której siadywałam z Mirkiem, kiedy jeszcze żył, kiedy dzieci spały, a my mieliśmy pół godziny tylko dla siebie. Mirek umarł osiem lat temu. Rak trzustki, szybko, bez sentymentów. Mieszkanie zostało po nim i po mnie. Po nas.
Nie wiem, czy postąpiłam słusznie. Może powinnam była usiąść z nimi przy stole, porozmawiać spokojnie, rozłożyć argumenty jak serwetki na niedzielnym obiedzie. Może powinnam była dać się przekonać - w końcu Zbyszek z rodziną naprawdę mieszka ciasno, a ja naprawdę jestem tu sama. Trzy pokoje dla jednej kobiety z emeryturą bibliotekarki. Rachunki rosną. To wszystko prawda.
Ale jest też inna prawda: nikt mnie nie zapytał. Nikt nie usiadł naprzeciwko z herbatą i nie powiedział: mamo, porozmawiajmy o przyszłości. Zamiast tego - teczka z serduszkiem nad „i" i wizyta w spółdzielni, kiedy mnie nie było w domu.
Testament leży w sejfie notariusza. Nie powiem, co w nim jest. Może przepisałam wszystko Zbyszkowi, bo mimo wszystko to mój syn i kocham go. Może podzieliłam po równo. Może zostawiłam mieszkanie Krysi, która nigdy o nie nie prosiła. A może zapisałam je na fundację albo na parafię - bo to moje mieszkanie i moja decyzja, i tyle.
W niedzielę pewnie znowu przyjdą na sernik. Ola będzie rysować koty w moim zeszycie, Monika pochwali ciasto, Zbyszek zapyta, czy kran w łazience na pewno dobrze działa. I będziemy siedzieć przy stole jak normalna rodzina. A ja będę patrzeć na nich i zastanawiać się, kiedy - i czy w ogóle - powiedzieć im, że tej teczki na blacie już nie ma.
Bo wyrzuciłam ją. Do kosza na papier, razem z serduszkiem.