Na osiemnastkę włożyłam wnukowi w „Małego Księcia" pięćset złotych i list od serca - niech znajdzie, jak przeczyta. Po roku zdejmowałam książkę z ich półki przy odkurzaniu: banknot na miejscu, list na miejscu, grzbiet nietknięty. Zabrałam oba. Prezent wróci, kiedy książka zostanie otwarta. Czekamy - ja i Exupéry.

Nie jestem złośliwą babcią. Nie jestem też z tych, co to kontrolują, liczą, sprawdzają. Ale kiedy trzymałam w rękach tę nietkniętą książkę, coś we mnie pękło. Nie banknot mnie zabolał. Zabolał list, którego nikt nie przeczytał.

Pisałam go trzy wieczory. Przy kuchennym stole, przy herbacie z cytryną, w bloku na Gocławiu, gdzie mieszkam sama od śmierci Tadeusza.

Trzy wieczory, bo za pierwszym razem wyszło za długo, za drugim - za sztywno, a za trzecim wreszcie złapałam ton. Jakbym rozmawiała z Kubą, nie pisała testament. Bo to nie był testament. To była rozmowa, na którą nigdy nie mieliśmy czasu.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i przez trzydzieści osiem lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej. Liczby to moja specjalność - precyzja, porządek, kolumny się zgadzają albo nie. Z ludźmi jest trudniej. Kolumny się nie zgadzają i nikt nie chce tego sprawdzać.

Kuba to syn mojej córki Agnieszki. Jedyny wnuk. Kiedy się urodził, Tadeusz powiedział: „No, Halinka, teraz to dopiero mamy po co żyć". Miał rację.

Przez pierwsze dziesięć lat Kuby byłam babcią na pełen etat. Odbierałam ze szkoły, robiłam naleśniki, czytałam na głos przed snem. Właśnie „Małego Księcia" czytaliśmy razem, kiedy miał siedem lat. Pamiętam, jak pytał o różę. „Babciu, dlaczego on tak kocha ten kwiatek, skoro ona jest taka niegrzeczna?" A ja odpowiedziałam: „Bo kochamy nie za grzeczność, Kubuś. Kochamy, bo oswajamy".

Myślałam, że to zostanie. Że takie rzeczy się nie zacierają.

Potem Kuba dorósł. Znaczy - zaczął dorastać, co jest chyba gorsze, bo dorosły człowiek przynajmniej wie, czego nie wie. Trzynastolatek jest przekonany, że wie wszystko. Wizyty u babci zrobiły się krótsze. Potem rzadsze. Potem - wymuszane.

- Mamo, weź go nie ciągaj za rękaw - powiedziała mi kiedyś Agnieszka, kiedy zadzwoniłam zapytać, czy Kuba wpadnie w sobotę. - On ma swoje życie. Znajomych, granie, te swoje filmiki w internecie.

- Ja go nie ciągam. Pytam.

- Pytasz trzy razy w tygodniu. To jest ciąganie.

Zamilkłam. Nie dlatego, że Agnieszka nie miała racji. Miała. Ale miałam ją i ja - tęskniłam za wnukiem, który kiedyś pytał o różę, a teraz nie odbierał telefonu.

Na osiemnastkę Kuby wybrałam się do księgarni na Grochowskiej. Szukałam wydania z ilustracjami Saint-Exupéry'ego, takiego ładnego, w twardej okładce. Znalazłam. Zapłaciłam więcej, niż planowałam, ale pomyślałam - raz się kończy osiemnaście lat. W środek włożyłam pięćset złotych i ten list. Koperta zamknięta, między stronami o lisie i chłopcu. Specjalnie tam, żeby musiał doczytać do tego miejsca.

W liście napisałam mu o tym wieczorze, kiedy miał siedem lat. O pytaniu o różę. O tym, że jest moim lisem - że go oswoiłam i dlatego jest dla mnie jedyny na świecie. Napisałam, że jestem z niego dumna, choć go prawie nie znam. I że chciałabym znać. Że drzwi są otwarte, herbata zawsze ciepła, naleśniki na życzenie. Że nie musi odpowiadać na ten list. Wystarczy, że przyjdzie.

Na imprezie wręczyłam mu paczkę. Kuba powiedział: „Dzięki, babciu", pocałował mnie w policzek i odłożył prezent na stertę innych paczek. Normalka. Nie oczekiwałam fajerwerków.

Oczekiwałam telefonu. Albo chociaż SMS-a. Nie przyszedł.

Minął miesiąc. Trzy. Pół roku. Myślałam - może przeczytał, ale nie wie, co powiedzieć. Może się wstydzi. Może pieniądze wziął, a list schował i czeka na odpowiedni moment. Znajdowałam wytłumaczenia, bo to jest łatwiejsze niż pytanie wprost.

A potem, w sobotę, Agnieszka poprosiła mnie, żebym przyszła odkurzyć, bo jadą na weekend do teściów, a „wiesz, mamo, ja nie zdążę, a Dariusz ma dwie lewe ręce do sprzątania". Zgodziłam się. Lubię pomagać, choć wolałabym, żeby proszono mnie o coś więcej niż odkurzanie.

Pokój Kuby. Biurko, komputer, plakaty jakichś ludzi z internetu, bałagan taki, że księgowa we mnie dostaje palpitacji. I półka. Na półce - „Mały Książę". Stał między podręcznikiem do WOS-u a jakimś komiksem. Wyciągnęłam go. Grzbiet prosty jak świeca. Otworzyłam. Koperta między stronami o lisie. Pięćset złotych w środku. List złożony tak, jak go złożyłam rok wcześniej.

Usiadłam na jego łóżku i przez chwilę siedziałam tak, z książką w rękach. Odkurzacz stał oparty o ścianę i czekał. Ja też czekałam, ale nie wiedziałam na co.

Zabrałam pieniądze. Zabrałam list. Wsunęłam je do torebki. Książkę postawiłam z powrotem na półce.

Kiedy Agnieszka wróciła, zapytała, czy wszystko w porządku. Powiedziałam, że tak. Nie powiedziałam o książce.

Dopiero w domu, wieczorem, przy tej samej herbacie z cytryną, zadzwoniłam.

- Agneszka, Kuba w ogóle czyta coś?

- Mamo, on ma dziewiętnaście lat, czyta TikToki. - Zaśmiała się. - A co?

- Nic. Tak pytam.

Nie powiedziałam jej prawdy. Może powinnam. Ale wtedy musiałabym wyjaśnić, dlaczego to takie ważne, a Agnieszka odpowiedziałaby: „Mamo, nie rób z tego dramatu, to tylko książka". I miałaby rację. I nie miałaby jej wcale.

Bo to nie jest tylko książka. To jest test, choć brzydko to brzmi. Nie test na inteligencję - test na ciekawość. Na to, czy coś, co daje babcia, może być warte więcej niż obowiązkowe „dzięki" i pocałunek w policzek. Może jestem niesprawiedliwa. Może dziewiętnastolatek nie powinien rozumieć takich rzeczy. Może to ja powinnam po prostu dać mu te pięćset złotych w kopercie i nie bawić się w literaturę.

Ale wtedy co by zostało? Przelew na konto, podziękowanie SMS-em, cisza do następnych świąt. Tyle zostaje, kiedy rezygnujemy z prób.

List leży teraz w mojej szufladzie. Pieniądze też. Czekają. Kiedy Kuba otworzy tę książkę - znajdzie pustą kopertę i będzie musiał do mnie zadzwonić, żeby zapytać. A ja mu wtedy wszystko oddam. I pieniądze, i list. I tę rozmowę, na którą czekam od lat.

Ale co jeśli nigdy nie otworzy?

Czasem wieczorami myślę, że Exupéry wiedział. „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu." Może moja miłość do Kuby jest właśnie taka - niewidoczna. Włożona między strony książki, której nikt nie czyta. Może to wystarczy.

A może nie wystarczy wcale. Może powinnam po prostu do niego przyjść, postawić przed nim herbatę, otworzyć książkę na stronie o lisie i powiedzieć: „Czytaj. To ważne. Nie dla mnie - dla ciebie".

Jeszcze nie wiem, co zrobię. Na razie czekamy - ja i Exupéry. Ale Exupéry ma wieczność, a ja niekoniecznie.