Synowa „pomogła" mi przed świętami: wyniosła na śmietnik pudło bombek - „poobijane badziewie, kupi się nowe". To były bombki z mojego dzieciństwa. Ocalał bałwanek, którego Zosia trzymała akurat w rączkach. Objechałyśmy z Ireną trzy targi staroci. Choinka znów jest moja. Ubieramy ją z Zosią. Synowa podaje bombki. Ostrożnie.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od bombek. Zaczęła się od tego, jak Patrycja pierwszy raz przekroczyła próg mojego mieszkania na Grochowie i powiedziała: „O, jaki klimat. Retro." A mój syn Darek spojrzał na nią tak, jakby właśnie odkrył Amerykę. Miał trzydzieści lat, ona dwadzieścia siedem. Ja - sześćdziesiąt dwa. I od razu wiedziałam, że ta dziewczyna będzie trudna. Nie dlatego, że była zła. Dlatego, że patrzyła na moje mieszkanie jak na muzeum, w którym trzeba będzie kiedyś zrobić remont.

Mam na imię Halina, jestem emerytowaną bibliotekarką. Czterdzieści lat w filii na Saskiej Kępie - od stażu po kierowniczkę. Całe życie wśród książek i ludzi, którzy po nie przychodzili. Mąż Tadeusz zmarł osiem lat temu na raka trzustki. Szybko, w trzy miesiące. Zostałam z tym mieszkaniem, z synem Darkiem i z rzeczami, które zbierałam przez lata. Nie zbierałam bezmyślnie. Każda z tych rzeczy - kryształowy wazon po mamie, haftowana serweta, album ze zdjęciami z Łeby - każda miała swoją historię. I te bombki też.

Bombki choinkowe dostałam od mamy, gdy umarła babcia Józefa. Babcia kupowała je jeszcze w latach sześćdziesiątych na jarmarku w Nowym Targu. Szklane, malowane ręcznie. Gruszka z rumieńcem, szyszka posypana brokatem, gwiazda z długim ogonem i ten bałwanek - mały, krzywy, z pomarańczowym nosem namalowanym jednym pociągnięciem pędzelka. Mama mówiła, że to ja go wybrałam, gdy miałam cztery lata. Nie pamiętam tego. Ale pamiętam każdą Wigilię, na której wisiał na choince, zawsze na wysokości moich oczu, nawet gdy urosłam. Mama go tak wieszała specjalnie.

Darek ożenił się z Patrycją trzy lata temu. Ślub cywilny, szybki obiad w restauracji na Powiślu, bez wesela. „Mamo, nie robimy cyrku" - powiedział. Zgodziłam się, bo co miałam zrobić? Patrycja pracuje w jakiejś firmie, coś z marketingiem, ciągle na telefonie, ciągle „ogarnia projekty". Rok po ślubie urodziła się Zosia. Moja wnuczka. Trzy kilogramy szczęścia, które zmieniło wszystko. Bo nagle okazało się, że Patrycja potrzebuje pomocy - mojej pomocy. Przyjeżdżałam trzy razy w tygodniu do ich mieszkania na Białołęce. Gotowałam rosół. Prasowałam body. Chodziłam z wózkiem po osiedlu, żeby Patrycja mogła „odpocząć".

Nie narzekam. Robiłam to z radością. Zosia ma teraz dwa lata i mówi do mnie „baba", co brzmi lepiej niż cokolwiek, co kiedykolwiek usłyszałam. Problem polegał na tym, że Patrycja zaczęła organizować nie tylko swoje życie, ale i moje.

Najpierw zaproponowała, żebym wyrzuciła meblościankę. „Halina, to zabiera całą ścianę, a pani by tu mogła mieć ładną komodę i więcej przestrzeni." Potem stwierdziła, że moje firany „zbierają kurz". Potem, że album ze zdjęciami lepiej zeskanować i wyrzucić, „bo papier żółknie". Każda rada podana z uśmiechem, z troską, z „ja tylko chcę, żeby pani miała wygodniej". Darek milczał. Albo mówił: „Mamo, Patrycja ma rację, to tylko rzeczy."

Tylko rzeczy. Jak można tak mówić o czymś, w czym mieszka całe twoje życie?

W listopadzie Patrycja zaproponowała, że pomoże mi „ogarnąć mieszkanie przed świętami". Zgodziłam się, bo faktycznie ciężko mi się schylać - kolana już nie te co kiedyś. Przyjechała w sobotę rano. Darek został z Zosią. Patrycja miała ze sobą worki na śmieci i etykiety - „wyrzucić", „oddać", „zostaje". Jak w tych programach w telewizji o sprzątaniu.

Pracowałyśmy razem przez trzy godziny. Wytrzymałam. Przegryzałam język, gdy wyrzucała stare ręczniki. Kiwnęłam głową, gdy zapakowała do torby buty Tadeusza, które wciąż stały w przedpokoju. „Halina, to osiem lat" - powiedziała. Miała rację. Wiedziałam, że ma rację. Ale te buty pachniały jeszcze nim. Skórzane, brązowe, rozmiar czterdzieści trzy.

Potem musiałam wyjść do apteki po leki na ciśnienie - recepta mi się kończyła. Byłam może czterdzieści minut. Kiedy wróciłam, Patrycja stała w kurtce, gotowa do wyjścia. „Zrobiłam porządek na antresoli, wyrzuciłam trochę rupieci, pani zobaczy, ile miejsca się zrobiło!" Uściskała mnie i pojechała.

Pudło z bombkami znalazłam - a raczej nie znalazłam - następnego dnia. Antresola była pusta. Czysta. Pachnąca środkiem do czyszczenia. Weszłam na stołek, sprawdziłam każdy kąt. Nic. Zadzwoniłam do Patrycji.

- Patrycja, gdzie są moje bombki choinkowe? Stare, w kartonowym pudle.

- A, te? Halina, one były w takim stanie... Połowa poobijana, karton się rozpadał. Wyrzuciłam. Kupimy pani nowe, ładne, będą komplety pasujące do siebie, zobaczy pani.

Milczałam. Słuchałam, jak mówi dalej - o bombkach z Ikei, o zestawach w Pepco, o tym, że „teraz są takie piękne w złocie i bieli". A ja stałam w przedpokoju z telefonem przy uchu i czułam, jak coś we mnie pęka. Cicho, bez trzasku. Jak ta szklana gruszka z rumieńcem, którą mama owijała w gazetę co roku po świętach.

Nie krzyknęłam. Nie powiedziałam „jak mogłaś". Powiedziałam tylko: „Dobrze" i się rozłączyłam. A potem usiadłam na podłodze w przedpokoju i płakałam. Tak po prostu. Jak dziecko, któremu ktoś zabrał coś, czego nie da się kupić w żadnym sklepie.

Zadzwoniłam do Ireny. Irena to moja siostra, trzy lata młodsza, mieszka na Pradze. Pracowała całe życie na poczcie, teraz na emeryturze hoduje pomidory na działce i chodzi na targi staroci - szuka starych pocztówek. Powiedziałam jej, co się stało. Cisza w słuchawce. A potem: „Halinka, ubieraj się. Jedziemy szukać."

Nie szukałyśmy tych samych bombek - to byłoby niemożliwe. Szukałyśmy takich samych. Z lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, ręcznie malowanych, szklanych, polskich. Irena znała targi staroci jak własną kieszeń. Pierwszy - na Kole, w sobotę o szóstej rano. Stałyśmy w kolejce z termosem herbaty. Znalazłyśmy szyszkę - nie identyczną, ale podobną, z tym samym rodzajem brokatu. Kupczyni powiedziała: „Cegielnia, lata siedemdziesiąte, pewnie". Zapłaciłam dwadzieścia złotych. Trzymałam ją w dłoniach jak relikwię.

Drugi targ - Bazar na Banacha. Trzeci - jarmark w Radzyminie, dokąd Irena zawiozła mnie swoją starą Fabią. Przez trzy weekendy zebrałyśmy jedenaście bombek. Gruszka. Dwie szyszki. Gwiazda. Sopelki. Grzybek. Każda inna, każda z innej ręki, ale wszystkie z tego samego świata. Z mojego dzieciństwa. Ze świata babci Józefy i mamy. Z czasów, gdy choinka pachniała żywicą i mandarynkami, a tata stawał na krześle, żeby założyć gwiazdę.

A bałwanek? Bałwanek ocalał. Bo tego dnia, gdy Patrycja robiła porządek, Zosia siedziała u mnie na dywanie i bawiła się właśnie nim. Wyciągnęła go z pudła i nie chciała oddać. Patrycja machnęła ręką - „niech ma". I tak jedyna oryginalna bombka z mojego dzieciństwa przetrwała dzięki rączkom dwuletniej dziewczynki.

W Wigilię ubrałyśmy choinkę. Darek przywiózł drzewko - ładne, pachnące, podlaskie. Zosia chodziła wokół i krzyczała „babka! babka!", bo tak mówi na bombki. Wieszałam je po kolei. Irena siedziała na kanapie i pilnowała kolejności - „Halinka, szyszki niżej, sopelki wyżej, jak mama robiła". A Patrycja stała obok.

Widziałam, że patrzy na te bombki. Na te „poobijane badziewie" kupione na targach staroci. Na bałwanka, którego Zosia podawała mi z powagą kapłanki. I coś w jej twarzy drgnęło. Nie wiem co. Może zrozumienie. Może poczucie winy. A może tylko zniecierpliwienie, dobrze ukryte.

- Podać następną? - zapytała cicho.

Podałam jej gruszkę. Tę z targu na Kole, nie z dzieciństwa. Ale podniosła ją dwoma rękami, ostrożnie, jakby ważyła tyle co cały mój świat. I powiedziała:

- Ładna.

Potem przez całą Wigilię podawała bombki. Ostrożnie. Jedna po drugiej. Darek patrzył na nas i nic nie mówił. Zosia zasnęła pod choinką z bałwankiem w rączkach.

Nie wiem, czy Patrycja kiedykolwiek zrozumie, co wyrzuciła tamtego dnia. Nie wiem, czy ja kiedykolwiek przestanę o tym myśleć. Wiem tylko, że choinka pachniała żywicą, bałwanek wisiał na wysokości Zosinych oczu, a moja synowa podawała mi bombki z wyrazem twarzy, którego nie potrafię do końca odczytać. I że to musi mi na razie wystarczyć.