Remont „pomagali" robić drugi rok: duży pokój stoi jako „magazyn płytek", w sypialni „tymczasowo" biuro zdalne zięcia, bo u nich głośno. Mieszkam w kuchni z tapczanem - we własnych trzech pokojach. W poniedziałek magazyn dostał wypowiedzenie: płytki na balkon, biuro do domu. Metraż wrócił. Remont zrobię - ale nie ich rękami.

Zanim opowiem, jak do tego doszło, muszę wrócić do tej chwili, kiedy stałam w niedzielę wieczorem na progu dużego pokoju i liczyłam kartony. Dwadzieścia trzy. Dwadzieścia trzy kartony płytek ułożone pod ścianą jak fortyfikacja. Za nimi - foliowe worki z klejem, fugą, listwy progowe.

Pachniało kurzem i czymś chemicznym, czego nie umiałam nazwać. Odkręciłam klamkę balkonu, żeby wpuścić powietrze, i zobaczyłam, że klamka jest owinięta szmatą - bo „tato ją jeszcze dokręci".

Tato, czyli mój zięć Dariusz, który od czternastu miesięcy niczego nie dokręcił.

Mam na imię Halina, skończyłam sześćdziesiąt trzy lata w marcu, a od trzydziestu mieszkam w tym samym trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu. Blok z wielkiej płyty, czwarte piętro, winda co drugi dzień nieczynna. Mąż Tadeusz umarł osiem lat temu - serce, nagle, w warsztacie samochodowym, gdzie pracował całe życie. Zostałam sama z mieszkaniem, emeryturą z ZUS-u i jedyną córką Agnieszką, która cztery lata temu wyszła za Dariusza.

To Agnieszka wpadła na pomysł remontu. Było lato, rok temu w czerwcu. Przyszła z siatką truskawek, usiadła przy kuchennym stole i powiedziała: „Mamo, te kafelki w łazience pamiętają Gierka. Dariusz potrafi kłaść płytki, zrobi ci to za darmo, tylko kup materiał". Brzmiało pięknie. Kupiłam materiał. Dariusz przyjechał w pierwszą sobotę, obejrzał łazienkę, pokiwał głową i stwierdził, że najpierw trzeba wymienić rury. Rury wymienił hydraulik za tysiąc dwieście złotych. Potem Dariusz powiedział, że zanim zacznie łazienkę, warto od razu zrobić podłogę w dużym pokoju, bo „ekonomia skali". Zamówiliśmy płytki do pokoju.

Płytki przyjechały w sierpniu. W siedmiu partiach, bo Dariusz znalazł „okazję w hurtowni", więc brał, ile weszło do bagażnika. Duży pokój stał się magazynem. „Tymczasowo, mamo, na dwa tygodnie".

Dwa tygodnie zamieniły się w dwa miesiące. Potem w pół roku. Dariusz pracował zdalnie jako informatyk, przyjeżdżał na Gocław raz na dwa tygodnie, skuwał kawałek starej posadzki, zostawiał gruz w wiadrze i obiecywał, że „w następny weekend skończy". Następny weekend nigdy nie przychodził. Zawsze coś wypadało - projekt w pracy, grypa, urodziny teściowej ze strony Dariusza, mecz.

A potem, w październiku, Agnieszka zadzwoniła wieczorem. Głos miała taki, jakby prosiła o przysługę, która nie jest przysługą. „Mamo, Darek musi pracować z domu, a u nas mały płacze, nie da się skupić. Mógłby postawić biurko u ciebie w sypialni? Na miesiąc. Góra dwa".

Zgodziłam się, bo co miałam zrobić? To moja córka. To mój wnuk, roczny Adaś, który rzeczywiście płacze, bo ząbkuje. Dariusz przyjechał z monitorem, krzesłem obrotowym i jakimś plastikowym stojakiem na dokumenty. Ustawił to wszystko w mojej sypialni, przy oknie. Moje łóżko przesunął pod ścianę. „Tylko na chwilę, mamo" - powiedział i uśmiechnął się tym swoim uśmiechem, który na początku wydawał mi się uroczy, a teraz kojarzy mi się z klamką owiniętą szmatą.

Przeniosłam się do kuchni. Rozłożyłam stary tapczan, ten po Tadeuszu, który trzymałam na wypadek gości. Położyłam poduszkę i koc. Kuchnia ma dziewięć metrów kwadratowych. Z tapczanem - pięć do przejścia.

Minęły kolejne miesiące. Dariusz przyjeżdżał rano, siadał w mojej sypialni, stukał w klawiaturę do piątej, potem jechał do siebie. Czasem zostawał na obiad. Robiłam mu schabowe, bo lubił. Jadł, mówił „dzięki, mamo", wycierał usta i znikał. O remoncie nikt nie wspominał. Kartony w dużym pokoju pokryły się kurzem. Ja chodziłam po własnym mieszkaniu jak sublokatorka - na palcach obok biurka zięcia, bokiem obok płytek, z tapczanem złożonym o siódmej rano, żeby zmieścić się do zlewu.

W grudniu, w Wigilię, siedzieliśmy przy stole - ja, Agnieszka, Dariusz, mały Adaś w krzesełku. Agnieszka rozejrzała się po kuchni i powiedziała: „Mamo, ale tu przytulnie, nie?". Nie wiem, czy żartowała. Chyba nie. Miałam w gardle coś ciężkiego, ale przełknęłam to razem z barszczem i nie odpowiedziałam.

Zima przeszła. Wiosna przyszła. Dariusz dalej pracował w mojej sypialni. Remont stał. Ja spałam w kuchni. A potem, dwa tygodnie temu, poszłam na badania kontrolne. Nic poważnego, rutyna. Ale doktor Wiśniewska, moja lekarka od lat, zmierzyła mi ciśnienie, spojrzała na mnie ponad okularami i zapytała: „Pani Halino, a pani dobrze śpi?". I wtedy coś we mnie pękło. Opowiedziałam jej wszystko. O kuchni, o tapczanie, o kartonach, o klamce ze szmatą, o tym, że boję się powiedzieć córce, bo córka się obrazi, a zięć przestanie przyjeżdżać, a wtedy remont w ogóle nigdy się nie skończy.

Doktor Wiśniewska zdjęła okulary, położyła je na biurku i powiedziała cicho: „Wie pani co? Remont i tak się nie kończy. A pani ciśnienie jest sto sześćdziesiąt na sto. Musi pani odzyskać swój dom".

Wracałam autobusem i myślałam o Tadeuszu. O tym, jak trzydzieści lat temu wprowadziliśmy się na Gocław i jak Tadek postawił w dużym pokoju regał, który sam skręcał przez całą niedzielę, przeklinając instrukcję. Jak Agnieszka rysowała na podłodze kredkami i Tadek się nie złościł. To było nasze mieszkanie. Moje i jego. Teraz tylko moje. I miałam prawo w nim żyć.

W niedzielę wieczorem policzyłam te dwadzieścia trzy kartony. W poniedziałek rano wstałam o szóstej z tapczanu, zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam przy stole i zadzwoniłam do córki.

- Agnieszka, muszę ci coś powiedzieć.

- Mamo, co się stało? Jesteś chora?

- Nie jestem chora. Ale chcę odzyskać swoje mieszkanie. Płytki proszę zabrać do piątku. Biurko Dariusza też. Remont dokończę sama, wynajmę fachowca.

Cisza. Długa, gęsta cisza, przez którą słyszałam, jak Adaś gdzieś w tle bije łyżeczką o miskę.

- Mamo, ale Darek nie ma gdzie pracować…

- Agnieszka, ja nie mam gdzie spać. Od dziewięciu miesięcy. We własnym domu.

Znowu cisza. A potem głos córki, chłodny, oficjalny, jakby rozmawiała z urzędniczką w ZUS-ie, nie z matką: „Dobrze. Powiem Darkowi".

W środę Dariusz przyjechał busem kolegi. Nie patrzył mi w oczy. Wynosił kartony jeden po drugim, w milczeniu. Agnieszka nie przyjechała. Kiedy znosił monitor z sypialni, powiedział cicho: „Przepraszam, mamo. Nie myślałem, że to aż tak".

Nie odpowiedziałam. Stałam w przedpokoju i trzymałam mu drzwi. Kiedy wyjechał, weszłam do dużego pokoju. Pusty. Zakurzony. Na podłodze prostokąt czystszego linoleum tam, gdzie stały kartony. W sypialni - ślady po nogach biurka na panelach. Otworzyłam oba okna na oścież. Był czwartek, kwiecień, powietrze pachniało mokrą trawą z podwórka.

Wieczorem złożyłam tapczan w kuchni po raz ostatni. Przeniosłam pościel do sypialni. Położyłam się we własnym łóżku, pod własnym oknem, i patrzyłam w sufit, który wciąż miał pęknięcie z czasów Tadeusza.

Agnieszka nie dzwoni od tygodnia. Napisała SMS: „Płytki oddamy, jak znajdziemy miejsce w piwnicy". Nie odpisałam. Może powinnam. Może powinnam zadzwonić, zaprosić na obiad, ugotować ten rosół, który Agnieszka lubi z dużą ilością marchewki. Może powinnam powiedzieć, że ją kocham i że to nie ma nic wspólnego z miłością.

Ale może najpierw muszę po prostu przespać się we własnej sypialni jeszcze jedną noc. I jeszcze jedną. Żeby przypomnieć sobie, jak to jest - być u siebie.

W piątek zadzwoniłam do fachowca z ogłoszenia. Przyjedzie w przyszłym tygodniu. Powiedziałam mu, żeby zabrał narzędzia i cierpliwość, bo mieszkanie potrzebuje dużo pracy, a ja potrzebuję kogoś, kto kończy to, co zaczął.

Na stoliku nocnym stoi zdjęcie Agnieszki z komunii. Uśmiechnięta dziewczynka w białej sukience. Patrzę na nią każdego wieczoru i nie wiem, czy to, co zrobiłam, było odwagą - czy początkiem czegoś, czego nie da się cofnąć.