Felicja wyjeżdża do córki do Gdańska - „czas na starość przy rodzinie", mówi bez przekonania. Ostatni brydż był z tortem i milczeniem między licytacjami. Na pożegnanie dostała od nas budzik nastawiony na siódmą trzydzieści: „jak zadzwoni - dzwoń". Dzwoni codziennie. Gdańsk okazał się odległością telefoniczną. W brydża gramy w internecie - Felicja wygrywa. Jak zawsze.
Tak to opisałam Marzenie, kiedy pytała, co się u nas zmieniło. Ale prawda jest taka, że od wyjazdu Felicji w naszym mieszkaniu na Mokotowie jest ciszej, niż powinno być. I nie mówię o decybelach. Mówię o tej szczególnej ciszy, która zostaje po kimś, kto zawsze wypełniał sobą każdy pokój.
- Grażyna, ty się za nią nie tęsknisz, ty się boisz - powiedziała mi Krystyna, tasując karty na ekranie tabletu. - Boisz się, że następna będziesz ty.
Krystyna ma siedemdziesiąt lat i dar mówienia rzeczy, których nikt nie chce słyszeć. Znam ją od czterdziestu trzech lat - od czasu, kiedy obie wprowadziliśmy się na to samo osiedle z mężami w kolejarskich mundurach i nadzieją, że blok to tymczasowo.
Blok okazał się na zawsze. Mężowie odeszli - mój Tadeusz na emeryturę, a potem na tamten świat, jej Bogdan do kobiety z Radomia. Zostałyśmy my. I brydż.
Brydż zaczął się dwadzieścia lat temu, kiedy Felicja z czwartego piętra zapukała do moich drzwi z talią kart i pytaniem, czy umiem licytować. Nie umiałam. Nauczyła mnie w trzy wieczory, popijając herbatę z cytryną i opowiadając o zmarłym mężu Kazimierzu, który podobno grywał w brydża z kolegami z politechniki. Felicja mówiła o nim tak, jakby wyszedł do sklepu i zaraz wróci. Minęło piętnaście lat od jego śmierci, a ona wciąż stawiała mu filiżankę na stole. Do czwórki dobrałyśmy Jolę z parteru - emerytowaną bibliotekarką, która pamiętała każdą kartę, jaka padła w rozgrywce, ale regularnie zapominała, gdzie zostawiła klucze.
Grywałyśmy w czwartki. Zawsze w czwartki. U mnie, bo mam największy stół - jeszcze po teściowej, okrągły, z rozsuwanym blatem. Na stole obrus w maki, cztery filiżanki z różnej porcelany, cukiernica z pokrywką, bo Felicja nie znosiła much. I karty. Dwie talie, bo Felicja uważała, że jedna się „wyładowuje".
Nie byłyśmy przyjaciółkami w tym filmowym sensie. Nie zwierzałyśmy się sobie z sekretów, nie płakałyśmy na ramionach. Ale wiedziałam, kiedy Krystyna ma gorszy dzień, po tym, jak układa karty - wachlarzem, jeśli spokojnie, w kupkę, jeśli źle. Wiedziałam, że Jola nie odzywa się, kiedy boli ją kolano, bo nie chce, żebyśmy ją żałowały. I wiedziałam, że Felicja mówi „pas" z uśmiechem tylko wtedy, kiedy ma coś potężnego na ręce. Dwadzieścia lat czwartkowych wieczorów nauczyło mnie czytać te kobiety lepiej niż własne córki.
A potem Magda - córka Felicji - zadzwoniła z Gdańska.
Felicja opowiedziała mi o tej rozmowie następnego dnia, przy herbacie, bez kart. Magda powiedziała, że dom jest duży, że pokój dla mamy gotowy od roku, że dzieci chciałyby babcię na co dzień, nie tylko na Wigilię i komunię. Że to „rozsądne rozwiązanie".
- Rozsądne - powtórzyła Felicja i spojrzała na mnie tak, jakby czekała, aż powiem: nie jedź.
Nie powiedziałam. Bo co miałam powiedzieć? Że starsza kobieta powinna siedzieć sama na czwartym piętrze bez windy, zamiast być przy rodzinie? Że czwartkowy brydż jest ważniejszy niż wnuki?
- Magda ma rację - powiedziałam i natychmiast tego pożałowałam. Nie dlatego, że kłamałam. Dlatego, że Felicja potrzebowała usłyszeć coś innego, a ja byłam zbyt tchórzliwa, żeby to powiedzieć.
Ostatni brydż był w marcu. Upiekłam sernik na zimno, bo Felicja nie lubi pieczonego - mówi, że smakuje jak piasek. Jola przyniosła tulipany z bazarku na Puławskiej, takie żółte, krzywe, z ziemią na łodygach. Krystyna przyszła w nowej bluzce i udawała, że to nic szczególnego.
Grałyśmy. Licytowałyśmy. Felicja wygrywała jak zwykle - szła agresywnie, podwyższała, kiedy nikt się nie spodziewał, i kładła karty na stół z tym swoim półuśmiechem, który mówił: „wiedziałam od trzeciej lewy".
Między rozgrywkami było milczenie. Nie takie zwykłe - niezręczne, naładowane. Jola próbowała żartować, że teraz Felicja będzie im przywozić rybę prosto z portu. Nikt się nie roześmiał. Krystyna patrzyła w karty jak w ekran telewizora, kiedy leci pogrzeb w wiadomościach.
Na pożegnanie dałyśmy jej budzik. Stary, mechaniczny, z tarczą w kolorze kości słoniowej - kupiłam go na pchlim targu na Kole za czterdzieści złotych. Nastawiłam na siódmą trzydzieści. „Jak zadzwoni - dzwoń" - powiedziałam. Miało być śmiesznie. Wyszło jak obietnica.
Felicja wzięła budzik, obejrzała go, nakręciła i powiedziała cicho: - Dobra.
Nic więcej. Żadnych łez, żadnych przemówień. Felicja nie jest od łez. Felicja jest od wygrywania w brydża i stawiania filiżanek zmarłym mężom.
Następnego dnia syn Magdy zabrał ją samochodem. Widziałam z okna, jak wsiadała. Miała na sobie ten sam szary płaszcz, w którym chodziła od lat. Nie obejrzała się na blok.
Pierwszego dnia zadzwoniła o siódmej trzydzieści pięć. Drugiego - o siódmej trzydzieści dwie. Trzeciego - punktualnie. Od tamtej pory dzwoni codziennie. Opowiada o wnukach, o morzu, o tym, że Magda za dużo pracuje. Nie opowiada o sobie. Kiedy pytam, jak się czuje, mówi: „normalnie". Felicja od zawsze mówi „normalnie", nawet kiedy Kazimierz umierał.
Po dwóch tygodniach Jola zaproponowała, żebyśmy spróbowały grać przez internet. Jej wnuczka zainstalowała nam jakąś aplikację, tłumacząc każdy krok pięć razy, jakbyśmy były z innej planety. Może jesteśmy.
Teraz gramy w czwartki o dwudziestej, każda u siebie. Felicja w Gdańsku, Jola na parterze, Krystyna piętro niżej, ja przy swoim okrągłym stole, na którym stoją cztery filiżanki. Tak, cztery. Nie wiem dlaczego. Może z przyzwyczajenia.
Felicja wygrywa. Nawet przez ekran czuję ten jej półuśmiech. Licytuje wysoko, blefuje precyzyjnie, wychodzi z kontrą, kiedy wszyscy myślą, że spasuje.
Krystyna mówi, że to dobrze, że przynajmniej nic się nie zmieniło. Ale Krystyna kłamie. Zmieniło się wszystko. Nie mam sernika, który kroję między rozgrywkami. Nie widzę, jak Jola układa karty w wachlarz. Nie słyszę, jak Felicja mówi „pas" - tylko czytam to na ekranie, małymi literami.
Wczoraj Felicja zadzwoniła nie rano, a wieczorem. Głos miała inny - nie smutny, raczej zmęczony w sposób, którego nie słyszałam nigdy wcześniej.
- Grażyna - powiedziała. - Magda chce, żebym oddała budzik. Mówi, że ją budzi przez ścianę.
Zaśmiałam się. Felicja nie zaśmiała się.
- Wiesz co - powiedziała po chwili. - Tu jest ładnie. Morze, wnuki, czyste powietrze. Magda gotuje obiady. Wszystko jest tak, jak powinno być.
Czekałam. Znałam tę pauzę. Dwadzieścia lat czwartkowych wieczorów.
- Ale ja chyba nie umiem tu wygrywać - dokończyła cicho.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Może powinnam była powiedzieć: wracaj. Może powinnam była powiedzieć: dasz radę. Powiedziałam to, co mówię od dwudziestu lat, kiedy Felicja waha się przed licytacją.
- Podwyższ.
W słuchawce było długie milczenie. A potem usłyszałam coś, czego nie słyszałam nigdy - Felicja się roześmiała. Nie półuśmiechem. Śmiechem. Krótkim, ochrypłym, niepewnym.
- Dobranoc, Grażyna.
- Dobranoc, Felicjo.
Budzik jutro znowu zadzwoni o siódmej trzydzieści. Nie wiem, czy Felicja zadzwoni po nim. Nie wiem, czy zostanie w Gdańsku, czy pewnego dnia stanie w drzwiach z szarym płaszczem i talią kart. Wiem tylko, że na stole stoją cztery filiżanki i że w czwartek o dwudziestej zalogujemy się wszystkie i poczekam na jej licytację.
Czasem myślę, że bycie blisko rodziny i bycie u siebie to dwa różne rodzaje domu. I że nikt ci nie powie, który wybrać, bo nikt nie zna odpowiedzi.