Od lat „pożyczam" synowi na korepetycje wnuka - z angielskiego, z matematyki; nigdy nie oddał. W sobotę szesnastoletni wnuk przyszedł sam, z kopertą. „Babciu, to twoje - żadnych korepetycji nie miałem, odłożyłem z wakacji przy truskawkach".

Stałam w przedpokoju z tą kopertą i patrzyłam na Kubę, a on patrzył na mnie - poważny, wyprostowany, jakby przez te dwa miesiące na plantacji urósł nie tylko fizycznie. Miał popękane dłonie. Szesnastoletni chłopak z popękanymi dłoniami od zbierania truskawek. Nie wiedziałam, co powiedzieć, więc powiedziałam to, co mówię zawsze.

- Wejdź, zrobię ci herbatę. Głodny jesteś?

Wszedł. Zdjął buty, ustawił równo pod ścianą - tego go nie uczyli ani w domu, ani u mnie, sam tak zaczął robić. Usiadł w kuchni na swoim miejscu, tym pod oknem, na którym siedział od małego. Kiedyś nóżki mu nie sięgały podłogi. Teraz kolana prawie dotykały blatu.

Otworzyłam kopertę dopiero wtedy, kiedy postawiłam przed nim sernik i herbatę z cytryną. Były tam banknoty, złożone starannie, uporządkowane - pięćdziesiątki i setki, a pod nimi kartka z zeszytu w kratkę. Na kartce ołówkiem, drobnym pismem: „Babciu, tata brał od Ciebie na korepetycje. Ja żadnych nie miałem. Przepraszam, że się dopiero teraz dowiedziałem. To jest 4200 zł - nie wiem ile dokładnie brał, ale tyle uzbierałem. Kuba."

Cztery tysiące dwieście złotych. Moja emerytura to dwa tysiące osiemset. Chłopak oddał mi więcej, niż ja dostaję za miesiąc od państwa. A mój syn - Darek, pięćdziesiąt dwa lata, inżynier w firmie budowlanej - nie oddał ani złotówki przez sześć lat.

Muszę to opowiedzieć od początku, bo inaczej nie zrozumiecie, dlaczego ta koperta leży teraz na lodówce i dlaczego nie wiem, co z nią zrobić.

Mam na imię Bożena, od trzech lat jestem na emeryturze. Czterdzieści lat przepracowałam na poczcie w Poznaniu - najpierw przy okienku, potem w sortowni, na końcu znowu przy okienku, bo nogi już nie te. Mąż, Ryszard, odszedł jedenaście lat temu - serce, w nocy, bez pożegnania. Zostałam z mieszkaniem na Ratajach, z emeryturą i z jedynym synem Darkiem, który mieszka dziesięć minut stąd samochodem, na nowym osiedlu za torami.

Darek zawsze był ambitny. Skończył Politechnikę, dorobił się, żona Monika pracuje w banku. Mają dom z kredytem, dwa samochody, Kuba chodzi do dobrego liceum. Z zewnątrz - rodzina jak z reklamy. Sąsiadki mi powtarzały: „Bożena, masz szczęście z tym synem, taki zaradny." A ja się uśmiechałam, bo co miałam powiedzieć?

Że Darek dzwoni głównie wtedy, kiedy potrzebuje pieniędzy?

Zaczęło się sześć lat temu. Kuba miał dziesięć lat, czwarta klasa. Darek zadzwonił wieczorem, takim swoim lekkim tonem, jakby prosił o przepis na bigos.

- Mamo, Kuba potrzebuje korepetycji z angielskiego. Wiesz, jak jest, szkoła nie wyrabia. Sto pięćdziesiąt za godzinę, raz w tygodniu. Mógłbym sam, ale teraz ten kredyt nas zjada. Pożyczysz? Oddam jak się odkorkuje.

Pożyczyłam. Sześćset złotych miesięcznie. Potem doszła matematyka - kolejne sześćset. Potem Darek mówił, że korepetytorka podniosła cenę, że Kuba potrzebuje więcej godzin, że w gimnazjum program trudniejszy. Sumy rosły. Ja nie pytałam o rachunki, nie pytałam o nazwisko korepetytorki. Bo to mój syn. Bo wierzyłam mu tak, jak się wierzy własnemu dziecku - bezwarunkowo, głupio, desperacko.

Liczyłam kiedyś na kartce. Przez te sześć lat dałam Darkowi na „korepetycje" łącznie ponad dwadzieścia tysięcy złotych. Może więcej, bo pod koniec przestałam notować. Nie prosiłam o zwrot, chociaż obiecywał. „Oddam na Wielkanoc." „Oddam po premii." „Mamo, jeszcze chwilę, wymieniamy dach." Zawsze był jakiś powód.

A ja rezygnowałam z sanatorium. Łatałam zimowy płaszcz zamiast kupić nowy. Odkładałam wizytę u dentysty, aż ząb pękł i trzeba było wyrywać, bo na koronę nie było. Herbatę piłam tę najtańszą, z żółtą metką, chociaż całe życie lubiłam Liptons. Drobne rzeczy. Żadna z nich osobno nie jest tragedią. Ale razem składają się na coś, czego nie umiem nazwać.

I wtedy przyszedł Kuba z tą kopertą.

Siedział naprzeciwko mnie w kuchni i mówił spokojnie, jak dorosły. Że kolega z klasy wspomniał o swoich korepetycjach, o pani Agnieszce od angielskiego, i Kuba się zdziwił, bo on do żadnej pani Agnieszki nie chodził. Nigdy. Że zaczął pytać, szukać, że w końcu usłyszał, jak Darek rozmawiał z Moniką - głośno, w kuchni, myśleli, że Kuba śpi.

- Tata powiedział: „Stara i tak nie sprawdzi, daje co miesiąc jak w zegarku" - Kuba powtórzył to, patrząc mi w oczy. - Babciu, przepraszam. Nie wiedziałem.

„Stara i tak nie sprawdzi."

Mój syn. Moje jedyne dziecko. Mówi o mnie „stara" i bierze moje pieniądze na coś, czego nie ma. Na korepetycje-widmo. Na kłamstwo podszyte moją miłością.

Siedziałam i milczałam. Kuba patrzył na mnie i czekał. Sernik stygł na talerzu. Za oknem sąsiadka z dołu wieszała pranie, słychać było klamerki stukające o sznur. Tak zwyczajny dźwięk. Taki zwyczajny sobotni dzień.

- Babciu, weź te pieniądze - powiedział Kuba. - Zarobiłem je uczciwie. Wstałem o piątej codziennie przez dwa miesiące. To twoje.

Chciałam powiedzieć: „Nie wezmę, zostaw sobie, jesteś dzieckiem." Ale to nie byłoby fair, bo on nie zachował się jak dziecko. Zachował się jak jedyny dorosły w tej rodzinie. Więc powiedziałam tylko:

- Dziękuję, Kuba.

I schowałam kopertę na lodówkę, za słoik z ryżem.

Minął tydzień. Koperta nadal tam leży. Darek nie dzwonił, pewnie nie wie, że Kuba u mnie był. A może wie i czeka, co zrobię. Znam swojego syna - jeśli wie, to teraz kalkuluje, jak to obrócić. Może powie, że pieniądze szły na inne potrzeby Kuby. Może powie, że przesadzam. Może powie to swoje ulubione: „Mamo, nie dramatyzuj."

A ja nie wiem, co robić. Naprawdę nie wiem.

Bo jeśli zadzwonię do Darka i powiem, co wiem - stracę syna. Nie dosłownie, nie od razu, ale coś pęknie. On się nie przyzna. Będzie się bronił, atakował, obracał winę. Znam ten schemat, widziałam go, kiedy Ryszard jeszcze żył i łapał Darka na kłamstwach. Ryszard mówił: „Ten chłopak kłamie tak naturalnie, że sam w to wierzy." Ja go wtedy broniłam.

A jeśli nie zadzwonię - nic się nie zmieni. I będę wiedziała, że mój syn uważa mnie za głupią starą kobietę, z której można ciągnąć pieniądze.

Jest jeszcze Kuba. Szesnastoletni chłopak, który tego lata zbierał truskawki od piątej rano, żeby oddać babci to, co ukradł ojciec. Który przyszedł sam, bo wiedział, że tata nie przyjdzie. Który ma popękane dłonie i poważne oczy.

Siedzę wieczorami w kuchni i piję herbatę - tę najtańszą, z żółtą metką - i patrzę na kopertę za słoikiem z ryżem. Cztery tysiące dwieście złotych. Pieniądze, które oddał mi wnuk za syna. I myślę, że powinnam zadzwonić do Darka. Albo że nie powinnam. Albo że powinnam oddać te pieniądze Kubie. Albo że powinnam je zatrzymać i nigdy więcej nie odebrać telefonu od własnego dziecka.

Wczoraj wyciągnęłam tę kartkę z zeszytu w kratkę i przeczytałam jeszcze raz: „Przepraszam, że się dopiero teraz dowiedziałem." Szesnastolatek przeprasza za coś, za co powinien przeprosić pięćdziesięciodwulatek. I tak sobie myślę - kto tu kogo wychował? I kto tu kogo zawiódł?

Telefon leży na stole. Numer Darka mam na szybkim wybieraniu - jedynka. Wystarczy jeden przycisk. Ale ręka nie idzie.