
Na urodziny dostałam robota kuchennego za dwa tysiące - „żebyś miała lżej, mamo". Od tamtej pory zamówienia urosły: krokiety na ich imprezy, ciasta na zrzutki w pracy, „przecież teraz masz robota". Robot stoi nierozpakowany do końca. Krokiety i tak robię ręcznie. Lżej mają oni.
Patrzę na to pudełko i myślę sobie, że ładnie wygląda tam w rogu blatu, między deską do krojenia a słoikiem z mąką. Srebrne logo, eleganckie zdjęcie na kartonie. Otworzyłam je raz, tydzień po urodzinach. Wyjęłam instrukcję, przeczytałam trzy strony, odłożyłam. Nie dlatego, że nie rozumiem. Po prostu krokiety wychodzą lepiej, kiedy czuję ciasto w palcach.
Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem lat w tym samym bloku na Gocławiu, trzecie piętro bez windy. Emerytka od roku - przedtem prowadziłam kasę w hurtowni budowlanej na Grochowie. Mam dwoje dorosłych dzieci: Kasię, trzydzieści siedem lat, i Tomka, trzydzieści trzy. Oboje w Warszawie. Oboje zajęci. Oboje głodni.
Zaczęło się niewinnie. Kasia zadzwoniła w lutym, zaraz po moich urodzinach.
- Mamo, Bartek ma czterdziestkę w sobotę, robimy domówkę u nas. Zrobiłabyś swoje krokiety? Te z mięsem i z kapustą? Bartka rodzice przyjeżdżają z Radomia, chcę, żeby było na poziomie.
- Kasiu, to dwadzieścia osób, ile tych krokietów…
- No, ze sto? Sto dwadzieścia? Ale mamo, teraz masz robota, nie musisz sama mielić. Pójdzie szybko.
Poszło jak zawsze. Dwa dni. Zakupy, gotowanie mięsa, smażenie cebuli, ciasto na naleśniki, zawijanie, panierowanie, smażenie. Robot stał w pudełku. Ja stałam przy kuchni od szóstej rano.
Zaniosłam krokiety w dwóch wielkich garnkach, bo Kasia mieszka piętro niżej w tym samym bloku. Postawiłam na stole, usłyszałam „mamo, jesteś najlepsza", dostałam buziaka w policzek. Wróciłam do siebie. Muzyka grała u nich do trzeciej w nocy. Garnki oddali po tygodniu, niedomyte.
Potem zadzwonił Tomek. On mieszka na Białołęce z Agnieszką, mają dwuletniego Kubusia.
- Mamo, Agnieszka ma zrzutkę w pracy na Dzień Kobiet. Wiesz, każda przynosi coś domowego. Zrobiłabyś swój sernik? Albo szarlotkę? Albo jedno i drugie?
- Tomku, Agnieszka nie piecze?
- No piecze, ale wiesz, nie tak jak ty. Twoje ciasta to jest inny poziom. Poza tym, mamo, masz teraz tego robota, ciasto samo się wyrabia.
Ciasto samo się nie wyrabia. Nawet z robotem ciasto samo się nie wyrabia. Trzeba odmierzyć, trzeba pilnować, trzeba wiedzieć, kiedy twaróg jest za mokry i trzeba dosypać mąki, a kiedy jest w sam raz. Ale tego się nie tłumaczy ludziom, którzy nigdy nie ubrudzili sobie rąk mąką.
Upiekłam sernik i szarlotkę. Tomek przyjechał, zabrał, powiedział, że Agnieszka będzie zachwycona. Foremki oddał po trzech tygodniach. Jednej nie oddał do dzisiaj - tej okrągłej z falowanym brzegiem, po mojej mamie.
Marzec, kwiecień, maj. Krokiety na imieniny teściowej Kasi. Makowiec na Wielkanoc - bo „mamo, nikt nie robi takiego makowca". Ciasto drożdżowe na majówkę u Tomka. Bigos na przyjęcie u znajomych Kasi. I do tego pierogi ruskie, bo „skoro już robisz bigos, to pierogi to chyba żaden problem".
Liczyłam kiedyś. Od lutego do końca maja zrobiłam jedenaście zamówień. Jedenaście razy zakupy z własnych pieniędzy, bo o zwrocie kosztów nie było mowy. Raz Tomek zostawił na blacie stuzłotowy banknot i powiedział „na składniki". Za stówę kupiłam ser, mąkę, masło i jajka. Wyszło sto dwadzieścia osiem złotych, dopłaciłam z emerytury.
W czerwcu coś pękło. Nie wiem, może to była ta środa, kiedy Kasia napisała SMS-a: „Mamo, w piątek mogłabyś zrobić 80 krokietów? Mamy integrację w biurze, szefowa kazała coś domowego przynieść. Z góry dzięki!". Z góry dzięki. Nawet nie pytanie, tylko informacja. Zamówienie.
Odpisałam: „Kasiu, nie dam rady, bolą mnie ręce".
Cisza. Godzinę. Dwie. Potem telefon.
- Mamo, jak to nie dasz rady? A ten robot na co? Tato by ci pomógł obsłużyć, ale skoro nie chcesz…
Tato. Mój Ryszard. Nie żyje od czterech lat. Kasia mówi „tato" tak, jakby zaraz miał wejść do kuchni w swoim szarym swetrze i zapytać, co na obiad. Poczułam coś w gardle, ale nie płakałam. Powiedziałam tylko:
- Kasiu, tata nie żyje.
- No wiem, mamo, nie o to chodzi. Chodzi o to, że mogłabyś poprosić kogoś o pomoc, Tomka na przykład.
Tomka. Który nie oddał mi foremki po mamie.
- Kasiu, nie zrobię tych krokietów.
Odłożyłam słuchawkę. Ręce mi drżały, ale inaczej niż zwykle - nie ze zmęczenia, tylko z czegoś nowego. Złość? Może. A może ulga. Usiadłam przy stole w kuchni i patrzyłam na to pudełko z robotem. Dwa tysiące złotych. Złożyli się oboje, po tysiąc. Byłam wtedy taka wzruszona. Myślałam: widzą, że się męczę. Chcą mi pomóc.
A oni widzieli coś innego. Widzieli usprawnienie linii produkcyjnej.
Następnego dnia pojechałam tramwajem na Pragę, do takiego sklepu z używanymi rzeczami, co to teraz modnie mówią „second hand" na wszystko. Zapytałam, czy przyjmują roboty kuchenne. Pani popatrzyła na pudełko, na mnie, z powrotem na pudełko.
- Nowy? Nieużywany?
- Prawie. Otwarty raz.
- Dam tysiąc dwieście.
Stałam z tym pudełkiem w rękach i myślałam o Kasi, która piętro niżej pewnie właśnie zamawia krokiety z cateringu, bo matka się zbuntowała. O Tomku, który nigdy nie nauczył się robić nawet jajecznicy. O Ryszardzie, który w każdą sobotę obierał ziemniaki, nie pytając, bo widział, że jestem zmęczona.
- Poproszę gotówkę - powiedziałam.
Wracałam tramwajem z tysiącem dwustu złotych w kopercie. Za oknem kwitły kasztany na Zielenieckim. Myślałam, że poczuję ulgę, ale czułam głównie ciszę. Taką dziwną, nową ciszę w głowie. Jakby ktoś wyłączył terkotanie, które trwało od lutego.
Wieczorem napisałam do obojga: „Robota sprzedałam. Nie gotujcie na mnie w Wigilię, przyjadę z gotowym daniem ze sklepu. Zmęczona jestem".
Kasia oddzwoniła po dziesięciu minutach. Tomek nie oddzwonił w ogóle.
- Mamo, jak to sprzedałaś? To był prezent!
- Tak. I bardzo wam dziękuję. Ale teraz potrzebuję spokoju, Kasiu.
- Ale mamo, o co ci chodzi? Przecież myśmy chcieli dobrze.
Chcieli dobrze. Pewnie chcieli. Kasia naprawdę pewnie myślała, że ten robot mi pomoże. Tomek pewnie naprawdę wierzył, że z maszyną krokiety robią się same. Nie są źli ludzie. Są moi. Kochani, zabiegani, przyzwyczajeni, że mama jest. Że mama zrobi.
Minął tydzień. Tomek w końcu napisał: „Mamo, przepraszam, pogadamy?". Kasia milczy. Na klatce schodowej mijamy się jak sąsiadki - uprzejmie, ale bez tego buziaka w policzek.
Siedzę teraz przy stole, na którym stał ten robot. Na blacie jest pusto, czysto. Mąka schowana do szafki. Za oknem wieczór, ciepły, czerwcowy. Na dole ktoś grilluje i ciągnie dymem aż na trzecie piętro. Myślę o tym, że za tysiąc dwieście złotych kupię sobie bilet do sanatorium, bo w krzyżu mnie łupie od tych krokietów. Albo nowe buty na lato. Albo nic nie kupię - po prostu będą leżały w kopercie, moje.
Tylko nie wiem, czy nie powinnam była po prostu powiedzieć „nie" wcześniej, zamiast czekać, aż to „nie" będzie tak głośne.