Jestem tą „lepszą" babcią - to mnie zabierają na wakacje, druga babcia dostaje zdjęcia na Messengerze. W niedzielę wnuk zapytał przy obiedzie: „a czemu do babci Halinki jeździmy tylko pożyczać pieniądze?". Nikt mu nie odpowiedział.

Cisza trwała może pięć sekund, ale wydawało mi się, że słyszę tykanie zegara z przedpokoju, szum lodówki, nawet oddech psa pod stołem. Mój syn Tomasz odłożył łyżkę do rosołu i spojrzał na synową. Marta spojrzała na mnie. A ja - na sześcioletniego Kubusia, który czekał na odpowiedź z tą uroczystą powagą, jaką mają tylko dzieci.

- Jedz zupę, synku, bo wystygnie - powiedział w końcu Tomasz.

I tyle. Obiad potoczył się dalej, Kubuś dostał dokładkę makaronu, Marta przyniosła z kuchni sernik, który upiekłam rano. Ale coś pękło. Może we mnie. Bo ja wiedziałam, że ten chłopiec powiedział na głos coś, o czym my wszyscy milczymy od lat.

Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od czterech lat jestem emerytowaną bibliotekarką. Całe życie przepracowałam w filii na Pradze-Południe, w Warszawie. Mąż Andrzej odszedł osiem lat temu - nie od nas, nie do innej kobiety. Odszedł na zawsze, rak trzustki, trzy miesiące od diagnozy do pogrzebu. Tomasz jest moim jedynym synem. Ożenił się z Martą dwanaście lat temu i to był ślub, na który czekałam - kościół na Grochowie, wesele w restauracji nad Wisłą, Marta w prostej sukni, uśmiechnięta, spokojna. Polubiłam ją od pierwszego spotkania. Do dziś ją lubię. A jednak to, co robimy razem tej drugiej babci, nie daje mi spokoju.

Halina - matka Marty - ma sześćdziesiąt osiem lat, mieszka sama w bloku na Targówku. Pracowała jako sprzedawczyni w sklepie mięsnym, potem na kasie w Biedronce, na emeryturę przeszła z minimalną stawką. Mieszkanie małe, ale czyste, na parapecie pelargonie, na ścianie zdjęcie Marty z komunii. Wiem to wszystko, bo byłam u niej. Trzy razy. Pierwszy raz na imieninach Marty, zanim się z Tomkiem pobrali. Drugi raz po narodzinach Kubusia - zaniosłam jej bukiet tulipanów i babeczki z cukierni. Trzeci raz, kiedy Halina zadzwoniła do mnie z prośbą o radę.

Ale po kolei.

Kiedy Kubuś się urodził, naturalnie byłam tą babcią, która jest bliżej. Mieszkam dziesięć minut od Tomka i Marty, mam samochód, mam czas. Halina dojeżdża autobusem czterdzieści minut, zmienia na Rondzie Wiatraczna, a w deszcz to i godzinę jedzie. Więc to ja woziłam Kubusia do lekarza. To ja odbierałam go z przedszkola, kiedy Marta miała dłużej w pracy. To ja robiła mu placki ziemniaczane w piątki i czytała „Plastusia" przed snem. Nie planowałam tego tak, żeby Halinę wykluczyć. Po prostu - byłam na miejscu.

Ale z czasem zaczęłam zauważać rzeczy, których wolałabym nie widzieć.

Marta nigdy nie mówiła o matce źle. Nigdy. Ale też prawie o niej nie mówiła. Kiedy pytałam, jak tam Halina, słyszałam: „dobrze, dobrze" albo „dzwoniłam w środę". Na Wigilię Halina przychodziła, siadała przy stole, przynosiła śledzie w śmietanie - naprawdę przepyszne - i wracała taksówką przed dziesiątą. Na Wielkanoc czasem. Na urodziny Kubusia - zawsze, z prezentem starannie zapakowanym w papier z Pepco, ze wstążeczką.

Ale na wakacje jechaliśmy we trójkę - ja, Tomasz z Martą i Kubuś. Dwa razy nad Bałtyk, raz do Zakopanego, w zeszłym roku Chorwacja. Na zdjęciach z plaży jestem ja - z Kubusiem na rękach, z Kubusiem na karuzeli, z Kubusiem nad morzem. Halina dostawała te zdjęcia na Messengerze. Widziałam, bo Marta przy mnie je wysyłała, szybko, między jednym lodowym a drugim, z podpisem „pozdro z Ninu, mama".

Pozdro z Ninu.

Nie wiem, kiedy zaczęłam się z tego powodu budzić w nocy.

Tamten telefon od Haliny był półtora roku temu. Zadzwoniła wieczorem, na stacjonarny - skąd miała numer, nie wiem, może jeszcze z czasów, kiedy Tomek u mnie mieszkał.

- Pani Krystyno - zaczęła, a w głosie słyszałam, że się wstydzi. - Przepraszam, że dzwonię, ale nie wiem, kogo zapytać. Marta nie odbiera, a ja... potrzebuję pożyczyć trochę pieniędzy. Do pierwszego. Zepsuła mi się pralka i hydraulik mówi, że nie da się naprawić.

Dałam jej tysiąc pięćset złotych. Przyjechałam na Targówek, oddała mi po trzech tygodniach, co do grosza, w kopercie podpisanej „dla pani Krystyny, z podziękowaniem".

Potem dowiedziałam się od Tomka - mimochodem, przy herbacie - że Marta też jej pożyczyła, osobno, na nową pralkę. I że to nie pierwszy raz. I że Halina „ciągle potrzebuje", i że „mama Marty nie umie gospodarować". Powiedział to takim tonem, jakim mój Andrzej mówił o sąsiedzie, który pił. Z wyższością, ale i ze zmęczeniem.

Nie skomentowałam. Powinnam była.

Bo Halina nie „nie umie gospodarować". Halina ma emeryturę tysiąc czterysta złotych i mieszkanie do opłacenia. A pralki się psują, i rury ciekną, i leki kosztują, i życie kosztuje. Ale w naszej rodzinie ustalił się pewien porządek - są babcie pierwszej i drugiej kategorii. I ja jestem tą z pierwszej.

Po tamtej niedzieli z pytaniem Kubusia nie mogłam zasnąć do trzeciej. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, jak Halina siada sama przed telewizorem w Wigilię po powrocie od nas, w tym swoim czystym mieszkanku na Targówku. Jak ogląda na telefonie zdjęcia wnuka z Chorwacji. Jak otwiera Messengera i pisze serduszko pod każdym zdjęciem. Jak odkłada pieniądze do koperty, żeby oddać, co do grosza, z podziękowaniem.

W poniedziałek rano zadzwoniłam do Marty.


- Martuś - powiedziałam. - Chcę, żebyście w tym roku na wakacje zabrali Halinę zamiast mnie.

Cisza. Dłuższa niż ta niedzielna, przy rosole.

- Mamo, co ty mówisz? Kubuś będzie płakał - odpowiedziała w końcu.

- Kubuś ma babcię Halinkę. Powinien ją znać nie tylko od pożyczek.

Marta powiedziała, że to nie takie proste. Że mama jest trudna, że narzeka, że nie umie się cieszyć, że zawsze jest jakiś problem. Słuchałam. I myślałam o Andrzeju, który przed śmiercią powiedział mi jedno zdanie, które pamiętam lepiej niż przysięgę małżeńską: „Krysiu, nie pozwól, żeby ktokolwiek w tej rodzinie był sam".

Nie odpowiedziałam Marcie od razu. Powiedziałam tylko, że na wakacje w tym roku nie jadę. Że mam swoje powody. Marta się obraziła - a może nie obraziła, może po prostu nie zrozumiała. Tomasz zadzwonił wieczorem, mówił, że przesadzam, że Halina sama nie chce, że to jej wybór.

Może ma rację. Może Halina naprawdę „sama nie chce". Może się boi, że będzie ciężarem. Może się wstydziła, że nie stać jej na wspólną kolację w restauracji. Może po prostu nikt nigdy nie zapytał jej tak, żeby mogła powiedzieć „tak".

W sobotę jadę na Targówek. Zawiozę Halinie sernik - ten sam, który piekę dla Kubusia. Posiedzę, napiję się herbaty. Zapytam, czy latem chciałaby pojechać nad morze. Nie wiem, co odpowie. Nie wiem, czy Marta się zgodzi. Nie wiem nawet, czy robię dobrze - bo może mieszam się w coś, co do mnie nie należy.

Ale wiem, że w niedzielę sześcioletni chłopiec zadał pytanie, na które żadne z nas dorosłych nie umiało odpowiedzieć. I to mówi o nas więcej niż o Halinie.