Syn zainstalował mi aplikację banku i „dla bezpieczeństwa" widzi wszystkie wydatki. W sobotę zadzwonił z pytaniem, po co mi było sto dwadzieścia złotych w kwiaciarni. Kupiłam znicze i wiązankę. W niedzielę minął rok od śmierci jego ojca.

Słuchałam tego pytania i trzymałam telefon tak mocno, że pobielały mi kłykcie. „Mamo, sto dwadzieścia złotych w kwiaciarni, wszystko okej?" - powtórzył Kamil spokojnym, rzeczowym tonem, jakby pytał o prognozę pogody. Nie o kwiaty na grób swojego ojca. Nie o rocznicę, o której najwyraźniej zapomniał.

Odpowiedziałam krótko: „Znicze i wiązanka, Kamil". Cisza. Słyszałam, jak po drugiej stronie ktoś nalewa wodę do czajnika. Jego żona, Patrycja. Potem odchrząknął. „Aha. No dobrze. Pomyślałem, że może znowu jakiś telemarketer cię naciągnął, wiesz, jak było z tymi garnkami". I rozłączył się.

Te garnki. Rok temu, jeszcze za życia Andrzeja, kupiłam komplet garnków od akwizytorki, która przyszła pod drzwi. Trzysta złotych. Andrzej się śmiał, że to tytanowe, a ja się śmiałam, że przynajmniej ładne. Kamil nie śmiał się wcale. Zadzwonił wieczorem i powiedział, że muszę uważać, bo „ludzie w waszym wieku" łatwo dają się oszukać. Andrzej miał wtedy sześćdziesiąt trzy lata. Ja sześćdziesiąt jeden. Prowadziliśmy rachunki, chodziliśmy do lekarzy, płaciliśmy czynsz na czas. Ale dla Kamila byliśmy już „w takim wieku".

Andrzej odszedł w maju zeszłego roku. Trzustka. Od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Jedenaście tygodni, w które zmieściło się więcej niż w niektóre lata - szpital, chemioterapia, która i tak nie pomogła, nocne rozmowy, kiedy Andrzej nie mógł spać od bólu i opowiadał mi o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie mówił. O tym, jak się bał, kiedy Kamil się rodził i lekarze przez chwilę nie mogli znaleźć tętna. O tym, że żałuje, że nie zabrał mnie do Włoch, choć obiecywał od lat. O tym, że kocha mnie inaczej niż na początku, ale bardziej.

Po pogrzebie Kamil przyjechał na trzy dni. Pomagał z papierami, załatwiał formalności w ZUS-ie, zadzwonił do zakładu pogrzebowego w sprawie rachunku. Był konkretny. Sprawny. Ja byłam wdzięczna i jednocześnie miałam wrażenie, że rozmawiam z urzędnikiem. Ani razu nie usiedliśmy razem przy herbacie i nie powiedzieliśmy sobie, że nam smutno.

Potem wrócił do Wrocławia, do swojej żony, do pracy w firmie informatycznej, gdzie jest kierownikiem zespołu i zarabia pieniądze, o jakich Andrzej nigdy nawet nie marzył. To Kamil zaproponował mi tę aplikację bankową. Przyjechał w lipcu, przywiózł nowy telefon - bo mój stary, jak powiedział, „ledwo dychał" - zainstalował wszystko, przeszedł ze mną krok po kroku. Logowanie, przelewy, historia transakcji. Byłam wzruszona. Myślałam, że mu zależy.

Dopiero po kilku tygodniach zrozumiałam, że Kamil widzi każdy mój przelew. Pierwszy raz zadzwonił, kiedy zapłaciłam sto osiemdziesiąt złotych za wizytę u dentysty. „Mamo, ale na NFZ byłoby za darmo." Wyjaśniłam, że na NFZ czekałabym trzy miesiące z bolącym zębem. Mruknął coś pod nosem. Drugi raz - kiedy przelałam trzysta złotych na konto wnuczki, Oliwki, na jej dwunaste urodziny. „Nie za dużo?" - zapytał. To wnuczka, nie obca osoba. Trzeci raz - te nieszczęsne znicze.

Próbowałam porozmawiać z Krystyną, sąsiadką z trzeciego piętra. Siedziałyśmy na ławce pod blokiem, piliśmy kawę z termosu, bo Krystyna zawsze nosi ze sobą termos, nawet latem. Opowiedziałam jej o tych telefonach. Kiwała głową. „Moja Beata to samo - odkąd ojciec umarł, dzwoni trzy razy dziennie, sprawdza, czy zamknęłam gaz. Ale przynajmniej dzwoni, Jadziu. Przynajmniej dzwoni." I poklepała mnie po dłoni.

I tu jest ten problem. Bo Kamil dzwoni. Dzwoni regularnie, co tydzień, czasem częściej. Pyta, jak się czuję, czy brałam leki na ciśnienie, czy hydraulik naprawił cieknący kran. Jest sumienny. Jest obowiązkowy. Tylko że te rozmowy trwają pięć minut i brzmią jak lista kontrolna. Punkt pierwszy: zdrowie. Punkt drugi: mieszkanie. Punkt trzeci: finanse. Koniec.

Ani razu od pogrzebu Andrzeja nie zapytał mnie, czy jestem samotna. Ani razu nie powiedział „tato by chciał" albo „pamiętasz, jak tata". Jakby Andrzej był problemem do rozwiązania, a potem - kartoteką do zamknięcia.

W niedzielę pojechałam na cmentarz sama. Wzięłam tramwaj, potem autobus. Postawiłam znicze, położyłam wiązankę - białe chryzantemy i czerwone goździki, takie jak Andrzej kupował mi na imieniny. Stałam nad grobem i rozmawiałam z mężem jak zawsze, półgłosem, żeby ludzie nie patrzyli. Mówiłam mu, że Kamil jest dobry, ale nie rozumie pewnych rzeczy. Że Oliwka rośnie i jest do niego podobna w uśmiechu. Że kran dalej cieknie.

Kiedy wracałam, w telefonie zobaczyłam wiadomość od Kamila. „Mamo, w przyszłym tygodniu będziemy w Poznaniu służbowo, może wpadnę na obiad". Nic o rocznicy. Nic o ojcu. Odpisałam: „Przyjedź, ugotuję rosół". Bo co miałam napisać?

Wieczorem usiadłam w kuchni i patrzyłam na ten telefon, który mi kupił. Nowy, szybki, z aplikacją, przez którą syn widzi każdą złotówkę. Pomyślałam, że mogłabym go poprosić, żeby wyłączył to śledzenie. Mogłabym nawet sama pójść do banku i poprosić o zmianę ustawień - Krystyna mówiła, że to proste, wystarczy zmienić hasło.

Ale wtedy Kamil by zadzwonił. Zapytałby, dlaczego. Powiedziałby, że to dla mojego bezpieczeństwa. Że się martwi. I może ma rację. Może naprawdę się martwi, tylko tak, jak umie - cyferkami, przelewami, listą kontrolną.

A może po prostu łatwiej mu sprawdzić wyciąg z konta niż zapytać: „Mamo, jak ty sobie radzisz bez taty?".

Rosół ugotuję w czwartek, żeby do soboty się przystał. Marchewkę kupię na targu, nie w Biedronce, bo Andrzej zawsze mówił, że targowa jest słodsza. Kamil pewnie zobaczy przelew i nie zapyta, na co. Wie, ile kosztuje marchewka.

Nie wie tylko, ile kosztuje cisza w mieszkaniu, kiedy nie ma komu powiedzieć „zjedz jeszcze trochę".