Kancelaria zadzwoniła potwierdzić „jutrzejszy termin - przepisanie nieruchomości, komplet dokumentów już jest". Terminu nie umawiałam. Poszłam osobiście - odwołać. Syn wieczorem: „chciałem ci tylko oszczędzić formalności, mamo - jeden podpis".

Jeden podpis. Jakby to było takie proste. Jakby trzydzieści sześć lat w tym mieszkaniu, rachunki, remonty, nocne słuchanie, jak pękają rury w łazience - jakby to wszystko dało się zamknąć jednym ruchem długopisu.

Telefon zadzwonił we wtorek, krótko po dziesiątej. Właśnie wracałam z apteki, w reklamówce miałam leki na ciśnienie i krople do oczu. Numer nieznany, ale odebrałam - bo kto wie, może przychodnia w sprawie wyników.

Uprzejmy męski głos powiedział: „Dzień dobry, kancelaria notarialna mecenasa Wilczyńskiego, dzwonię potwierdzić jutrzejszy termin. Przepisanie nieruchomości, komplet dokumentów już jest, proszę zabrać dowód osobisty".

Stanęłam na środku chodnika jak wryta. Za mną ktoś zatrąbił, bo blokowałam wyjazd z parkingu. Przeprosiłam, chociaż nie wiem, czy mnie usłyszał. „Jaki termin?" - zapytałam. „Środa, godzina jedenasta. Umówiony przez pana Marcina Głowackiego". Marcin. Mój syn.

Szłam do domu i próbowałam sobie to poukładać. Mieszkanie na Grochowie, trzy pokoje, czterdzieści osiem metrów. Dostałam je z mężem Tadeuszem z przydziału zakładowego w osiemdziesiątym ósmym roku. Tadeusz umarł jedenaście lat temu, od tego czasu jestem jedyną właścicielką. Wykupiłam je za grosze w dziewięćdziesiątym trzecim, z bonifikatą. Teraz jest warte - cóż, w tych czasach nawet małe mieszkanie na Grochowie to majątek.

Marcin ma trzydzieści cztery lata. Pracuje jako elektryk, prowadzi własną działalność. Żona Patrycja, dwóch synków - Kacper i Olek, pięć lat i trzy lata. Mieszkają na Białołęce, w kredycie po uszy. Wiem o tym, bo Marcin wspominał, że rata wzrosła, że Patrycja chciałaby mniej pracować, że ciasno im w tym dwupokojowym. Współczułam. Pomagałam, ile mogłam - czasem pięćset złotych tu, czasem tysiąc tam. Na buty dla Kacpra, na przedszkole dla Olka. Nigdy nie odmawiałam.

Ale przepisanie mieszkania? Bez jednego słowa?

Do kancelarii poszłam następnego dnia rano, dwie godziny przed wyznaczonym terminem. Mecenas Wilczyński okazał się młodym mężczyzną w za dużej marynarce. Gdy powiedziałam, że chcę odwołać, wyraźnie się zmieszał. „Proszę pani, dokumenty są przygotowane, syn dostarczył odpis z księgi wieczystej, pani dowód... to znaczy kopię dowodu". Kopię mojego dowodu. Nie pytałam skąd ją ma - Marcin bywał u mnie co tydzień, moja torebka wisi w przedpokoju na wieszaku obok płaszczy.

„Odwołuję termin" - powiedziałam spokojnie, chociaż ręce mi się trzęsły. Notariusz skinął głową i dodał: „Oczywiście, bez pani obecności i podpisu żaden akt się nie odbędzie. Proszę się nie martwić".

Wracałam tramwajem i patrzyłam na miasto za oknem. Blokowiska, drzewa, ludzie z siatkami. Wszystko wyglądało normalnie. Tylko ja czułam, jakby ktoś mi wyrwał dywan spod nóg.

Wieczorem Marcin przyjechał. Bez zapowiedzi - ale to akurat normalne, miał klucze. Usłyszałam, jak otwiera drzwi, jak zdejmuje buty. Wszedł do kuchni, gdzie kroiłam chleb na kolację. Uśmiechnął się tym swoim uśmiechem - Tadeusza uśmiechem, lekko krzywy, trochę zawstydzony.

„Mamo, byłaś u notariusza?"

„Byłam. Odwołałam".

Cisza. Oparł się o framugę, skrzyżował ręce. Widziałam, jak mu pracuje szczęka - dokładnie jak ojciec, gdy szukał słów.

„Chciałem ci tylko oszczędzić formalności, mamo. Jeden podpis. I tak kiedyś to mieszkanie będzie moje, prawda? Jestem jedynakiem. Pomyślałem, że lepiej teraz, dopóki jeszcze... no wiesz. Dopóki zdrowie ci dopisuje. Żeby potem nie było problemów ze spadkiem".

Dopóki jeszcze. Te dwa słowa zawisły między nami jak zapach przypalonych ziemniaków.

„Marcin" - odłożyłam nóż na deskę. „Kto ci powiedział, że ja chcę to przepisać?"

„No, mamo... Patrycja mówiła, że teściowa Krysi z jej pracy przepisała córce dom i nie było żadnych podatków, bo za życia. Że to logiczne. Że po co czekać".

Patrycja. Wiedziałam. Nie dlatego, że Patrycja jest złą synową - nie jest. Gotuje bigos na Wigilię, przywozi mi wnuków w niedziele, dzwoni w Dzień Matki. Ale Patrycja liczy. Zawsze liczyła. Pamiętam, jak trzy lata temu przy wielkanocnym stole - jajka jeszcze nie pokrojone, a ona już pytała Marcina półszeptem:

„A to mieszkanie twojej mamy to ile teraz warte, z tą nową linią metra?".

Nie zareagowałam wtedy. Pomyślałam - młodzi, kredyt, stres. Ludzie mówią różne rzeczy.

Ale teraz stałam w kuchni i patrzyłam na syna, który za moimi plecami poszedł do notariusza z kopią mojego dowodu. Który umówił termin przepisania mojego mieszkania. Który przyszedł wieczorem i powiedział „jeden podpis", jakby prosił o podanie soli.

„Marcin, to jest mój dom. Jedyny. Nie mam drugiego. Nie mam działki, nie mam oszczędności. Mam emeryturę dwa tysiące osiemset złotych i te ściany. Jeśli ci to przepiszę, to gdzie ja jestem? Kim jestem? Lokatorką z łaski?"

„Mamo, ja bym nigdy..."

„Wiem, że ty byś nigdy. Ale nie spodziewałam się też, że umówisz notariusza beze mnie".

Spuścił wzrok. Przez chwilę wyglądał jak ten siedmioletni Marcinek, który rozbił wazon w salonie i próbował skleić kawałki klejem do papieru, zanim wrócę z pracy.

„Przepraszam, mamo".

Nie odpowiedziałam od razu. Nalałam herbatę, postawiłam przed nim kubek - ten z napisem „Super Tata", który dostał od Kacpra na Dzień Ojca. Siadłam naprzeciwko.

„Powiem ci jedną rzecz. Babcia Jadwiga - twoja babcia - przepisała wujkowi Bogdanowi dom w Radomiu. Miała sześćdziesiąt osiem lat. Bogdan obiecał, że będzie się nią opiekować. Po dwóch latach babcia mieszkała w pokoju cztery na trzy metry, a Bogdan z żoną wynajmowali resztę domu turystom. Babcia umarła w tym pokoju. Przy zamkniętych drzwiach".

Marcin otworzył usta, ale nic nie powiedział.

„Nie mówię, że jesteś jak Bogdan. Ale Bogdan też nie był jak Bogdan, dopóki nie dostał kluczy".

Wypił herbatę w milczeniu. Wstał, umył kubek, odstawił go na suszarkę. Przy drzwiach odwrócił się.

„Porozmawiamy jeszcze?"

„Porozmawiamy" - powiedziałam.

Zamknęłam drzwi na oba zamki. Stałam w przedpokoju, w ciszy, wśród wieszaków z płaszczami i półeczki z kluczami. Moje mieszkanie. Moje ściany. Na komodzie stało zdjęcie Tadeusza, obok porcelanowy aniołek z komunii Marcina.

Wzięłam torebkę z wieszaka, sprawdziłam - dowód był na miejscu. Włożyłam go do wewnętrznej kieszeni kurtki i zasunęłam zamek. Potem usiadłam w fotelu w salonie, przy zgaszonym świetle, i długo patrzyłam na latarnie za oknem.

Marcin zadzwoni. Wiem, że zadzwoni - może jutro, może za tydzień. I wtedy będę musiała zdecydować, czy to, co zrobił, było głupotą dorosłego dziecka, które nie pomyślało - czy pierwszym krokiem, po którym przyjdą następne. I nie wiem, co gorsza: odpowiedź, której się boję, czy ta, że mogę się już nigdy nie dowiedzieć, która była prawdziwa.