Od majowej kłótni dzieci nie przyjeżdżają - wszyscy mnie żałują. A mnie spadło ciśnienie, czytam czwartą książkę, w niedziele śpię do ósmej. Za wnukami tęsknię naprawdę. Za byciem obsługą - wcale. Jedno zdanie ukrywałam przed sobą pół roku: odpoczywam.

Ta kłótnia wybuchła nad patelnia z kotletami. Dzień Matki, dwudziesty szósty maja, niedziela. Marta przyjechała z trójką dzieci, Grzegorz z żoną i bliźniakami. Jak co roku. Jak co roku nikt nie zapytał, czy mam siłę na dziewięć osób przy stole. Stałam przy kuchence od siódmej rano - schabowe, mizeria, kompot z truskawek, ciasto drożdżowe, bo Zosia nie je sernika, a Kacper jest uczulony na czekoladę. Pamiętam każdą alergię, każdą niechęć, każdy kaprys.

Grzegorz wszedł do kuchni, otworzył lodówkę i powiedział: „Mamo, a piwo jest?". Nie „dzień dobry". Nie „wszystkiego najlepszego". Piwo. I wtedy coś we mnie pękło. Nie z hukiem. Cicho, jak nitka w swetrze, który pruje się dopiero po praniu.

- Nie ma piwa - powiedziałam. - I obiadu nie ma. I sprzątania po was nie ma. I prania pościeli na noc, bo wiem, że Marta zaraz powie, że „może by zostali do poniedziałku". Nic nie ma. Chcę dzisiaj spokój.

Marta stała w progu z Zosią na ręku. Zosia miała cztery lata i sos pomidorowy na bluzce, jeszcze z drogi. Grzegorz patrzył na mnie, jakbym nagle zaczęła mówić po chińsku. Jego żona Ania cofnęła się do salonu - ta zawsze umiała wyczuć, kiedy lepiej zniknąć.

- Mamo, co ty mówisz? - Marta odstawiła Zosię na podłogę. - Przecież przyjechaliśmy do ciebie. Na Dzień Matki.

- Przyjechaliście do mojej kuchni - odpowiedziałam. I usiadłam na taborecie. Nogi mi drżały, ale głos miałam twardy. - Od dwudziestu lat to samo. Gotuję, sprzątam, piorę, prasuje. Wy przyjeżdżacie, zjadacie, jedziecie. Dzwonicie w piątek zapytać, co będzie na obiad. Nie co u mnie. Co na obiad.

Mam na imię Halina, za dwa miesiące skończę sześćdziesiąt trzy lata. Od siedmiu lat jestem wdową - Tadeusz odszedł na zawał, cicho, w nocy, nie zdążyłam nawet powiedzieć mu, że piekarnik znowu się zepsuł. Trzydzieści osiem lat byłam księgową w spółdzielni mieszkaniowej na Gocławiu. Przeszłam na emeryturę w sześćdziesiątym roku życia i od tego dnia moje dzieci uznały, że skoro mam czas, to mogę obsługiwać. Nie użyły tego słowa. Ja też nie. Przez trzy lata.

Po tamtej kłótni Grzegorz wyszedł bez słowa. Zabrał Anię i bliźniaki, trzasnął drzwiami na klatce schodowej. Marta została dłużej, ale tylko dlatego, że Zosia zasnęła na kanapie. Kiedy ją ubierała, powiedziała cicho, bez patrzenia na mnie: „Tata by się wstydził". I wyszła.

To zdanie bolało. Wbiło się jak drzazga pod paznokieć i siedziało tam tygodniami. Bo Tadeusz by pewnie rzeczywiście nic nie powiedział. Tadeusz siedziałby w fotelu, oglądał mecz i mruknął: „Halinko, daj spokój, dzieci przyjechały". I ja bym dała spokój. Jak dawałam przez całe życie. To nie Tadeusz się wstydziłby. To ja bym się dalej wstydziła za to, że mam potrzeby.

Przez pierwszy tydzień po majowej kłótni chodziłam po mieszkaniu jak po cudzym domu. Trzy pokoje na Gocławiu, balkon na wschód, cisza. Żadnych butów w przedpokoju, żadnych okruszków pod stołem, żadnego krzyku „babciu, Kacper mnie bije!". Pierwszej nocy nie mogłam zasnąć od ciszy. Drugiej - zasnęłam o dziewiątej i obudziłam się o siódmej, wypoczęta jak nigdy.

Trzeciego dnia zadzwoniła sąsiadka Krysia z drugiego piętra. Powiedziała, że Marta do niej dzwoniła, pytała, czy mama jest zdrowa, czy coś się nie stało, bo „mama się dziwnie zachowuje".

- A co jej powiedziałaś? - zapytałam.

- Że wyglądasz normalnie. Że widziałam cię na klatce z siatką z Biedronki. Halina, ale co się stało?

- Nic się nie stało, Krysiu. Powiedziałam im, że nie jestem restauracją.

Krysia zaśmiała się, ale niepewnie. Jakby nie wiedziała, czy to żart, czy wołanie o pomoc. Wszyscy tak reagowali. Kiedy matka mówi „chcę spokój", ludzie szukają diagnozy. Depresja. Demencja. Samotność, która zżera od środka. Nikt nie wierzy, że kobieta po sześćdziesiątce może po prostu chcieć być sama z książką i herbatą.

Czerwiec przeszedł mi na czytaniu. Wzięłam z biblioteki na Grochowskiej trzy powieści - skończyłam w dwa tygodnie. W lipcu zapisałam się na basen na Saskiej Kępie. Pływam trzy razy w tygodniu, wolno, na plecach, patrząc na sufit, i mam wrażenie, że przez trzydzieści lat nie robiłam nic, co nie było dla kogoś innego.

Na telefon Marty nie odbieram za pierwszym razem. Nie ze złośliwości. Po prostu odkryłam, że nie muszę. Że ten dźwięk nie jest rozkazem, tylko informacją. Oddzwaniam wieczorem, mówię spokojnie. Marta jest sztywna, zdawkowa. Czekam, aż zapyta, jak się czuję. Pyta, kiedy „to" się skończy.

- Mamo, rozmawiałam z Grzesiem. Oboje uważamy, że powinnaś do kogoś pójść. Do psychologa albo... no wiesz.

- Do psychologa, bo nie chcę wam gotować?

- Bo się zmieniłaś.

Miała rację. Zmieniłam się. Ciśnienie spadło mi ze sto czterdzieści na sto dwadzieścia. Pani doktor Kamińska na wizycie kontrolnej w sierpniu powiedziała, że może zmniejszy mi dawkę leku. Śpię do ósmej. Gotuję sobie lekkie rzeczy - zupę z cukinii, sałatkę z pomidorami, czasem jajecznicę na kolację. Dla siebie.

Tęsknię za wnukami. Naprawdę. Za Zosią, która ciągnęła mnie za rękaw i mówiła „babcia, popatrz". Za bliźniakami, którzy budowali fortecę z poduszek. Za Kacprem, który pytał, dlaczego chmury nie spadają. Tęsknię za nimi fizycznie, w kościach, jak za czymś amputowanym.

Ale za sobotnimi telefonami „mamo, będziemy o dwunastej, zrób coś na ciepło, Ania nie je glutenu" - nie tęsknię wcale. Za ścieleniem łóżek, za piciem kawy z fusami na dnie, bo moja maszynka obsługiwała gości, a ja piłam, co zostało - nie tęsknię. Za „mamo, gdzie masz ketchup" i „mamo, ręczniki są mokre" - nie tęsknię.

Krysia mówi, że powinnam zadzwonić pierwsza. Że dzieci czekają na sygnał. Że wystarczy powiedzieć „przepraszam" i wszystko wróci do normy.

Tylko że ja nie chcę normy. Norma mnie wykańczała.

Jest listopad. Za oknem pada, lipy na podwórku stoją gołe. Za trzy tygodnie Wigilia. Marta nie dzwoniła od dwóch tygodni. Grzegorz napisał SMS-a: „Mama, co robimy w święta?". Nie odpisałam jeszcze. Siedzę na balkonie w kurtce, z herbatą i piątą książką - Tokarczuk, „Dom dzienny, dom nocny" - i myślę o tym, że przez trzydzieści lat nie przeczytałam więcej niż pięć książek rocznie, bo nie było kiedy.

Wiem, czego chcę. Chcę zobaczyć wnuki na Wigilię. Chcę, żeby Zosia usiadła mi na kolanach i powiedziała „babcia, popatrz". Chcę zapach choinki i karp, i barszcz z uszkami.

Ale nie chcę tego sama przygotować. Nie chcę trzynastu potraw, z których jedenaście robi babcia. Nie chcę zmywać do północy, kiedy wszyscy śpią.

SMS od Grzegorza świeci się na ekranie. „Mama, co robimy w święta?". Czytam to zdanie i szukam w nim czegoś, czego tam pewnie nie ma - szukam „my" które obejmuje też mnie. Nie jako kucharkę. Jako matkę. Jako kogoś, kto też chce usiąść i zobaczyć, jak ktoś inny nakrywa do stołu.

Odłożyłam telefon. Dolałam herbaty. Jutro odpiszę.

Albo pojutrze.