Przyznaję: raz na parę miesięcy mówię przez telefon, że „coś słabiej się czuję" - choć czuję się dobrze. Wtedy przyjeżdżają w komplecie, z zakupami, wnuki całują w oba policzki. „Coś słabiej się czuję" działa zawsze. „Przyjedźcie po prostu" - nie zadziałało ani razu. Sprawdziłam. Dlatego wiem.

Pierwszy raz powiedziałam to przypadkiem. Naprawdę bolała mnie głowa - taki zwykły ból, od ciśnienia, od zmiany pogody. Zadzwoniła Kasia, moja starsza córka, i zapytała co słychać. A ja powiedziałam: „Oj, coś słabiej się dzisiaj czuję, kochanie." Nie myślałam nic złego. Nie planowałam. Po prostu bolała mnie głowa.

Przyjechała tego samego wieczoru. Z Tomkiem i dziećmi. Przywieźli rosół w słoiku, leki z apteki, ciasto z Biedronki, bo „babcia musi mieć coś słodkiego". Wnuki - Zosia i Filipek - wbiegły do mieszkania z krzykiem „babciu, babciu!" i rzuciły mi się na szyję. Kasia sprawdziła, co mam w lodówce, uzupełniła braki, posprzątała kuchnię. Tomek wymienił żarówkę w łazience, o którą prosiłam od trzech tygodni.

Siedzieliśmy potem wszyscy w moim salonie na trzecim piętrze bloku na Gocławiu i jedliśmy ten rosół z kubków, bo misek mi brakło. Filipek opowiadał o dinozaurach, Zosia rysowała kota na serwetce. I pomyślałam wtedy: Boże, jak dawno tu nie było tak głośno.

Bo normalnie jest cicho. Od kiedy Henryk umarł cztery lata temu - zawał, w nocy, nawet nie zdążyłam zadzwonić po pogotowie - mieszkam sama. Mam sześćdziesiąt cztery lata, od dwóch jestem na emeryturze, wcześniej dwadzieścia osiem lat w księgowości w firmie budowlanej na Pradze. Mam dwie córki: Kasię i Magdę. Troje wnuków - Zosia i Filip to Kasi, Antoś to Magdy. Niby wszyscy blisko - Kasia w Markach, Magda na Bemowie. Pół godziny jazdy. Ale te pół godziny to przepaść.

Po tamtym wieczorze z rosołem minął miesiąc. Może sześć tygodni. Dzwoniłam, pisałam. „Może wpadniecie w niedzielę?" - „Mamo, Zosia ma zawody." „To w sobotę?" - „Tomek pracuje do trzeciej, potem obiad, wiesz jak jest." Wiedziałam jak jest. Życie, praca, szkoły, zajęcia dodatkowe. Z Magdą było jeszcze trudniej - od rozwodu z Dariuszem pracowała na dwa etaty, Antosia woziła do żłobka na drugą stronę Warszawy, bo tam miała tańszy. Nie miałam prawa narzekać. Nie narzekałam.

Ale pewnego czwartkowego popołudnia siedziałam w kuchni i patrzyłam na zegar. Czwarta. Piąta. Szósta. Cisza taka gęsta, że słyszałam tykanie budzika z sypialni. I pomyślałam o tamtym wieczorze z rosołem. O Filipku z dinozaurami. O Zosi z serwetką. I wzięłam telefon.

„Kasiu, coś słabiej się dzisiaj czuję. Taki dziwny ból, tu, z lewej strony."

Wiem, co teraz myślicie. Że to straszne. Że manipuluję. Że gram na uczuciach własnych dzieci. Może tak. Ale posłuchajcie dalej.

Kasia przyjechała w czterdzieści minut. Sama, bez dzieci, ale przyjechała. Zmierzyła mi ciśnienie - było w normie. Zrobiła herbatę. Porozmawiałyśmy. Dwie godziny, twarzą w twarz, bez pośpiechu. Opowiedziała mi o problemach w pracy, o tym, że Tomek znowu chce kupić motocykl, a ona się boi. Ja opowiedziałam jej o sąsiadce z czwartego piętra, pani Lucynie, która przychodzi do mnie na herbatę w poniedziałki, ale ostatnio ma problemy z kolanami i nie daje rady po schodach.

Kiedy wychodziła, pocałowała mnie w czoło i powiedziała: „Mamo, jakby co, to dzwoń od razu, dobrze?"

Dobrze. Dzwonię. I to jest mój problem.

Bo potem spróbowałam inaczej. Zadzwoniłam do Magdy w sobotę rano. Głos wesoły, normalny: „Magduś, może wpadłabyś dzisiaj z Antosiem? Upiekłam sernik, ten z rodzynkami, który lubisz." Cisza. Szum w tle, Antoś coś krzyczał. „Mamo, dzisiaj nie dam rady, muszę uprać, posprzątać, Antoś miał gorączkę w czwartek i jeszcze kaszle. Może za tydzień?"

Za tydzień nie wpadła. Ani za dwa.

Trzy tygodnie później zadzwoniłam znowu. Tym razem innym tonem: „Magda, coś mi się kręci w głowie od rana. Nie wiem, może to ciśnienie." Magda przyjechała po dwóch godzinach. Z Antosiem. Z zakupami. Antoś miał nowy rysownik - pokazywał mi, jak rysować psy. Magda posprzątała łazienkę, chociaż o to nie prosiłam. Ugotowała zupę pomidorową z ryżem - moim ulubionym sposobem. Zostali do wieczora.

I tak to się zaczęło. Raz na parę miesięcy mówię to jedno zdanie. Nie przesadzam - nie mówię o szpitalu, o karetce, o czymś poważnym. Tylko „coś słabiej się czuję". Taki mały sygnał. I wtedy moje córki stają się znowu moimi córkami, a nie zmęczonymi kobietami, które mają sto spraw na głowie i matkę gdzieś na liście między praniem a rachunkiem za prąd.

Wiem, że to nieczyste zagranie. Henryk by mnie skrzyczał. „Grażyna, co ty wyprawiasz" - słyszę jego głos, chociaż go nie ma. Henryk zawsze mówił wprost. Jeśli chciał, żeby dzieci przyjechały, dzwonił i mówił: „Przyjeżdżajcie, bo matka się stęskniła." I przyjeżdżały. Ale Henryk to Henryk - miał taki głos, że ludzie słuchali. A ja mam cichy głos. I kiedy mówię „przyjedźcie po prostu" - słyszą „prośbę", którą można przesunąć na następny tydzień. Kiedy mówię „coś słabiej się czuję" - słyszą „obowiązek".

I to mnie boli bardziej niż jakakolwiek samotność.

Że przyjeżdżają z obowiązku, nie z tęsknoty. Że muszę udawać słabą, żeby być ważna. Że „mama się źle czuje" wygrywa z „mama chce was zobaczyć". Co to mówi o nas? O mnie? O nich? O tym, jak żyjemy?

Pani Lucyna z czwartego piętra - ta od herbaty w poniedziałki - kiedy jej powiedziałam, pokiwała głową. „Grażynko, ja robię tak samo. Tylko że ja mówię, że znowu kolano nawala. I syn przyjeżdża z Piaseczna." Zaśmiałyśmy się obie. Takim śmiechem, który nie jest do końca śmiechem.

W zeszły weekend postanowiłam spróbować jeszcze raz. Ostatni test - tak sobie obiecałam. Zadzwoniłam do Kasi w piątek wieczorem. Głos spokojny, radosny nawet: „Kasiu, kochanie, jutro sobota, pogoda piękna. Może byśmy wszyscy razem na obiad? Zrobię schabowe, Filipek lubi z ziemniakami na puree. Po prostu tak, bez okazji, przyjedziesz?"

Kasia westchnęła. „Mamo, jutro nie damy rady. Zosia ma trening o dziesiątej, potem Tomek jedzie po opony, ja muszę ogarnąć dom, bo w niedzielę przyjeżdżają teściowie..."

„Rozumiem" - powiedziałam. „To nic."

Rozłączyłam się. Usiadłam przy kuchennym stole. Patrzyłam na telefon. Palce same wystukały wiadomość do Magdy: „Córciu, coś mi niedobrze od rana, taki dziwny ucisk..."

A potem skasowałam tę wiadomość. Literka po literce. I napisałam nową: „Magda, chciałabym, żebyś jutro przyjechała. Nie dlatego, że mi coś jest. Dlatego, że mi was brakuje. I chciałabym, żeby to wystarczyło."

Wysłałam. Odłożyłam telefon ekranem do dołu. Nie sprawdzałam go przez godzinę. Potem przez dwie. Potem zaparzyłam herbatę i usiadłam przy oknie. Na dworze kwitły kasztany, dzieci grały w piłkę na boisku między blokami, ktoś grillował na balkonie piętro niżej.

Magda odpisała dopiero wieczorem. Jedno zdanie. Czytałam je trzy razy, szukając w nim odpowiedzi na pytanie, którego nie potrafię zadać na głos.

Ale czy ją znalazłam - tego wam nie powiem. Bo sama jeszcze nie wiem.