
Syn przepisał nas wszystkich na „abonament rodzinny, taniej wyjdzie". Faktura przychodzi na mnie: cztery numery, sto siedemdziesiąt złotych. „Będę ci przelewał" skończyło się po dwóch miesiącach. Wnuki mają nielimitowany internet - ja nielimitowaną fakturę.
Otworzyłam kopertę w poniedziałek rano, przy herbacie z miodem, jak zwykle. Kwota na fakturze nie zmieniła się od pięciu miesięcy - sto siedemdziesiąt dwa złote i czterdzieści groszy. Dokładnie tyle, ile wynosi moja comiesięczna dawka złości, przełykana razem z dumą. Bo jak to jest - mam sześćdziesiąt trzy lata, trzydzieści osiem lat przepracowanych w księgowości Zakładów Mięsnych w Poznaniu, emeryturę dwa tysiące czterysta na rękę, i boję się powiedzieć własnemu synowi, że mnie na to nie stać?
Marek wpadł na ten pomysł w październiku. Przyjechał z Kasią i dziećmi na obiad niedzielny, jak co dwa tygodnie, kiedy im pasowało. Wnuki - Zuzia, dziesięć lat, i Olek, trzynaście - od progu wbiegły do pokoju i nawet nie zdjęły butów. „Babciu, jaki masz internet? Bo nam się filmik nie ładuje" - krzyknęła Zuzia, a Olek już trzymał telefon przy suficie, szukając zasięgu.
- Mamo, to bez sensu, że ty płacisz osobno, ja osobno, Kasia osobno - powiedział Marek, nakładając sobie trzecią porcję bigosu. - Wezmę abonament rodzinny, cztery numery, wyjdzie taniej dla każdego. Przepiszę twój numer, nic nie musisz robić, ja to ogarnę.
- A ile to będzie kosztować? - zapytałam.
- Spokojnie, mamo. Faktura przyjdzie na ciebie, bo ty masz najdłuższy staż w sieci, ale ja ci będę przelewał swoją część. I Kaśki. Ty dopłacisz może ze czterdzieści złotych. Taniej niż teraz.
Kasia kiwnęła głową, nie odrywając wzroku od telefonu. Dzieci krzyczały coś z pokoju. Marek już wyciągał formularz, który - jak się okazało - miał wydrukowany w samochodzie. Podpisałam. Bo co miałam zrobić? Syn prosi, mówi „ogarnę", patrzy tymi swoimi oczami Zbyszka, mojego nieżyjącego męża, i ja się rozklejam.
Pierwsza faktura - sto siedemdziesiąt złotych. Zadzwoniłam do Marka.
- Marek, przyszła faktura. Sto siedemdziesiąt.
- Tak, mamo, przelew ci lecę. Spokojnie.
I faktycznie - przelew przyszedł. Sto trzydzieści złotych. Uczciwie. Pomyślałam: a widzisz, Bożena, niepotrzebnie się nakręcałaś.
Drugi miesiąc - to samo. Przelew, sto trzydzieści. Oddech.
Trzeci miesiąc - cisza. Zadzwoniłam.
- Marek, faktura przyszła.
- Wiem, mamo, zapomniałem. Jutro ci prześlę.
Nie przesłał. Ani jutro, ani pojutrze, ani za tydzień. Napisałam SMS-a. Odpisał: „Mamo, mamy teraz cięższy miesiąc, Kasia zmieniała pracę, wyrównam". Nie wyrównał. Czwarty miesiąc - zapłaciłam sama. Piąty - też. W szóstym postanowiłam porozmawiać przy niedzielnym obiedzie. Ugotowałam rosół, zrobiłam kotlety schabowe, upiekłam sernik, bo Zuzia lubi sernik. Przygotowałam się jak do trudnych negocjacji - w końcu trzydzieści osiem lat w księgowości czegoś człowieka uczy.
Marek przyjechał sam. Kasia miała „migrenę", dzieci zostawił u teściowej. Usiadł przy stole, zjadł talerz rosołu, wziął dokładkę schabowego i powiedział:
- Mamo, muszę ci powiedzieć, że w tym miesiącu też nie dam rady. Olek idzie na obóz szachowy, Zuzia potrzebuje aparatu na zęby. Wiesz, ile kosztuje ortodonta? Trzy tysiące. Trzy tysiące, mamo.
Siedziałam naprzeciwko niego i liczyłam w głowie. Pięć miesięcy razy sto siedemdziesiąt - osiemset pięćdziesiąt złotych. Minus te dwa przelewy po sto trzydzieści - pięćset dziewięćdziesiąt złotych z mojej kieszeni. Za telefony syna, synowej i wnuków. Przy mojej emeryturze to jest ćwierć tego, co płacę za czynsz.
- Marek - zaczęłam spokojnie - ja nie mogę płacić za cztery telefony. Mój numer kosztował mnie pięćdziesiąt złotych miesięcznie, zanim to „ogarniałeś".
- Mamo, no ale teraz masz lepszy pakiet. Nielimitowany internet. Więcej gigabajtów.
- Synu, ja używam telefonu do dzwonienia i do zdjęć kwiatów na działce. Nie potrzebuję nielimitowanego internetu. Potrzebuję tych pięciuset dziewięćdziesięciu złotych, które ci pożyczyłam, nie wiedząc o tym.
Marek odłożył widelec. Na jego twarzy zobaczyłam coś, czego nie spodziewałam się zobaczyć - nie wstyd, nie skruchę. Irytację.
- Mamo, naprawdę będziemy się kłócić o te grosze? Ja ci pomagam na co dzień - kto ci regał przeniósł w zeszłym tygodniu? Kto zimą odśnieżał samochód? Ty teraz policzysz każdą złotówkę?
Zamurowało mnie. Regał. Odśnieżanie samochodu. To jest zapłata za sto siedemdziesiąt złotych miesięcznie? Chciałam krzyczeć, ale zamiast tego wstałam po sernik. Pokroiłam go w osiem idealnych kawałków, jak zawsze, nożem po moim Zbyszku - jedyną pamiątką, która miała jakąś wartość użytkową. Położyłam kawałek przed Markiem.
- Jedz - powiedziałam. Bo co innego miałam powiedzieć?
Zjadł. Wziął dokładkę. Potem wstał, pocałował mnie w czoło i powiedział „ogarniemy to, mamo", wsiadł do swojego Passata, rocznik dwa tysiące dwadzieścia jeden, i odjechał.
Wieczorem usiadłam z tą fakturą przy kuchennym stole. Patrzyłam na cztery numery telefonów i myślałam o Zbyszku. Co by powiedział? Pewnie to, co zawsze: „Bożena, nie bądź taka miękka". A może nie. Może powiedziałby: „Daj spokój, to syn, jakoś się ułoży". Zbyszek zawsze wierzył, że się ułoży. Umarł na zawał w pięćdziesiątym ósmym roku życia, w kolejce do kardiologa w NFZ-cie, czekając na wizytę przesuniętą o trzy miesiące. Nic się nie ułożyło.
Następnego dnia poszłam do salonu operatora. Stałam w kolejce czterdzieści minut, za chłopakiem w słuchawkach i starszym panem, który chciał zablokować roaming. Kiedy podeszłam do okienka, powiedziałam:
- Chcę wypisać się z abonamentu rodzinnego i wrócić na swój stary plan. Tylko mój numer.
Dziewczyna w okienku, młoda, może dwadzieścia pięć lat, popatrzyła na mnie ze zrozumieniem, jakby widziała takie sytuacje trzy razy w tygodniu. Sprawdziła w systemie.
- Proszę pani, to jest umowa na dwadzieścia cztery miesiące. Może pani wypowiedzieć, ale kara umowna wynosi czterysta złotych. Albo może pani poczekać do końca umowy - jeszcze osiemnaście miesięcy.
Osiemnaście miesięcy razy sto siedemdziesiąt złotych. Trzy tysiące sześćdziesiąt. Albo kara czterysta złotych i spokój. Siedziałam w tym plastikowym krzesełku, w jasno oświetlonym salonie między plakatami z uśmiechniętymi rodzinami, i robiłam w głowie to, co robiłam całe życie - liczyłam.
Do Marka zadzwoniłam z parkingu. Nie odebrał za pierwszym razem. Za drugim też nie. Za trzecim odpisał SMS-em: „Mamo jestem na spotkaniu oddzwonię".
Nie oddzwonił.
Siedzę teraz przy tym samym kuchennym stole. Przede mną leży formularz wypowiedzenia umowy - niepodpisany. Obok telefon z nieodczytaną wiadomością od Zuzi: „Babciu kocham cię, przyjedziemy w niedzielę na sernik? 🥰". I druga faktura, już kolejna, sto siedemdziesiąt dwa złote i czterdzieści groszy.
Mogę podpisać formularz. Mogę zapłacić te czterysta złotych kary i wrócić do swojego starego planu za pięćdziesiąt złotych. Mogę. Tylko że wtedy Marek powie dzieciom, że babcia się wypisała, i Zuzia zapyta „dlaczego?", i Marek powie „bo babcia…". Bo babcia co? Bo babcia liczy każdą złotówkę? Bo babcia nie chce pomagać rodzinie?
A może właśnie powinienem - powinna - to zrobić. Może miłość do syna nie musi oznaczać, że płacę za jego wygodę. Może te sto siedemdziesiąt złotych miesięcznie to nie są pieniądze. To jest pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć od pięciu miesięcy: gdzie kończy się bycie matką, a zaczyna bycie wykorzystywaną?
Formularz leży na stole. Długopis obok. Herbata stygnie.