Mąż przyśnił mi się pierwszy raz od pogrzebu: siedział w kuchni i powiedział tylko „Anielka, pogódź się z Felą, szkoda czasu". Rano zadzwoniłam - z Felą nie rozmawiałyśmy od trzech lat. Odebrała i rozpłakała się od razu: „on mi się śnił w środę. Powiedział to samo".

Przez dłuższą chwilę żadna z nas nie mogła wydusić słowa. Słyszałam tylko jej oddech w słuchawce - urywany, mokry, jakby biegła pod górę. Potem Fela powiedziała cicho: „Anielka, ja już nie wiem, co jest prawdą". I ja też nie wiedziałam. Ale ręce mi się trzęsły, a herbata na blacie stygła od dwudziestu minut.

Muszę to opowiedzieć od początku, bo inaczej nic nie będzie miało sensu. Ani ten sen, ani te trzy lata ciszy, ani to, co Fela zrobiła tamtego lata, kiedy Tadeusz jeszcze żył.

Tadeusz był kolejarzem. Czterdzieści dwa lata w PKP, z czego dwadzieścia osiem na trasie Poznań - Wrocław. Wstawał o czwartej, wracał o różnych porach, ale zawsze z tym samym uśmiechem i pytaniem: „Anielka, co na obiad?". Poznaliśmy się na zabawie w Mosinie, ja miałam dziewiętnaście lat, on dwadzieścia trzy. Tańczył jak niedźwiedź, ale patrzył na mnie tak, że nogi mi zmiękły. Wzięliśmy ślub rok później. Dom na osiedlu pod Poznaniem kupiliśmy za kredyt, który spłacaliśmy osiemnaście lat. Mieliśmy dwóch synów - Marka i Pawła. Normalne życie, takie jak tysiące innych.

A Fela - Felicja - to moja siostra. Młodsza o pięć lat. Zawsze ładniejsza, zawsze głośniejsza, zawsze w centrum uwagi. Pracowała jako fryzjerka, miała swój salon na Wildzie. Nigdy nie wyszła za mąż. „Po co mi mąż, jak mam klientki, psa i spokój?" - mówiła, zaciągając się papierosem na naszym balkonie w każdą Wigilię. Tadeusz ją lubił. Mówił, że Fela to jedyna osoba, która potrafi go rozśmieszyć do łez.

Trzy lata temu, w lipcu, Tadeusz trafił do szpitala z podejrzeniem udaru. Okazało się, że to guz mózgu. Nieoperacyjny. Lekarze dawali mu pół roku, najwyżej rok. Świat mi się zawalił w ciągu jednego zdania wypowiedzianego przez młodą lekarkę, która nie patrzyła mi w oczy.

Tadeusz został w domu. Chciał umrzeć w swoim łóżku, z widokiem na ogródek, który sam zakładał trzydzieści lat temu. Zgodziłam się, choć wiedziałam, co to oznacza. Pielęgnacja, leki, nocne czuwanie, zmiana pościeli o trzeciej w nocy. Marek pomagał, jak mógł, ale mieszkał w Warszawie. Paweł pracował w Norwegii.

Fela przychodziła codziennie. Gotowała rosół, prała, siadała przy Tadeuszu i opowiadała mu historie z salonu. Kto się farbował, kto się rozwodził, kto przyszedł z takim fryzem, że nawet pies by się wystraszył. Tadeusz się śmiał - coraz ciszej, ale się śmiał. Byłam jej wdzięczna. Naprawdę byłam.

Aż do tamtego dnia w październiku. Wróciłam z apteki wcześniej, bo nie mieli jednego leku i musiałam zamówić na następny dzień. Weszłam cicho - Tadeusz zwykle o tej porze drzemał. Ale nie drzemał. Siedział podparty poduszkami, trzymał Felę za rękę i mówił do niej półszeptem. Nie słyszałam wszystkiego. Ale słyszałam jedno zdanie, które wbiło mi się w pierś jak gwóźdź: „Felu, obiecaj mi, że się nią zajmiesz, jak mnie nie będzie. Ty jedna wiesz, jaka ona naprawdę jest krucha".

Stanęłam w korytarzu. Torba z apteki zaczęła mi się wysuwać z rąk. Nie weszłam do pokoju. Cofnęłam się do kuchni i usiadłam przy stole. Dlaczego prosił ją, a nie mnie? Dlaczego to jej mówił, jaka jestem? Skąd ta bliskość, której ja nie widziałam - albo nie chciałam widzieć?

Kiedy Fela wyszła z pokoju, uśmiechnęła się do mnie jak zawsze. „Zasnął" - powiedziała. Nie zapytałam o nic. Ale coś się we mnie przesunęło. Jak mebel, który stoi na swoim miejscu trzydzieści lat, a potem ktoś go przesuwa o centymetr i nagle cały pokój wygląda inaczej.

Zaczęłam szukać. Nie wiem nawet czego. Przeglądałam telefon Tadeusza, kiedy spał. SMS-y do Feli - normalne, nic podejrzanego. „Przynieś żurek", „Anielka źle spała, nie przychodź dziś wcześnie", „Dziękuję za wszystko, Felu". Ale ten ostatni - „Dziękuję za wszystko" - wydał mi się za duży. Za ciężki na siostrę, która przynosi żurek.

Tadeusz zmarł w grudniu. Cicho, w nocy. Trzymałam go za rękę. Fela przyjechała rano, z oczami tak czerwonymi, jakby nie spała od tygodnia. Na pogrzebie stała z tyłu. Nie podeszłam do niej. Ona nie podeszła do mnie.

Po stypie powiedziałam jej wprost. „Słyszałam, co ci mówił w październiku. O tym, że jestem krucha. I o tej obietnicy". Fela pobladła. „Anielka, to nie było..." - zaczęła. Nie dałam jej dokończyć. „Nie chcę wiedzieć, co to było. Chcę, żebyś zostawiła mnie w spokoju".

I zostawiła. Na trzy lata. Ani telefonu, ani wizyty, ani kartki na imieniny. Marek mówił, że przesadzam. Paweł dzwonił z Norwegii i powtarzał: „Mamo, to twoja siostra, ona ci tylko pomagała". A ja siedziałam w tym pustym domu, patrzyłam na fotel Tadeusza i nie umiałam nazwać tego, co czuję. Czy byłam zazdrosna? O co? O umierającego męża? O to, że jemu łatwiej było powiedzieć prawdę o mnie siostrze niż mnie samej?

Bo ja wiedziałam, że Tadeusz miał rację. Jestem krucha. Zawsze byłam. Tylko że nikt nie miał prawa o tym mówić za moimi plecami. Nawet on.

A potem przyszedł ten sen. Kuchnia wyglądała dokładnie tak jak nasza, tylko że zasłony były inne - takie, jakie mieliśmy w latach dziewięćdziesiątych, w bordowe kwiaty. Tadeusz siedział przy stole w swojej koszuli w kratę, tej niebieskiej, którą oddałam do Caritasu pół roku po pogrzebie. Nie wyglądał na chorego. Wyglądał na zmęczonego, jakby wrócił ze zmiany. Spojrzał na mnie i powiedział: „Anielka, pogódź się z Felą, szkoda czasu". Nic więcej. Obudziłam się o piątej rano z mokrą poduszką.

Przez godzinę siedziałam na łóżku. Potem wzięłam telefon. Numer Feli miałam wciąż w kontaktach - nigdy go nie skasowałam, choć sama nie wiem dlaczego. Zadzwoniłam. Trzy sygnały. Cztery. Pięć. Już myślałam, że nie odbierze.

- Halo? - Głos zachrypnięty, ostrożny.

- Fela, to ja.

Cisza. A potem płacz. Taki głęboki, z brzucha, jakby trzymała go w sobie od trzech lat. I przez łzy, ledwo słyszalnie: „Anielka, on mi się śnił w środę. Powiedział to samo".

Nie wiem, co to znaczy. Nie wiem, czy Tadeusz naprawdę do nas przyszedł, czy to nasze wspólne poczucie winy ulepiło ten sam sen z tej samej gliny. Nie jestem kobietą, która wierzy w duchy. Ale jestem kobietą, która przez trzy lata nie odebrała telefonu od jedynej siostry, bo usłyszała jedno zdanie, które mogło znaczyć wszystko albo nic.

Umówiłyśmy się na sobotę. Fela przyjedzie do mnie. Powiedziałam, że zrobię sernik - taki jak robiła mama, z kratką z ciasta. Fela powiedziała: „Dobrze". I znów się rozpłakała.

Siedzę teraz w kuchni, w tej prawdziwej, z nowymi zasłonami, i patrzę na fotel Tadeusza. Myślę o tym, że może to nie chodziło o żadną tajemnicę między nim a Felą. Może chodziło o to, że umierający człowiek widzi wyraźniej niż żywi. Że wiedział, iż bez niego rozpadnę się nie z żalu, ale z dumy - że nie przyjmę pomocy, nie przeproszę, nie ustąpię.

Sernik jest już w piekarniku. Pachnie jak dawniej. Ale kiedy myślę o sobocie, o tym, że Fela usiądzie naprzeciwko mnie przy tym samym stole, czuję coś, czego nie umiem nazwać. To nie jest radość. To nie jest spokój. To jest strach, że może ona powie mi coś, czego nie chcę usłyszeć. Albo że ja powiem jej coś, czego nie da się cofnąć.

Tadeusz miał rację - szkoda czasu. Tylko że ja wciąż nie wiem, czy to, co zrobię w sobotę, będzie pojednaniem, czy początkiem zupełnie innej rozmowy.