Z Lodzią, Stasią i Ireną założyłyśmy „łańcuch obiadowy": każda gotuje raz w tygodniu dla całej czwórki, w piątki jemy wspólnie u tej, która gotowała. Garnki wędrują po klatkach jak sztafeta. Córka pyta: „mamo, po co wam to?". Po to, że jem przy stole, przy którym ktoś się śmieje.

Ale to nie jest opowieść o śmiechu. To znaczy - jest, tylko żeby do niego dotrzeć, trzeba najpierw przejść przez ciszę. Taką gęstą, lepką ciszę, która zapada w mieszkaniu, kiedy zostaje się w nim samemu i nagle okazuje się, że nawet zegar tyka jakoś inaczej.

Mój Tadek odszedł trzy lata temu. Nie dramatycznie - nie było żadnego wypadku, żadnego nagłego telefonu ze szpitala. Po prostu pewnego marcowego poranka nie wstał. Zasnął i już. Czterdzieści lat razem, dwoje dzieci, działka na Bielanach z krzakami porzeczek, które sam sadził. I nagle nic. Znaczy - wszystko było na swoim miejscu. Jego kapcie pod kaloryferem, jego kubek z napisem „Najlepszy dziadek", jego zapach w szafie. Tylko jego nie było.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i mieszkam w bloku na Woli, trzecie piętro, klatka B. Pracowałam trzydzieści lat jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej. Teraz jestem na emeryturze. Córka Ania mieszka na Ursynowie z mężem i dwójką dzieci, syn Piotrek w Gdańsku. Dzwonią. Czasem wpadają. Ale to nie jest to samo co obecność.

Przez pierwszy rok po śmierci Tadka gotowałam obiady. Z przyzwyczajenia robiłam na dwie osoby. Rosół z całego kurczaka, bo Tadek lubił dużo makaronu i dużo marchewki. Schabowe z surówką z kiszonej kapusty. Potem stałam nad tymi garnkami i myślałam: dla kogo? Zaczęłam gotować coraz rzadziej. Herbata, kanapka. Czasem jogurt. Ania dzwoniła i pytała: „Mamo, co jadłaś?". Kłamałam, że zupę.

Irenę znałam od lat - mieszka piętro wyżej. Kiedyś widywałyśmy się na klatce, zamieniałyśmy dwa zdania o pogodzie i rachunkach za ogrzewanie. Po śmierci jej męża Kazimierza, który odszedł pół roku przed Tadkiem, zaczęłyśmy się spotykać częściej. Najpierw na herbacie. Potem na spacerze. Irena ma taki sposób mówienia, że nawet o smutnych rzeczach opowiada z humorem. „Bożenka - powiedziała kiedyś - ja mam teraz tyle wolnego czasu, że mogłabym nauczyć się chińskiego. Ale po co mi chiński, jak ja nawet do Biedronki po chińsku nie powiem."

To Irena przedstawiła mnie Lodzi. Lodzia - właściwie Leokadia, ale nikt jej tak nie mówi od czterdziestu lat - to jej koleżanka z dawnej pracy na poczcie. Wdowa od pięciu lat. Mieszka dwie klatki dalej, na parterze. Cicha, spokojna, ale jak zacznie mówić o ogrodnictwie, to nie da się jej zatrzymać. Ma balkon cały w doniczkach, nawet pomidory jej rosną na czwartym piętrze.

Stasia dołączyła ostatnia. Nie jest wdową - jej mąż Bogdan żyje, ale mieszka w domu opieki od dwóch lat. Alzheimer. Stasia jeździ do niego co środę autobusem 175. On już jej nie poznaje, ale ona jedzie, bo mówi, że jak przestanie jeździć, to sama zatraci się w tym wszystkim. Stasia jest najstarsza z nas, sześćdziesiąt osiem lat. Byłą krawcowa, szyła kiedyś sukienki komunijne dla pół osiedla.

Pomysł na łańcuch obiadowy pojawił się przypadkiem. Byłyśmy u Ireny na kawie, Lodzia przyniosła fasolkę po bretońsku, bo „zrobiła za dużo i szkoda wyrzucać". Zjadłyśmy razem, pogadałyśmy. I Stasia powiedziała cicho: „Wiecie co? To pierwszy porządny obiad, który jem w tym tygodniu."

Cisza. Ale nie ta zła cisza z pustego mieszkania. Inna. Taka, w której każda z nas pomyślała to samo.

Następnego dnia zadzwoniła do mnie Irena. „Bożena, a gdybyśmy tak się umówiły? Ja gotuję w poniedziałek, ty we wtorek, Lodzia w środę, Stasia w czwartek. Każda robi obiad na cztery osoby i zanosi reszcie. A w piątki jemy razem."

Tak to się zaczęło. Garnki wędrują po klatkach jak w sztafecie. U mnie stoją trzy pojemniki - niebieski Ireny, zielony Lodzi, czerwony Stasi. Oddaję czyste, dostaję pełne. W poniedziałki wychodzę na klatkę i czekam, aż Irena zapuka. Otwieram drzwi, a tam garnek z zupą ogórkową i uśmiech. Proste? Proste. Ale zmienia wszystko.

Bo wiecie, co jest najgorsze w samotności? Nie to, że nikogo nie ma. To, że nie ma po co wstawać. Nie ma po co obierać ziemniaków. Nie ma po co nakrywać do stołu. A teraz? We wtorek wstaję rano i myślę: co dziś gotuję? Idę do Biedronki, wybieram marchewkę, macam pomidory, pytam pana przy mięsnym o karkówkę. Mam cel. Cztery talerze do napełnienia.

Piątkowe wspólne obiady - to jest osobna historia. Siadamy razem, jemy, gadamy. Irena opowiada, jak jej wnuczka w Krakowie tańczy w jakimś zespole ludowym. Lodzia narzeka na gołębie, co jej zasiedliły balkon. Stasia milczy, ale się uśmiecha. Czasem mówi coś o Bogdanie, o tym, jaki był kiedyś. Nikt jej nie przerywa.

Piłyśmy kiedyś herbatę po obiedzie i Lodzia nagle powiedziała: „Dziewczyny, a może na Boże Narodzenie zróbmy wspólną Wigilię? Taką naszą."

Stasia spuściła wzrok. „A co ludzie powiedzą? Że same baby przy stole, żadnej rodziny?"

Irena wzruszyła ramionami. „A niech gadają. Ja wolę jeść z wami niż sama z telewizorem."

Nie odpowiedziałam wtedy. Bo pomyślałam o Ani. O tym, jak co roku przy Wigilii powtarza: „Mamo, może w tym roku do nas? Będzie ciasno, ale się zmieścimy." A ja zawsze odmawiam, bo wiem, że u nich przy stole siedzą teściowie, kuzyni męża, jest gwarno i miło, ale ja się czuję jak gość. Uprzejmy, mile widziany gość - ale gość.

Tydzień temu Ania przyjechała z wnukami. Mateusz biegał po mieszkaniu, mała Zosia spała w wózku. Ania patrzyła, jak wyciągam garnek Stasi z lodówki, jak przekładam pomidorową do podgrzania.

- Mamo, co to za garnki wszędzie? - zapytała.

Opowiedziałam jej o łańcuchu. Słuchała z takim dziwnym wyrazem twarzy. Nie wiedziałam, czy to rozbawienie, czy irytacja.

- Mamo, po co wam to? Mogłabyś jeść u nas. Albo zamówić catering, teraz jest mnóstwo opcji dla seniorów.

Seniorów. To słowo ukuło mnie gdzieś pod żebrami.

- Aniu - powiedziałam spokojnie - ja nie potrzebuję cateringu. Ja potrzebuję stołu, przy którym ktoś się śmieje.

Zamilkła. Po chwili zaczęła mówić o czymś innym - o przedszkolu Mateusza, o remoncie łazienki. Ale widziałam, że myśli. Że próbuje zrozumieć i nie do końca potrafi.

A może nie chodzi o zrozumienie. Może chodzi o coś innego. Może Ania poczuła ukłucie - że to nie ona jest tym stołem, przy którym się śmieję. Że wybrałam trzy sąsiadki zamiast własnej córki. Że garnek Stasi stoi w mojej lodówce, a Ania nie wie nawet, co jadłam we wtorek.

Wczoraj wieczorem napisała mi SMS-a. Krótki, bez emotikonów, co do niej niepodobne: „Mamo, w piątek mogę wpaść. Sama, bez dzieci. Mogłybyśmy pogadać."

Przeczytałam to trzy razy. W piątek obiad u Lodzi - robi gołąbki. Mogłabym powiedzieć Ani, żeby przyszła w sobotę. Mogłabym odwołać się u Lodzi. Mogłabym zaprosić Anię do łańcucha - niech usłyszy, jak Irena opowiada kawały, jak Stasia milczy z uśmiechem, jak Lodzia nalewa kompot z wiśni, które sama nazbierała na działce.

Albo mogłabym wreszcie powiedzieć córce to, czego nigdy nie umiałam: że samotność to nie jest pytanie, które rozwiązuje się jednym telefonem w tygodniu. Że kocham ją nad życie, ale potrzebuję czegoś, czego ona dać mi nie może - nie dlatego, że nie chce, ale dlatego, że ma swoje życie. I to jest w porządku.

Nie odpowiedziałam jeszcze na tego SMS-a. Telefon leży na kuchennym stole obok niebieskiego pojemnika Ireny. Jutro poniedziałek - Irena gotuje. Pewnie zupę grzybową, bo ostatnio chwaliła się suszami ze Świętokrzyskiego.

Wiem, co zrobię z piątkiem. Jeszcze nie wiem, co napiszę Ani.