
Pokój po synu stał zamknięty od lat - „nie ruszaj, mamo, kiedyś przyjadę po rzeczy". Jesienią wynajęłam go studentce za osiemset złotych. Syn przyjechał pierwszy raz od trzech lat - następnego dnia po tym, jak się dowiedział.
Nie zapowiedział się. Nie zadzwonił. Usłyszałam tylko trzask domofonu i jego głos, twardy jak kamień: „Otwórz". Był czwartek, siódma wieczorem. Akurat kroiłam chleb na kolację - nóż zamarł mi w ręku. Przez trzy lata do mnie nie przyjechał, a teraz stał na klatce schodowej, zanim zdążyłam odłożyć deskę.
Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Marcina. Mojego Marcina, którego ostatni raz widziałam na żywo podczas pogrzebu ojca. Wyższy, niż go pamiętałam, albo to ja się skurczyłam przez te lata. Miał na sobie kurtkę, którą mu kupił Andrzej na czterdzieste urodziny - widocznie wciąż nosił rzeczy po ojcu, choć do mnie nie przyjeżdżał.
- Gdzie są moje rzeczy? - zapytał zamiast „cześć".
Stałam w przedpokoju naszego mieszkania na Pradze, trzecie piętro bloku z wielkiej płyty, i patrzyłam na syna, który wyglądał jak obcy przyszły po swoje.
- Wejdź - powiedziałam. - Herbatę ci zrobię.
- Nie chcę herbaty. Chcę wiedzieć, co zrobiłaś z moim pokojem.
Muszę cofnąć się o kilka lat, żebyście zrozumieli. Andrzej, mój mąż, zmarł pięć lat temu. Rak trzustki, szybko i bezlitośnie - od diagnozy do pogrzebu minęło jedenaście tygodni. Marcin przyjechał z Wrocławia na pogrzeb, został trzy dni, pomógł z formalnościami w ZUS-ie i pojechał. Obiecał, że będzie dzwonił co tydzień. Przez pierwszy miesiąc dzwonił. Potem co dwa tygodnie. Potem raz w miesiącu. Potem ja dzwoniłam, a on odbierał, kiedy mógł, i mówił: „Mamo, teraz nie mogę, oddzwonię". Rzadko oddzwaniał.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Trzydzieści przepracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej. Emerytura - dwa tysiące trzysta złotych. Po Andrzeju zostało mieszkanie, trochę oszczędności i ten pokój Marcina, zamknięty jak kapliczka. Syn zabrał z niego to, co chciał - laptop, dokumenty, kilka ubrań. Resztę kazał zostawić. „Nie ruszaj, mamo, kiedyś przyjadę po rzeczy".
Przez trzy lata ten pokój stał. Wchodziłam tam czasem, wycierałam kurz z biurka, raz na pół roku odkurzałam dywan. Na półce stały jego trofea z zawodów pływackich - trzy puchary, z których był taki dumny w liceum. Na ścianie plakat Radiohead, pożółkły na rogach. W szufladzie stare zeszyty, kable do urządzeń, które dawno nie istniały, i pudełko z kartkami urodzinowymi, które pisałam mu, odkąd skończył pięć lat. Co roku, bez wyjątku, nawet gdy był już dorosły i mieszkał we Wrocławiu.
Nie wiem, czy je czytał. Wiem, że ich nie zabrał.
Rachunki za mieszkanie rosły. Fundusz remontowy wzrósł o trzysta złotych rocznie. Gaz podrożał. Leki na ciśnienie kosztowały więcej niż rok wcześniej. Liczyłam każdą złotówkę, odkąd Andrzej odszedł, bo jego emerytura odeszła razem z nim. Koleżanka z parteru, Jadwiga, powiedziała mi w maju: „Grażyna, moja synowa wynajmuje pokój studentce za siedemset. Ta dziewczyna cicha, spokojna, w domu prawie jej nie ma. Pomyśl". Pomyślałam. Przez całe lato myślałam.
We wrześniu zadzwoniłam do Marcina. Nie odebrał. Napisałam SMS-a: „Synku, chciałabym porozmawiać o twoim pokoju. Zadzwoń, jak będziesz mógł". Odpowiedział po dwóch dniach: „Ok, pogadamy". Nie zadzwonił. Czekałam tydzień, drugi. Na początku października odezwałam się jeszcze raz. Cisza.
Wtedy podjęłam decyzję. Spakowałam jego rzeczy ostrożnie - puchary zawinęłam w ręczniki, plakat zdjęłam tak, żeby nie podrzeć, zeszyty i kartki urodzinowe ułożyłam w kartonie. Wszystko schowałam na antresoli w przedpokoju. Kupiłam nową pościel, wyprałam zasłony, wystawiłam ogłoszenie. Zgłosiła się Ania - studentka trzeciego roku farmacji z Lublina, cicha, grzeczna, w pierwszym tygodniu przyniosła mi sernik od mamy. Osiemset złotych miesięcznie, przelew do piątego.
Nie powiedziałam Marcinowi. Muszę być szczera - nie powiedziałam, bo bałam się jego reakcji. I bo gdzieś w środku czułam, że nie powinnam go prosić o zgodę na to, co robię z własnym mieszkaniem. Ale czułam też coś innego - ukłucie winy, że naruszam jakąś obietnicę, choć nie pamiętałam, żebym ją składała.
Dowiedział się od ciotki Teresy, siostry Andrzeja. Teresa zadzwoniła do mnie w niedzielę, żeby zapytać o przepis na bigos, a ja wspomniałam o studentce. W poniedziałek Teresa zadzwoniła do Marcina. We wtorek stał w moich drzwiach.
- Wynajęłaś mój pokój obcej osobie - powiedział, stojąc w przedpokoju. Nawet butów nie zdjął. - Nawet mi nie powiedziałaś.
- Próbowałam ci powiedzieć. Dwa razy dzwoniłam, pisałam SMS-a. Nie oddzwoniłeś.
Patrzył na mnie, jakbym powiedziała coś absurdalnego.
- To nie jest powód, żeby wyrzucać moje rzeczy.
- Niczego nie wyrzuciłam. Wszystko jest na antresoli, zapakowane, czeka na ciebie. Tak jak czekałam ja.
Tego ostatniego zdania nie planowałam. Wyrwało się samo i zawisło między nami jak dym z papierosa. Marcin zacisnął szczękę. Widziałam, że chce coś powiedzieć, ale się powstrzymuje. Minął mnie, wszedł do korytarza, stanął przed drzwiami swojego dawnego pokoju. Były zamknięte - Ania miała klucz i była na uczelni.
- To jest mój dom - powiedział cicho.
- Był - odpowiedziałam. - Wybrałeś inny trzy lata temu.
Usiadł w kuchni. Zrobiłam herbatę, mimo że jej nie chciał. Postawiłam przed nim kubek - ten z nadrukiem „Najlepszy Syn", który mu kupił Andrzej kiedyś na żart. Marcin popatrzył na kubek i na chwilę zobaczyłam coś miękkiego w jego twarzy. Ale tylko na chwilę.
- Potrzebuję tych pieniędzy, synku. Dwa tysiące trzysta emerytury. Rachunki, leki, jedzenie. Ty nie pomagasz mi finansowo, nie proszę o to i nie oczekuję, ale nie mów mi, że nie mogę wynająć pustego pokoju, w którym trzy lata zbierał się kurz.
- Mogłaś poczekać, aż przyjadę.
- Czekałam. Trzy lata.
Wstał. Poszedł do przedpokoju. Wspiął się na taboret, otworzył antresolę, wyciągnął karton. Przez dwadzieścia minut przeglądał swoje rzeczy, jedną po drugiej, w milczeniu. Widziałam z kuchni, jak trzyma w ręku pudełko z kartkami urodzinowymi. Otworzył je. Wyjął jedną, przeczytał. Włożył z powrotem.
Kiedy wychodził, zatrzymał się w drzwiach.
- Wezmę karton - powiedział.
- Dobrze.
- Ale puchary zostaw. Nie mam gdzie ich trzymać.
Skinęłam głową. Chciałam go objąć, ale coś mnie powstrzymało. Może duma. Może strach, że mnie odepchnie. Staliśmy metr od siebie - ja w kapciach, on w butach, których nie zdjął przez całą wizytę.
- Zadzwonię w weekend - powiedział.
Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami. Herbata w kuchni stygła w kubku z napisem „Najlepszy Syn".
Minął weekend. Nie zadzwonił. Ale ja już nie czekam przy telefonie tak jak kiedyś. Ania zapłaciła za kolejny miesiąc. Puchary stoją na mojej półce w salonie, między zdjęciem Andrzeja a wazonem po mamie. Czasem na nie patrzę i zastanawiam się, czy mój syn przyjechał po swoje rzeczy - czy po dowód, że jeszcze ma dokąd wrócić.