
Wykupiłam z lokaty tydzień w Kołobrzegu, pokój dwuosobowy. Jadę z Krysią z drugiego piętra - od dwóch zim nosi mi zakupy i o nic nie pyta. Córka spytała tylko, czemu „marnuję pieniądze na obcych". Obca nosiła. Swoja pytała.
Powiedziałam to na głos przy telefonie i sama się zdziwiłam, jak spokojnie zabrzmiało. Spokojnie, ale gorzko. Jak herbata, którą trzeci raz zaparzyłam na tej samej torebce - niby jeszcze jest, a smaku już nie ma.
Moja córka, Agnieszka, mieszka dwadzieścia minut autobusem ode mnie. Dwadzieścia minut, jedna trójka do pętli na Tarchominie, potem pięć minut pieszo. Wiem, bo tę trasę przerabiałam setki razy, kiedy Agnieszka potrzebowała kogoś do Zosi - przedszkole zamknięte, angina, wietrzna ospa, potem te pieskie wywiadówki, na które córka nie mogła chodzić, bo miała spotkania z klientami. Jeździłam. Przez osiem lat byłam na każde zawołanie. Nie liczyłam, bo kto liczy dla swojego dziecka.
A potem Zosia poszła do czwartej klasy, Agnieszka stwierdziła, że córka jest już samodzielna, i moje wizyty się rozrzedziły. Najpierw co tydzień, potem co dwa tygodnie, w końcu raz na miesiąc - bo „mamo, Zosia ma zajęcia", „mamo, remont łazienki, bałagan straszny", „mamo, Darek pracuje z domu, nie chcę mu przeszkadzać". Nie awanturowałam się. Pomyślałam: dorosła kobieta, ma prawo do swojego życia. Schowałam dumę do kieszeni jak chusteczkę i czekałam, aż zadzwoni.
Zadzwoniła w grudniu, dwa lata temu. Nie z zaproszeniem na Wigilię - tylko żeby zapytać, czy mogę pożyczyć cztery tysiące na opony zimowe dla Darka. Pożyczyłam. Do dziś nie oddała, a ja nie przypominam, bo nie chcę być tą matką. Tą, co to ciągle coś wypomina.
Krysię poznałam właściwie przez przypadek, choć mieszkałyśmy w jednym bloku od lat. Na drugim piętrze, ja na czwartym. Mijałyśmy się na klatce, „dzień dobry", „dobranoc", czasem uwaga o windzie, która znów nie działa. Nic więcej. Dopóki nie przyszła ta zima - ta paskudna, ze śniegiem po kolana i lodem na każdym chodniku.
Wracałam z Biedronki, dwie siatki, pod blokiem oblodzone schody. Noga mi pojechała, torba pękła, jabłka potoczyły się po chodniku. Usiadłam na tym lodzie i nie mogłam wstać - nie z bólu, tylko z bezsilności. Sześćdziesiąt trzy lata, sama jak palec, siedzę na oblodzonym chodniku i zbieram jabłka, i nikt nie widzi. I wtedy usłyszałam: „Niech pani siedzi, zaraz pomogę".
Krysia miała na sobie za dużą kurtkę po mężu - Staszek umarł trzy lata wcześniej na raka płuc - i gumowe kalosze. Podniosła mnie, pozbierała jabłka, wniosła siatki na czwarte piętro, bo winda oczywiście nie działała. Na klatce powiedziała: „Jak pani będzie potrzebowała zakupów, to niech pani zapuka. I tak chodzę codziennie".
I zaczęła chodzić. Pukała we wtorki i piątki, pytała, czy coś trzeba. Przynosiła mleko, chleb, masło, czasem sernik z cukierni na rogu, bo „był świeży, nie mogłam się powstrzymać". Nigdy nie zapytała, dlaczego córka nie pomaga. Nigdy nie powiedziała: „A Agnieszka to co?". Stawiałam jej herbatę, rozmawiałyśmy. O Staszku, o moim Zbyszku, który odszedł jeszcze wcześniej - zawał w warsztacie, pięćdziesiąt osiem lat, nawet się nie pożegnaliśmy. O dzieciach, o cenach, o serialach. O niczym i o wszystkim.
Pewnego dnia Krysia przyniosła mi gazetę z ogłoszeniami turystycznymi. „Niech pani zobaczy, Kołobrzeg, pokoje z widokiem na morze, maj, jeszcze przed sezonem, tanio". Powiedziałam, że nie mam z kim jechać. Krysia wzruszyła ramionami: „A ja?".
Myślałam o tym trzy dni. Pieniądze miałam - lokata po Zbyszku, nie ruszana od lat, bo na co. Na pogrzeb odłożone, reszta leżała. I pomyślałam: po co odkładać na pogrzeb, skoro jeszcze żyję? Poszłam do banku, zerwałam lokatę - pani w okienku patrzyła na mnie, jakbym popełniała przestępstwo - i wykupiłam tydzień. Pokój dwuosobowy, z balkonem, widok na wydmy.
Agnieszce powiedziałam przy telefonie, między jednym a drugim jej westchnieniem. Cisza. Potem: „Mamo, ale ty chyba żartujesz. Jedziesz z sąsiadką? Ty ją w ogóle znasz? Mogłaś te pieniądze przeznaczyć na coś sensownego. Czemu marnujesz pieniądze na obcych?".
Na obcych.
Stałam w kuchni, telefon przy uchu, i patrzyłam na lodówkę. Na lodówce magnesem trzymałam rysunek Zosi sprzed pięciu lat - słoneczko i napis „kocham babcię". Zastanawiałam się, kiedy ostatnio Zosia do mnie zadzwoniła. Nie mogłam sobie przypomnieć.
- Agnieszka - powiedziałam spokojnie - Krysia od dwóch lat robi mi zakupy. Dwa razy w tygodniu. Wchodzi na czwarte piętro, bo winda nie działa. Nie pyta o nic. Nie prosi o nic. Nie pożycza pieniędzy.
Cisza.
- Mamo, to nie fair - odezwała się w końcu córka. - Ja pracuję, mam Zosię, mam dom na głowie, nie mogę wszystkiego...
- Wiem - przerwałam jej. - Ja też nie mogłam. Ale mogłam. I mogłam. I zawsze byłam.
Agnieszka się rozłączyła. Nie oddzwoniła tego dnia ani następnego. Trzeciego dnia przysłała SMS-a: „Jak chcesz to jedź, to Twoje pieniądze". Nawet w tym „Twoje" poczułam pretensję, jakby te pieniądze powinny należeć do kogoś innego.
Pakowałam się w sobotę rano. Krysia przyszła z torbą podróżną po Staszku - granatowa, z jednym zepsutym kółkiem. Śmiałyśmy się, że będziemy wyglądały jak dwie emeryturki na wycieczce z PTTK. „A co w tym złego?" - powiedziała Krysia i miała rację. Nic w tym złego.
W pociągu do Kołobrzegu piłyśmy kawę z termosu i jadłyśmy kanapki z żółtym serem, które zrobiłam rano. Krysia opowiadała o Staszku, jak jeździli tu w latach osiemdziesiątych, ze Staszkiem i dwoma synami, w sierpniu, kiedy plaże były pełne. Mówiła o nim z czułością, ale bez rozpaczy - tak, jak mówi się o kimś, kogo się kochało i kogo już nie ma, i z czym się już jakoś żyje. Słuchałam i myślałam o Zbyszku. O tym, że nigdy nie zabrał mnie nad morze, bo zawsze było coś pilniejszego - warsztat, raty, Agnieszka.
Kiedy wysiadłyśmy na stacji, powiał wiatr od morza. Słony, mokry, obcy i znajomy jednocześnie. Krysia odetchnęła głęboko i powiedziała: „Boże, jak dobrze".
Pierwszego wieczoru siedziałyśmy na balkonie i patrzyłyśmy na morze. Krysia milczała. Ja milczałam. I to milczenie było pełniejsze niż wszystkie rozmowy z Agnieszką przez ostatnie dwa lata.
Drugiego dnia zadzwoniła Zosia. Sama, nie przez matkę. „Babciu, to prawda, że jesteś nad morzem? Przywieziesz mi muszelkę?".
Powiedziałam, że przywiozę. Chciałam zapytać, czemu tak rzadko dzwoni, ale nie zapytałam. Ma trzynaście lat. Może jeszcze przyjdzie taki czas, że sama zrozumie.
A może nie przyjdzie.
Wieczorem napisałam do Agnieszki krótką wiadomość: „Pokój ładny. Morze piękne. Krysia pozdrawia". Nie odpisała. Patrzyłam na ekran telefonu jeszcze chwilę, potem odłożyłam go na szafkę nocną i wyszłam na balkon. Krysia stała tam z kubkiem herbaty i pokazywała na latarnię morską w oddali.
- Świeci - powiedziała.
- Świeci - powtórzyłam.
I pomyślałam, że może nie trzeba czekać, aż ktoś swój zacznie świecić. Że czasem światło przychodzi z drugiego piętra, w gumowych kaloszach i z siatką jabłek.
Ale gdzieś w środku, pod żebrami, wciąż bolało. Bo to była moja córka. I ja wciąż chciałam, żeby to ona zapukała.