
Wnuczek posiedział u mnie godzinę - grzeczny, z telefonem. Przy pożegnaniu stanął w drzwiach i nie wychodził. Czekał. „Mama mówiła, że babcia zawsze coś daje na drogę".
Stał w tych drzwiach - dwanaście lat, jasne włosy po ojcu, plecak przekrzywiony na jedno ramię - i patrzył na mnie wyczekująco. Jakby recytował wyuczoną kwestię. Wyciągnęłam z kieszeni fartucha pięćdziesiąt złotych, bo miałam akurat drobne po zakupach. Schował banknot, powiedział „dzięki, babciu" i zbiegł po schodach, nie oglądając się.
Zamknęłam drzwi i oparłam się o nie plecami. Serce mi waliło, chociaż przecież nic się nie stało. Babcia dała wnukowi pieniądze na drogę. Co w tym dziwnego? A jednak coś mnie ukłuło. „Mama mówiła". Nie - „babciu, chciałbym", nie - „babciu, czy mogę". Mama mówiła.
Moja synowa Patrycja.
Usiadłam w kuchni, przy stole nakrytym ceratą w słoneczniki, którą kupiłam jeszcze z Tadeuszem na targu w Woli Duchackiej. Herbata stygła w kubku z napisem „Najlepsza Babcia". Kubek dostałam od Kuby - od tego samego Kuby - cztery lata temu, na Dzień Babci. Wtedy jeszcze przychodził z tatą. Tadeusz żył, Grzegorz się nie wyprowadził, a Patrycja uśmiechała się do mnie przy niedzielnym obiedzie i nakładała sobie dokładkę bigosu.
Wszystko się posypało, kiedy Tadeusz umarł. Nie nagle, nie dramatycznie - odszedł po dwóch latach chorowania, cicho, we śnie, w naszej sypialni na trzecim piętrze bloku przy ulicy Łąkowej w Krakowie. Miałam wtedy sześćdziesiąt lat. Byłam już na emeryturze - po trzydziestu pięciu latach pracy w bibliotece szkolnej na Prądniku. Myślałam, że najgorsze za mną.
Grzegorz, mój jedyny syn, miał wtedy trzydzieści pięć lat. Pracował jako elektryk, dobrze zarabiał. Patrycja zajmowała się domem i Kubą, który chodził do drugiej klasy. Wyglądali jak normalna, spokojna rodzina. Ale po pogrzebie Tadeusza zaczęło się coś, czego do dziś nie potrafię do końca nazwać.
Najpierw spadek. Mieszkanie było moje i Tadeusza, ale Tadeusz miał jeszcze działkę ROD przy Wiśle. Niewielka, z altanką, kilka grządek, agrestu trochę. Grzegorz chciał ją sprzedać od razu. Ja się nie zgodziłam. Tadeusz kochał tę działkę - chodził tam nawet kiedy już ledwo stał na nogach, podlewał pomidory, siadał na ławce i patrzył na wodę. Nie umiałam tego oddać.
Grzegorz się nie kłócił. Powiedział „jak chcesz, mamo" i więcej o działce nie wspominał. Ale Patrycja - Patrycja zaczęła wspominać. Nie wprost. Przy niedzielnym obiedzie, mimochodem: „Ciężko teraz, kredyt rośnie, a tu by się kilkadziesiąt tysięcy przydało". Albo: „Sąsiadka sprzedała działkę i córce na wkład własny dała, ale to inna rodzina, inne podejście".
Udawałam, że nie słyszę. Może to był błąd.
Po pół roku niedzielne obiady się przerzedzały. Raz na dwa tygodnie, potem raz w miesiącu. Grzegorz dzwonił, ale krótko, w drodze z pracy, między jednym zleceniem a drugim. „Wszystko okej, mamo? No to dobrze. Muszę lecieć". Kuba przestał przychodzić zupełnie - bo treningi, bo korepetycje, bo kolega ma urodziny.
Nie byłam głupia. Widziałam, co się dzieje. Ale co miałam zrobić? Zadzwonić i powiedzieć: „Synku, twoja żona mną manipuluje"? Grzegorz by się zdenerwował, Patrycja by się obraziła, a ja bym została tą złośliwą teściową z bloku, co to rodzinę rozbija.
Więc milczałam. Rok, drugi, trzeci.
Działkę w końcu sprzedałam - nie z powodu Patrycji. Sama nie dawałam rady jej utrzymać. Kolana, plecy, siły coraz mniej. Sprzedałam za czterdzieści tysięcy. Dwadzieścia odłożyłam na książeczkę dla Kuby, na osiemnastkę. Dwadzieścia zostawiłam sobie - na leki, na dentystę, na te wszystkie rzeczy, za które emerytura bibliotekarki nie wystarcza.
Grzegorzowi powiedziałam o książeczce. Ucieszył się. „Mamo, nie musiałaś". Ale Patrycja najwyraźniej przeliczyła: czterdzieści minus dwadzieścia to dwadzieścia, a dwadzieścia nie trafiło do nich. Nie powiedziała tego głośno - Patrycja nigdy nie mówi głośno. Patrycja mówi przez Kubę.
Bo to właśnie wtedy zaczęły się te wizyty. Kuba przychodził sam, autobusem - trzy przystanki od ich mieszkania na Ruczaju. Raz na miesiąc, może rzadziej. Siadał, pił kakao, grzebał w telefonie. Byłam szczęśliwa - wnuczek przychodzi do babci! Dopiero po trzeciej czy czwartej wizycie zauważyłam schemat. Kuba przychodził zawsze, kiedy coś potrzebował. Buty na WF. Wycieczka szkolna. Składka na prezent dla kolegi.
I zawsze to samo zdanie: „Mama mówiła, że babcia pomoże".
Dawałam. Oczywiście, że dawałam. Bo co miałam zrobić - odmówić dwunastolatkowi? Patrzeć, jak stoi w przedpokoju zmieszany, bo matka go wysłała po pieniądze, a babcia mówi nie?
Ale ten ostatni raz - ten raz, kiedy stanął w drzwiach i powiedział wprost „mama mówiła, że babcia zawsze coś daje na drogę" - coś we mnie pękło. Bo on nawet nie przyszedł z konkretną potrzebą. Przyszedł, posiedział godzinę w milczeniu nad telefonem i na odchodne zażądał daniny. Nie swoimi słowami. Słowami Patrycji.
Wieczorem zadzwoniłam do Grzegorza. Nie żeby się żalić - żeby zapytać. „Synku, Kuba był dzisiaj u mnie. Wszystko u was w porządku? Nie potrzebujecie czegoś?"
Grzegorz się zająknął. „A co Kuba mówił?"
„Nic nie mówił. Siedział z telefonem".
Cisza. Długa, niewygodna. Słyszałam, jak Grzegorz oddycha. W tle telewizor, jakaś reklama.
„Mamo, wiesz jak jest. Patrycja straciła pracę dwa miesiące temu. Nie chciałem ci mówić, żebyś się nie martwiła. Ciasno nam trochę".
Ciasno. To słowo zostało mi na długo. Ciasno im, więc Patrycja wysyła dwunastolatka do babci po pieniądze. Nie dzwoni sama. Nie prosi. Nie mówi: „Mamo" - bo mnie tak nigdy nie nazwała, zawsze „proszę pani", potem „Bożeno", nigdy „mamo" - „Bożeno, jest nam ciężko, czy mogłabyś pomóc?". Nie. Wysyła dziecko. Bo dziecku babcia nie odmówi.
Nie spałam tamtej nocy. Leżałam w ciemnej sypialni i myślałam o Tadeuszu. On by wiedział, co zrobić. On zawsze wiedział. Postawiłby Grzegorzowi piwo, usiedliby na działce i pogadali jak mężczyźni - spokojnie, bez pretensji. Ale Tadeusza nie ma. Jest tylko blok, cerata w słoneczniki i kubek „Najlepsza Babcia", z którego piję herbatę sama.
Rano wstałam i zrobiłam coś, czego nigdy wcześniej nie zrobiłam. Wyciągnęłam z szuflady książeczkę - tę odłożoną dla Kuby, na osiemnastkę. Dwadzieścia tysięcy. Położyłam ją na stole i patrzyłam na nią długo, jak na zdanie z egzaminu, którego nie umiem rozwiązać.
Mogę dać te pieniądze Grzegorzowi. Pomóc. Ulżyć. To mój syn, to mój wnuk, to moja rodzina. Ale jeśli dam - co zostanie? Pusty gest i pewność, że za miesiąc Kuba znów stanie w drzwiach z wyuczoną kwestią na ustach?
A jeśli nie dam - czy Patrycja w końcu zadzwoni sama? Czy Grzegorz powie „mamo, porozmawiajmy"? Czy może po prostu Kuba przestanie przychodzić, bo babcia okaże się bezużyteczna?
Schowałam książeczkę z powrotem do szuflady. Ale nie zamknęłam jej na klucz.
Od tamtego dnia minął tydzień. Kuba nie przyszedł. Grzegorz nie zadzwonił. Patrycja milczy, jak zawsze. A ja siedzę w kuchni, piję herbatę z tego głupiego kubka i czekam. Sama nie wiem, na co właściwie.