
Córka dodała mnie do aplikacji „rodzinne wydatki", żeby „wszystko było przejrzyście". Wczoraj pierwszy raz zajrzałam: przy moim imieniu jedna pozycja - „paliwo na dojazdy do babci", babcia winna dwieście czterdzieści złotych. Rubryki „babcia pilnuje dzieci" w aplikacji nie ma.
Dwieście czterdzieści złotych. Siedziałam z telefonem nad wystygłą herbatą i czytałam to trzy razy, jakby litery miały się ułożyć inaczej. Nie ułożyły się. Moje imię - Bożena - widniało w kolumnie „zobowiązania", obok rubryki z rachunkami za prąd i ratą za zmywarkę. Między zmywarką a babcią nie było żadnej różnicy. Jedno i drugie - koszt.
Zadzwoniłam do Krysi z parteru. Krysia ma siedemdziesiąt lat, trójkę wnuków i zdrowy rozsądek wyceniony na kilkadziesiąt lat doświadczenia.
- Bożena, a czego ty się spodziewałaś? - spytała po chwili ciszy. - Teraz tak mają. Wszystko w apkach, wszystko policzalne. Miłość też by wpisali, gdyby się dało.
- Ale ja tam jeżdżę do nich, Krysia. Czterdzieści kilometrów w jedną stronę, trzy razy w tygodniu. Odbieram Zosię ze szkoły, gotuję im obiad, siedzę z Bartkiem, aż zasną. Wracam o dziewiątej wieczorem.
- No to masz za to dwieście czterdzieści do oddania - powiedziała Krysia i parsknęła gorzkim śmiechem.
Nie byłam w stanie się zaśmiać. Leżałam potem w ciemności i myślałam o Magdzie. O mojej córce, która kiedyś rysowała mi laurki na Dzień Matki z serduszkami tak wielkimi, że nie mieściły się na kartce. Która w liceum pisała wypracowania o tym, że mama jest najważniejszą osobą na świecie. Która teraz wpisuje mnie w aplikację między zmywarkę a rachunek za gaz.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Od trzech jestem na emeryturze - po trzydziestu latach w księgowości zakładów mięsnych pod Poznaniem. Emerytury nie powiem, żeby wielka - dwa tysiące osiemset, po podwyżkach. Nie narzekam, bo dom mam swój, jeszcze po rodzicach, ogródek, rachunki jakie-takie. Daję radę. Mąż, Andrzej, odszedł osiem lat temu. Nie umarł - odszedł do magazynierki z Żabki. Mieszka teraz pod Wrocławiem, odzywa się na imieniny i Wigilię. Ale to inna historia i dawno pogodzona.
Magda jest moim jedynym dzieckiem. Trzydzieści cztery lata, pracuje w firmie szkoleniowej w Poznaniu, mąż Tomek - informatyk. Mają dwójkę dzieci: Zosię, lat osiem, i Bartka, cztery lata. Mieszkają na nowym osiedlu za miastem, w segmencie na kredyt. Oboje pracują po dziesięć godzin dziennie, więc trzy razy w tygodniu - poniedziałek, środa, piątek - wsiadam w swojego starego Yarisa i jadę do nich. Odbieram Zosię ze szkoły, Bartka z przedszkola, karmię, kąpię, układam do snu. Czasem zostaję dłużej, jeśli Magda ma szkolenie wieczorne.
Przez dwa lata ani razu nie pomyślałam o tym w kategoriach „pracy". To moje wnuki. Zosia pokazuje mi swoje rysunki i opowiada o koleżankach z klasy. Bartek wtula się i mówi „babciu, jeszcze jedną bajkę". Ja za to żyję. Na emeryturze, sama w pustym domu, mogłabym zwariować bez nich.
Ale dwieście czterdzieści złotych. Ta kwota świeciła na ekranie telefonu jak wyrok.
Postanowiłam nie dzwonić od razu. Chciałam być spokojna, rozsądna. Taka, jak byłam przez trzydzieści lat w księgowości - cyfry to cyfry, emocje na bok. Więc poczekałam dwa dni. W piątek pojechałam do nich jak zwykle. Odebrałam dzieci, ugotowałam zupę pomidorową i kluski, pograłam z Bartkiem w klocki, sprawdziłam Zosi zadanie z matematyki.
Kiedy Magda wróciła o ósmej, dzieci już spały. Siedziałyśmy w kuchni. Pachniało jeszcze pomidorami i czosnkiem. Magda jadła zupę prosto z garnka, stojąc - bo jak to ona, nie ma czasu usiąść.
- Magda, widziałam tę aplikację - powiedziałam.
- Jaką? - zerknęła na mnie znad łyżki.
- Rodzinne wydatki. Dodałaś mnie. Paliwo na dojazdy do babci - dwieście czterdzieści złotych.
Magda odłożyła łyżkę. Widziałam, że się nie spodziewała. Przetarła dłonią czoło, tak jak robiła od dziecka, kiedy coś ją przytłaczało.
- Mamo, to nie tak, jak myślisz.
- A jak jest, Magdziu?
- To Tomek wpisuje wszystkie wydatki. Dosłownie wszystkie. Robimy budżet domowy, bo mamy kredyt i ledwo wyrabiamy. To nie chodzi o ciebie, to chodzi o kontrolę wydatków.
- Ale to ja jestem wpisana jako dłużnik. Babcia - winna dwieście czterdzieści złotych. Tak tam stoi.
Magda milczała. Patrzyła na garnek z zupą, którą jej ugotowałam. Na czysty blat, który wytarłam. Na buty dzieci ustawione w przedpokoju - bo Bartek nigdy ich nie zdejmuje sam, ale babcia potrafi go przekonać.
- Mamo, to jest po prostu paliwo. Ty jeździsz, palisz benzynę. Pomyśleliśmy, że powinniśmy ci za to zwracać. To miał być gest, a nie... pretensja.
Chciałam powiedzieć: to dlaczego wpisaliście to jako mój dług, a nie wasz? Dlaczego kolumna nazywa się „babcia winna", a nie „zwrot kosztów dla mamy"? Dlaczego w tej aplikacji nie ma rubryki „babcia pilnuje dzieci - zero złotych, bo to bezcenne"? Albo chociaż „babcia gotuje obiad, babcia sprawdza lekcje, babcia kąpie wnuki, babcia zostaje do dziewiątej, żeby rodzice mogli pracować"?
Ale nie powiedziałam tego. Bo zobaczyłam twarz Magdy - zmęczoną, z cieniami pod oczami, z tą zmarszczką między brwiami, której nie miała jeszcze rok temu. I pomyślałam, że może ona naprawdę nie rozumie, co zrobiła. Że dla niej to jest logika - wszystko przeliczone, przejrzyste, sprawiedliwe. Że jej pokolenie tak ma. Excel na uczucia, aplikacja na rodzinę.
- Dobrze, Magda - powiedziałam. - Rozumiem.
- Naprawdę nie chciałam cię urazić, mamo.
- Wiem, córeczko.
Wróciłam do domu. Jaris palił jak smok na autostradzie, zegar pokazywał prawie dziesiątą. Weszłam do pustej kuchni, postawiłam wodę na herbatę i usiadłam przy stole. Dom był cichy. Za oknem szczekał sąsiedzki pies. Na lodówce wisiał rysunek Zosi - ja i ona, trzymamy się za ręce, a nad nami słońce z promieniami jak palce.
Otworzyłam telefon. Aplikacja. Przy moim imieniu ciągle ta jedna pozycja.
Palec mi drżał, kiedy naciskałam „dodaj wydatek". W polu „opis" wpisałam: „Babcia pilnuje dzieci - poniedziałek, środa, piątek. 6 godzin x 30 zł/h = 540 zł tygodniowo". Wyszło dwa tysiące sto sześćdziesiąt miesięcznie. Popatrzyłam na tę kwotę. Była absurdalna i jednocześnie zaniżona. Bo ile kosztuje to, że Bartek nie boi się ciemności, odkąd babcia wymyśliła zaklęcie na potwory? Ile kosztuje to, że Zosia umie już robić pierogi i jest z tego taka dumna?
Patrzyłam na ekran długo. Herbata znów wystygła.
A potem skasowałam wpis. I zamknęłam aplikację.
Ale nie wiem, czy w poniedziałek pojadę.