Autem po mężu jeździ zięć - „szkoda, żeby stało". W środę prosiłam, żeby podrzucił mnie na USG na ósmą: „nie dam rady, mamo, doba za krótka". W piątek auto Stefana stało pod siłownią. Poznałam po zawieszce z różańcem.

Różaniec ten kupiliśmy ze Stefanem w Częstochowie, na pielgrzymce, dwadzieścia lat temu. Drewniane paciorki, krzyżyk z oliwnego drewna. Stefan powiesił go na lusterku tego samego dnia i powiedział: „Niech nas pilnuje w drodze". Po jego śmierci różaniec został w aucie. Auto zostało w garażu. A potem przyszedł Darek.

Darek to mąż mojej Ani. Poznali się na studiach, wzięli ślub osiem lat temu, mają dwójkę dzieci - Olka i Zosię. Na weselu Stefan tańczył z Anią do białego rana, a potem powiedział mi w sypialni: „Dobry chłopak. Oby jej nie skrzywdził". Cztery lata później Stefana zabrał udar. Miał sześćdziesiąt jeden lat, ja pięćdziesiąt osiem. Ot, sobotni poranek, kawa na stole, jeszcze ciepła. Stefan na podłodze w kuchni. Karetka. Szpital. Cisza.

Po pogrzebie Darek sam przyszedł do mnie z kluczykami. Usiadł przy kuchennym stole, tym samym, przy którym Stefan pił ostatnią kawę, i powiedział: - Mamo, auto stoi i rdzewieje. Pozwoli mama, że będę jeździł? Przynajmniej silnik nie padnie. Ja i tak dowożę dzieci do szkoły, to przy okazji mogę mamę gdzieś zabrać.

Zgodziłam się od razu. Nie miałam prawa jazdy, nigdy nie potrzebowałam. Stefan wszędzie mnie woził - do lekarza, na zakupy, na cmentarz do rodziców. Pomyślałam, że Darek przejmie tę rolę. Że to naturalne. Że rodzina.

Pierwsze miesiące były dobre. Darek przyjeżdżał w soboty, zabierał mnie do Biedronki, pomagał wnieść siatki na trzecie piętro. Czasem zostawał na obiad, jadł moje gołąbki i mówił: „Mamo, nikt tak nie gotuje". Olek z Zosią biegali po moim mieszkaniu na Gocławiu, a ja czułam, że dom znów żyje. Że cisza po Stefanie się cofa.

Potem zaczęło się powoli. Tak powoli, że sama nie zauważyłam, kiedy soboty zamieniły się w co drugą sobotę. Potem w raz na miesiąc. Potem w „mamo, jak będę w okolicy, to wpadnę".

Nie chciałam narzekać. Ania dzwoniła co tydzień, ale mieszkali na Białołęce, a ja na Gocławiu - autobusem to godzina w jedną stronę. Ania pracowała na pełen etat jako farmaceutka, Darek prowadził mały zakład elektroinstalacyjny. Rozumiałam, że są zajęci. Rozumiałam, bo tak mnie nauczono - rozumieć, nie wymagać. Matka ma rozumieć.

W lutym dostałam skierowanie na USG jamy brzusznej. Doktor Jabłońska, moja internistka od lat, powiedziała wprost: - Pani Tereso, nie chcę straszyć, ale wyniki krwi mi się nie podobają. Musimy sprawdzić. Badanie wyznaczono na środę, na ósmą rano, w przychodni na Saskiej Kępie.

Zadzwoniłam do Darka we wtorek wieczorem. Głos miałam spokojny, bo nie chciałam dramatyzować. - Dareczku, przepraszam, że zawracam głowę. Mam badanie jutro na ósmą, na Saskiej. Mógłbyś mnie podrzucić? To piętnaście minut autem.

Cisza. Potem westchnienie. - Mamo, no nie dam rady. Doba za krótka. Muszę Olka na siódmą trzydzieści do szkoły, potem jadę na budowę na Wilanów, klient czeka od tygodnia. Może taksówka?

- Taksówka - powtórzyłam. - Dobrze, Darku. Przepraszam, że pytałam.

- Mamo, no nie przepraszaj. Po prostu nie dam rady. Pa, buziaki.

Rozłączył się. Ja stałam w przedpokoju z telefonem w ręku i patrzyłam na zdjęcie Stefana na komodzie. Stefan w garniturze, z komunii Ani. Uśmiechnięty. Gdyby żył, nie musiałabym nikogo prosić.

Na USG pojechałam autobusem. Wstałam o piątej, bo linia 138 rano jeździ co dwadzieścia minut, a do przychodni musiałam jeszcze przejść kawałek na piechotę. Marcowe powietrze było ostre, mokre. Czekałam na przystanku z mężczyzną w pomarańczowej kamizelce - chyba budowlaniec jadący na pierwszą zmianę. Nie odezwał się. Ja też nie.

Badanie trwało dwadzieścia minut. Pani doktor robiła USG i milczała. To milczenie było gorsze niż cokolwiek, co mogłaby powiedzieć. Na koniec zapisała coś na kartce i powiedziała: - Proszę umówić się do gastrologa. Szybko.

Wróciłam do domu przed jedenastą. Zrobiłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam w fotelu Stefana i płakałam. Nie z powodu wyników. Z powodu tego, że nie miałam komu o nich powiedzieć. Znaczy - mogłam zadzwonić do Ani, ale co jej powiem? Że się boję? Ania by się zamartwiała, a potem powiedziałaby Darkowi, a Darek by westchnął i znów nie dał rady.

W piątek poszłam do sklepu na rogu. Wracając, skróciłam przez parking przy nowej siłowni na Saskiej Kępie - tej z dużym neonem „FitZone". I wtedy zobaczyłam. Srebrna Octavia. Nasze tablice. I różaniec ze Stefanem na lusterku, kołyszący się lekko, jakby ktoś dopiero co zatrzasnął drzwi.

Godzina jedenasta w piątkowy poranek. Doba za krótka.

Stałam na tym parkingu z reklamówką pełną marchewki i chleba i patrzyłam na auto mojego męża. Auto, które oddałam z dobroci serca. Auto, którym zięć nie mógł mnie zawieźć na badanie, bo „klient czeka". Czekał najwyraźniej na bieżni.

Nie zadzwoniłam do Darka. Nie zadzwoniłam do Ani. Poszłam do domu, schowałam zakupy, a potem usiadłam przy stole i napisałam na kartce - zwykłej, w kratkę, z bloku Olka, który zostawił u mnie w listopadzie - wszystko, co chciałam powiedzieć. Że auto jest moje. Że oddałam je, bo myślałam, że to działa w obie strony. Że nie potrzebuję szofera - potrzebuję kogoś, komu mogę zadzwonić, kiedy się boję. I że się boję.

Potem złożyłam kartkę na pół, schowałam do szuflady i nie wysłałam.

W sobotę zadzwoniła Ania. Gadała o Zosi, o anginie, o tym, że w przedszkolu podnieśli czesne. Na koniec zapytała: - Mamo, a co tam u ciebie? Wszystko dobrze?

Otworzyłam usta. Zamknęłam. Otworzyłam jeszcze raz.

- Wszystko dobrze, córeczko. Ugotowałam rosół, może wpadniecie w niedzielę?

- Zobaczymy, mamo. Darek mówi, że może by na działkę pojechać, bo sezon się zaczyna.

- Na działkę - powtórzyłam. - Jasne. Jedźcie na działkę.

Rozłączyłam się i wyjęłam kartkę z szuflady. Przeczytałam jeszcze raz. Potem wzięłam telefon i wybrałam numer nie do Ani, nie do Darka - do kancelarii notarialnej. Zapytałam, jakie dokumenty potrzebuję, żeby formalnie żądać zwrotu samochodu.

Pani notariusz tłumaczyła mi coś o umowie użyczenia, o własności, o dowodzie rejestracyjnym. Słuchałam, notowałam, ale myślałam o czymś innym. O tym, czy jak odbiorę Darkowi auto, to stracę sobotnie obiady. Te rzadkie, ale jednak. O tym, czy Ania mi to wybaczy. O tym, czy w ogóle jest co wybaczać - czy odbiór własnej rzeczy wymaga przebaczenia.

Kartka leży na stole. Numer do notariusza zapisany na marginesie. Rosół stygnie na kuchence. A różaniec Stefana wisi sobie na lusterku cudzego życia i kołysze się w takt, który dawno przestał być nasz.