
Z dziewczynami z bloku mamy telefoniczny łańcuszek: co rano przed ósmą każda dzwoni do następnej - dwa sygnały znaczą „żyję, wszystko gra". W środę Lodzia nie zadzwoniła. W siedem minut byłyśmy pod jej drzwiami z zapasowym kluczem. Zaspała - śmiałyśmy się do południa. Dzieci dzwonią w niedziele. My - codziennie.
Ten łańcuszek wymyśliła Hanka trzy lata temu, po tym jak Zdzisław z czwartego piętra leżał martwy w mieszkaniu pięć dni, zanim listonosz wyczuł zapach. Pięć dni. Nikt nie zapukał, nikt nie zadzwonił. Syn mieszkał w Gdańsku, córka w Irlandii. Sąsiedzi myśleli, że pojechał na działkę. Tamtego wieczoru siedziałyśmy u Hanki na herbacie i żadna nie mogła przestać o tym gadać.
- Dziewczyny - powiedziała wtedy Hanka, stawiając filiżankę tak mocno, że herbata chlusnęła na obrus. - Nas tu jest cztery. Cztery baby same w bloku. No i co, też tak skończymy?
Nie skończymy. Od tamtej pory dzwonimy. Ja jestem Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu mieszkam na tym samym osiedlu na Gocławiu. Kiedyś z mężem Andrzejem i dwoma synami, teraz sama - Andrzej odszedł sześć lat temu, nie do innej kobiety, tylko po prostu odszedł. Rak trzustki. Synowie? Bartek w Poznaniu, Maciek w Warszawie, ale na Bielanach - równie dobrze mógłby być na Marsie, bo odzywa się raz na tydzień, zwykle w niedzielę, zwykle „mamo, nie mogę długo, bo Zuzia ma baletki".
Nasz łańcuszek jest prosty. O siódmej trzydzieści dzwoni Hanka do mnie. Dwa sygnały, odkładam. Ja dzwonię do Lodzi. Lodzia do Tereski. Tereska do Hanki - koło się zamyka. Jeśli ktoś nie odbiera, dzwonimy ponownie. Jeśli dalej cisza - idziemy. Każda ma zapasowe klucze do każdej.
Moje dzieci się z tego śmieją. Bartek powiedział kiedyś: „Mamo, to jak w wojsku, tylko zamiast apelu porannego macie babciny łańcuszek". Śmiałam się razem z nim. Ale kiedy się rozłączył, siedziałam przy kuchennym stole i myślałam: a ty, synku, ilu sygnałów byś potrzebował, żeby sprawdzić, czy żyję? Bo ja wiem. Dwóch. A ty?
To Maciek mnie martwił najbardziej. W grudniu minął rok, odkąd nie był u mnie w mieszkaniu. Rok. Mieszka dwadzieścia minut autobusem, ale zawsze coś - Zuzia chora, Magda zmęczona, w pracy deadline. Dzwoni w niedzielę koło południa, pyta, jak się czuję, mówi „to dobrze, mamo", i po czterech minutach jest „buziaki, lecę". Kiedyś liczyłam. Trzy minuty czterdzieści sekund - najkrótszy telefon. Osiem minut - rekord.
Nie mówię im o łańcuszku z bólem czy pretensjami. One - dziewczyny z bloku - nie są zamiennikami moich dzieci. To coś innego. Z Hanką piję kawę rano, z Lodzią chodzę na targ na Grochowską, z Tereską oglądam seriale. Znamy się lepiej niż własne córki i synowie nas znają. Hanka wie, że mam problemy z ciśnieniem i że w szufladzie nocnej trzymam nitroglicerynę na wszelki wypadek. Moje dzieci nie wiedzą. Nie pytały.
W styczniu wydarzyło się coś, co zmieniło moje patrzenie na ten cały układ. Tereska - najstarsza z nas, siedemdziesiąt jeden lat, emerytowana nauczycielka z trzydziestoletnim stażem - nie odebrała telefonu od Lodzi. Lodzia zadzwoniła drugi raz. Cisza. Trzeci raz - nic. Lodzia do mnie, ja do Hanki, i w osiem minut stałyśmy przed drzwiami Tereski na trzecim piętrze.
Klucz nie chciał wejść. Zacięty zamek, a może ręce nam się trzęsły. Hanka wreszcie otworzyła. Tereska leżała na podłodze w łazience - przytomna, ale nie mogła wstać. Złamana szyjka kości udowej. Upadła w nocy, kiedy szła do toalety, i leżała od czwartej rano. Cztery godziny.
Wezwałyśmy pogotowie. Siedziałam przy niej, trzymałam ją za rękę i podawałam wodę po łyku z kubka z napisem „Najlepsza babcia". Tereska nie płakała. Patrzyła na mnie i powiedziała cicho:
- Bożenka, zadzwoń do Kasi. Numer jest w telefonie.
Kasia to córka Tereski. Mieszka we Wrocławiu, ma własny salon fryzjerski, dwójkę dzieci. Zadzwoniłam. Kasia odebrała po piątym sygnale, głosem jakby ją budziłam, chociaż była ósma rano w dzień roboczy.
- Halo? A kto mówi? - zapytała podejrzliwie.
Powiedziałam, co się stało. Cisza w słuchawce. A potem Kasia powiedziała coś, co mnie zatrzymało w pół oddechu:
- A pani to właściwie kto? Czemu pani ma klucze do mieszkania mojej matki?
Nie pytała, jak mama się czuje. Nie pytała, do którego szpitala ją zabierają. Pytała, czemu obca kobieta ma klucze do mieszkania jej matki.
Wyjaśniłam. O łańcuszku, o codziennych telefonach, o zapasowych kluczach. Kasia milczała, a potem powiedziała tonem, którego nie zapomnę: „Rozumiem. Czyli grupa obcych ludzi ma dostęp do mieszkania mojej matki. Porozmawiamy o tym, jak wrócę".
Wrócić - to znaczy przyjechać. Przyjechała po pięciu dniach. Pięć dni Tereska leżała w szpitalu na Szaserów, a my chodziłyśmy do niej codziennie. Kasia przyjechała w sobotę, prosto ze stacji na oddział. A w niedzielę przyszła do mnie.
Stanęła w drzwiach - czterdzieści parę lat, ładna blondynka, zmęczona, ze złością w oczach.
- Pani Bożeno - zaczęła. - Proszę mi oddać klucze do mieszkania mamy. I proszę powiedzieć reszcie pań, żeby też oddały.
Patrzyłam na nią. Chciałam powiedzieć tyle rzeczy. Że gdyby nie te klucze, jej matka leżałaby na tej podłodze do wieczora. Że to my gotujemy Teresce rosół, kiedy choruje. Że to Hanka jeździ z nią na wizyty kontrolne do NFZ. Że to my - nie ona - wiemy, które leki Tereska bierze rano, a które wieczorem.
Ale zobaczyłam coś w jej oczach. Nie złość. Wstyd. Kasia wstydziła się, bo wiedziała. Wiedziała, że trzy obce kobiety z bloku robią to, co powinna robić ona. I nie umiała z tym wstydem żyć inaczej niż przez atak.
Oddałam klucze. Hanka i Lodzia też oddały. Kasia wróciła do Wrocławia, a Tereska wróciła ze szpitala po dwóch tygodniach. Chodziła o kulach, z trudem.
W poniedziałek rano, o siódmej trzydzieści pięć, zadzwonił mój telefon. Dwa sygnały. Tereska.
Wieczorem zapytałam ją ostrożnie, jak to jest z kluczami.
- Bożenka - powiedziała. - Pod wycieraczką leży koperta. Dla ciebie. Hanka i Lodzia dostaną swoje jutro. Tylko Kasi nie mów.
Nie powiedziałam. Do dziś nie wiem, czy to jest w porządku wobec Kasi. Może powinnam była powiedzieć. Może Kasia ma prawo wiedzieć, że trzy sąsiadki znów mają klucze do mieszkania jej matki. A może to Tereska ma prawo decydować, komu ufa.
Łańcuszek działa. Codziennie rano - dwa sygnały. Dzieci dzwonią w niedziele. My - codziennie. I czasem myślę: kiedy moje telefony zamilkną, kto zadzwoni pierwszy? Maciek w następną niedzielę - czy Hanka jutro o siódmej trzydzieści?
Odpowiedź znam. I chyba dlatego trzymam pod wycieraczką kopertę z kluczem dla Lodzi.