Z synową od piętnastu lat była między nami grzeczność i nic więcej. Przy chorym Franiu siedziałyśmy tydzień na zmianę: ona dnie, ja noce. Przy którejś kawie z automatu powiedziała pierwszy raz: „Jadziu, idź się przespij, ja czuwam". Franio wyzdrowiał, a ona dalej mówi mi po imieniu.

Tylko że ja do dzisiaj nie wiem, czy to prawdziwa bliskość, czy kolejna warstwa grzeczności - po prostu cieplejsza niż tamta sprzed szpitala.

Renata pojawiła się w naszym życiu, kiedy Franek miał dwadzieścia cztery lata. Przyszedł na niedzielny obiad, usiadł naprzeciwko mnie, pokroił nożem sernik i powiedział spokojnie: - Mamo, w czerwcu się żenię. Chciałbym, żebyś poznała Renatę.

Nie zapytał, czy się cieszę. Nie zapytał, czy mam jakieś uwagi. Franek nigdy nie pytał - oznajmiał. To miał po ojcu. Henryk też tak robił: stawiał nas przed faktami, a potem dziwił się, że ktoś ma pretensje. Henryk umarł dwa lata przed tamtym obiadem. Rozległy zawał na budowie, gdzie pracował jako elektryk. Zostałam na osiedlu przy Kochanowskiego we Wrocławiu, w trzypokojowym mieszkaniu z meblościanką, albumem ze zdjęciami i synem, który odwiedzał mnie co drugą niedzielę.

Renatę poznałam tydzień później. Drobna, ciemne włosy ścięte krótko, uśmiech uprzejmy, ale ostrożny. Pracowała jako farmaceutka w aptece na Grabiszynie. Podała mi rękę, powiedziała „dzień dobry, pani Jadwigo" i przez piętnaście lat nie zmieniła tej formuły. Ani razu.

Nie żebym liczyła. Ale człowiek zauważa takie rzeczy. Zauważa, kiedy synowa mówi „pani Jadwigo" tym samym tonem, którym obsługuje klientów w aptece - ciepło, profesjonalnie i z odległością, która nie pozwala się przybliżyć.

Przez te piętnaście lat byłyśmy wobec siebie nienaganne. Wigilie, imieniny, urodziny wnuków - bo Franek i Renata dali mi dwóch: Kubusia i Olka. Renata przywoziła chłopaków co drugą sobotę. Siadała w kuchni, piła herbatę z cytryną, pytała o zdrowie, o ciśnienie, o to, czy Pan z administracji naprawił kran. Odpowiadałam. Pytałam o pracę, o chłopców, o to, czy Franek znowu jeździ za szybko. Odpowiadała. I tak sobie siedziałyśmy, dwie kobiety po dwóch stronach stołu, połączone mężczyzną, który akurat był w garażu albo na działce ROD.

Nigdy się nie pokłóciłyśmy. To brzmi ładnie, prawda? Ale ja wiem, że to nie była zasługa. Po prostu nie byłyśmy dość blisko, żeby był o co. Kłócą się ludzie, którym na sobie zależy. My wymieniałyśmy grzeczności jak rachunki za prąd - regularnie, bez emocji, bo tak wypada.

Raz, chyba na trzecią Wigilię, spróbowałam przełamać lody. Powiedziałam: - Renatko, może byśmy przeszły na ty? Jesteśmy przecież rodziną. Uśmiechnęła się tym swoim aptecznym uśmiechem i odpowiedziała: - Oczywiście, pani Jadwigo. Jak pani woli. I nic się nie zmieniło. „Pani Jadwigo" zostało. Zrozumiałam, że nie chodzi o formę. Chodzi o mur, który Renata postawiła i którego ja nie umiałam przekroczyć.

Myślałam o tym dużo. Przez lata. Czy zrobiłam coś nie tak na początku? Może za mało się starałam? Może za bardzo? Henryk zawsze powtarzał, że jestem zbyt sztywna, że ludzi odstraszam powagą. Ale ja nie umiałam inaczej. Wychowano mnie tak: nie narzucaj się, nie wchodź w cudze sprawy, siedź prosto i nie płacz przy obcych. Renata była dla mnie - przyznaję to z bólem - trochę obca. Przez piętnaście lat.

Aż zachorował Franio.

Zapalenie płuc, które się skomplikowało. Franek trafił do szpitala na początku marca, z gorączką pod czterdzieści i płucami, które na zdjęciu wyglądały jak zamazana szyba. Dzwoniła do mnie Renata. Głos miała inny niż zwykle - nie apteczny. Ludzki. Suchy, zmęczony, przestraszony.

- Pani Jadwigo, Franek jest na oddziale. Chcą go zostawić. - Zawiesiła głos. - Mogłaby pani przyjechać?

Przyjechałam w czterdzieści minut. Taksówką, bo autobus o tej porze chodził co pół godziny, a ja nie mogłam czekać. Na korytarzu siedziała Renata z kubkiem z automatu, w swetrze zapiętym na krzywy guzik. Wyglądała na dziesięć lat starszą niż tydzień wcześniej.

Usiadłam obok. Nic nie mówiłam. Ona też nie. Ale po chwili oparła się plecami o ścianę i powiedziała cicho: - Boję się, pani Jadwigo. On tak oddycha, jakby... - nie dokończyła.

Położyłam jej rękę na kolanie. Pierwszy raz ją dotknęłam. Piętnaście lat i pierwszy dotyk.

Ustaliliśmy dyżury. Renata przyjeżdżała rano, zostawała do wieczora. Ja przychodziłam na noc, bo i tak nie spałam w domu - leżałam w ciemnościach i nasłuchiwałam telefonu. W szpitalu przynajmniej mogłam siedzieć przy nim, słuchać, jak oddycha, poprawiać mu poduszkę. Franek był osłabiony, ale przytomny. Ściskał mi dłoń i mówił: - Mamo, nie przesadzaj, to tylko płuca.

Czwartej nocy, koło jedenastej, Renata jeszcze nie wyszła. Siedziała przy łóżku z termosem kawy. Franek zasnął.

- Idź do domu - powiedziałam. - Ja tu jestem.

Pokręciła głową. Nalała kawy do plastikowego kubka. Podała mi. Wzięłam. I wtedy zobaczyłam, że ma podkrążone oczy i popękane usta, i że trzyma kubek obiema rękami, jakby potrzebowała się czegoś złapać.

- Jadziu - powiedziała. Tak po prostu. Bez „pani". Bez dystansu. - Jadziu, idź się przespij. Ja czuwam.

Patrzyłam na nią i nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nikt nie mówił do mnie po imieniu od lat. Sąsiadki - „pani Jadwiga". Chłopcy - „babciu". Franek - „mamo". A ona - „Jadziu". Jakby mnie znała. Jakby mnie wreszcie zobaczyła.

Poszłam do pokoju dziennego na kanapę. Spałam cztery godziny jak kamień. Kiedy wróciłam, Renata siedziała na krześle z głową opartą o ścianę, a Franek oddychał spokojnie, równo, i temperatura mu spadła.

Po tygodniu Frania wypisali. Ja wróciłam na osiedle, do swojego mieszkania, do meblościanki i albumu. I czekałam. Czekałam na to, że Renata znowu powie „pani Jadwigo". Że szpital był wyjątkiem, momentem słabości, który się zamknie jak nawias.

W sobotę rano zadzwonił telefon. Na ekranie: Renata.

- Jadziu, przywiozę ci Kubusia po południu, dobrze? Olek ma trening, ale Kuba chce ciastka babci.

Jadziu. Dalej Jadziu.

Upiekłam sernik. Renata przyjechała z Kubusiem, usiadła w kuchni, piła herbatę. Ale tym razem nie pytała o ciśnienie. Powiedziała: - Wiesz, Jadziu, ja mam wrażenie, że przez te lata nie umiałam do ciebie trafić. Przepraszam za to.

Chciałam powiedzieć: ja też przepraszam. Ale przełknęłam i odpowiedziałam tylko: - Herbata ci stygnie.

Bo ja też nie umiem inaczej. Wychowano mnie tak. Nie narzucaj się. Nie płacz przy obcych. Ale Renata już chyba nie jest obca - i to mnie przeraża bardziej niż tamta grzeczna odległość. Bo grzeczność można kontrolować. A bliskość - nie wiadomo, dokąd prowadzi.

Wczoraj Renata zadzwoniła wieczorem. Powiedziała, że w aptece jest promocja na maść, którą smaruję kolano. Że mi kupi. Że wpadnie w niedzielę. I że chłopcy rysują mi laurkę na Dzień Babci, chociaż Dzień Babci dawno minął.

Odłożyłam słuchawkę. Usiadłam przy stole. I pomyślałam: piętnaście lat grzeczności. Jeden tydzień przy chorym łóżku. I jedno „Jadziu", które zmieniło więcej niż tysiąc „pani Jadwigo".

Tylko że nie wiem, czy ja potrafię jej oddać tyle samo. Czy umiem być „Jadzia" - nie „teściowa", nie „mama Franka", nie „pani Jadwiga z drugiego piętra". Czy po sześćdziesięciu dwóch latach da się jeszcze nauczyć wpuszczać kogoś bliżej, niż się planowało.

Sernik na niedzielę już stygnie na blacie. Zobaczymy.