
O występie na Dzień Babci w przedszkolu dowiedziałam się od sąsiadki - jej wnuczka chodzi do tej samej grupy. Były dwa krzesełka dla rodziny. Zajęli je druga babcia z dziadkiem. Wnuk uczył się wierszyka u mnie, w mojej kuchni.
Halina z parteru powiedziała to między jednym a drugim łykiem kawy, jakby to było coś zupełnie zwykłego. „Twój Olek taki śliczny w tym białym kaftaniku, recytował wiersz o babci, która pachnie ciastem. Nawet mi się łezka zakręciła." Stałam z torbą z Biedronki w jednej ręce i kluczami w drugiej, a w środku coś mi się zacięło jak stary zamek w drzwiach do piwnicy. Bo ja o żadnym występie nie wiedziałam.
Dopiero wieczorem, kiedy Olek już spał, zadzwoniłam do synowej. Renata odebrała po czwartym sygnale, w tle leciał telewizor. „Ach, to" - powiedziała lekko, jakby chodziło o pogodę. „Wiesz, były tylko dwa krzesełka na rodzinę, takie zasady przedszkola. No i mama z tatą chcieli pójść, to poszli."
Mama z tatą. Rodzice Renaty - Krystyna i Bogdan. Oczywiście, że chcieli pójść. Kto by nie chciał? Tylko że Olek ten wierszyk o babci, która pachnie ciastem, uczył się u mnie. W mojej kuchni na Widzewie, siedząc na taborecie, machając nogami, podczas gdy ja wyciągałam z piekarnika sernik na zimno, który wcale nie idzie do piekarnika, ale Olek był przekonany, że tak.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od roku jestem na emeryturze. Wcześniej pracowałam jako księgowa w hurtowni budowlanej pod Łodzią. Mąż Stanisław odszedł osiem lat temu - wylew, nagły, w niedzielę po obiedzie. Syn Tomek miał wtedy dwadzieścia siedem lat i właśnie się oświadczał Renacie. Ślub był pięć miesięcy po pogrzebie. Pamiętam, że na weselu nie umiałam się uśmiechać tak, jak powinnam, i widziałam, że teściowa Renaty - ta Krystyna - patrzy na mnie z mieszaniną współczucia i irytacji, bo psułam zdjęcia.
Od tamtej pory minęło sporo lat. Olek urodził się trzy lata temu i od pierwszego dnia byłam przy nim. To ja jeździłam autobusem czterdzieści minut w jedną stronę, kiedy Renata miała gorączkę po porodzie. To ja kąpałam go w wanience, bo Tomek pracował na dwie zmiany jako elektryk i wracał z czarnymi rękami, których żaden Ludwik nie brał. To ja wstawałam w nocy, kiedy Renata płakała z bezsilności, a mleko nie chciało się pojawić.
Krystyna i Bogdan mieszkają piętnaście minut od nich. Samochodem. Mają dom z ogródkiem na Retkini, taras, grill. Bogdan jest na wcześniejszej emeryturze, Krystyna prowadzi mały salon fryzjerski, ale coraz rzadziej - już tylko trzy dni w tygodniu. Są razem, są zdrowi, mają samochód i ten dom, do którego Olek jeździ na weekendy.
Ja mam blok, trzecie piętro bez windy, emeryturę z ZUS-u i autobus 74, który kursuje co dwadzieścia minut, a w soboty co czterdzieści. Ale mam też szufladę pełną rysunków Olka, w których jestem wielka jak dom i mam włosy jak słońce, chociaż w rzeczywistości noszę krótkie, siwe i proste jak patyki.
Po rozmowie z Renatą siedziałam długo przy stole. Herbata wystygła. Na blacie leżała kartka, na której Olek tydzień wcześniej ćwiczył litery - krzywe B jak babcia, wielkie O jak Olek. Powtarzał wtedy ten wiersz, stojąc na taborecie jak na scenie, a ja klaskałam po każdej zwrotce. „Babciu, ale na występie nie wolno klaskać w środku!" - pouczył mnie surowo. Wiedział, że będzie występ. Ja nie wiedziałam.
Czy Tomek wiedział? Musiał. Zadzwoniłam do niego następnego dnia. „Mamo, no przepraszam, ale Renata się tym zajmowała, ja byłem w robocie." Głos miał taki, jaki ma zawsze, kiedy nie chce rozmawiać - płaski, szybki, zmierzający do końca zdania jak pociąg do stacji końcowej. „Ale się nie martw, będzie Dzień Matki, to cię zaprosimy."
Zaprosimy. Mnie. Na Dzień Matki. Jakbym była gościem, a nie babcią, która tego chłopca uczyła mówić „r" przez trzy miesiące, powtarzając „rak, rower, Radom" - aż sąsiad zapukał w ścianę, bo myślał, że mam włączony telewizor za głośno.
Nie powiedziałam Tomkowi, że mnie to boli. Nie umiem mówić takich rzeczy. Moje pokolenie nie umiało. Moja matka nie umiała. Kiedy ojciec nie przyszedł na jej pięćdziesiąte urodziny, bo „musiał zostać w pracy", zrobiła kolejną porcję sałatki jarzynowej i nie powiedziała ani słowa. Ja robię to samo. Zamykam usta i robię sernik. Albo pierogi. Albo rosół, który Olek nazywa „zupą od babci Bożeny", żeby odróżnić od „zupy od babci Krysi", która jest z torebki, ale podawana w ładnych talerzach.
Tydzień po tym wszystkim Olek przyjechał do mnie na popołudnie. Renata przywiozła go i powiedziała w drzwiach: „Odbiorę o szóstej, muszę lecieć do fryzjera." Do matki, pomyślałam. Do Krystyny. Ale nic nie powiedziałam, bo co tu mówić?
Olek wszedł, zdjął buty, wspiął się na taboret i powiedział: „Babciu, chcesz, to ci powiem ten wiersz jeszcze raz? Bo na występie się trochę pomyliłem, ale tu u ciebie mi lepiej idzie."
Usiadłam naprzeciwko niego. Położył ręce na kolanach, jak go nauczyłam, wyprostował plecy, nabrał powietrza. I zaczął. „Moja babcia pachnie ciastem, moja babcia jest za miastem, moja babcia ma okulary, moja babcia robi dary..."
Słuchałam i myślałam, że te dwa krzesełka to nie jest kwestia krzesełek. To jest kwestia tego, kto dzwoni, żeby powiedzieć, i kto nie dzwoni. Kto pyta i kto zakłada, że wiadomo. Kto jest rodziną pierwszego wyboru, a kto - uzupełnieniem, rezerwą, tą drugą babcią, która nauczy wierszyka, wykąpie, nakarmi, a potem wróci do swojego bloku na trzecim piętrze bez windy i będzie czekać na telefon.
Kiedy Olek skończył recytować, klasnęłam. Głośno, trzy razy, jak na prawdziwym występie. Uśmiechnął się tak szeroko, że zobaczyłam tę dziurę po mleczaku, którą stracił w zeszłym tygodniu.
„Babciu, a mogę sernik?"
„Możesz, skarbie."
Wstałam, otworzyłam lodówkę. Sernik był gotowy od rana, bo zawsze jest gotowy, kiedy Olek ma przyjść. Kroiłam go i myślałam, że powinnam porozmawiać z Tomkiem. Powiedzieć mu, że mnie to zabolało. Że chcę wiedzieć o takich rzeczach. Że nie chcę się dowiadywać od Haliny z parteru. Że te dwa krzesełka mogły być moje, choć raz.
Ale potem pomyślałam o Krystynie, która przecież też jest babcią. Która też go kocha, na swój sposób, ze swoimi talerzami i swoim salonem. I która może poczuje się tak samo, gdyby to ja zajęła to krzesełko, a ona dowiedziała się od sąsiadki.
Nie zadzwoniłam. Położyłam sernik na talerzu, postawiłam przed Olkiem, nalałam sobie herbaty i usiadłam naprzeciwko. Patrzył na mnie z pełnymi ustami i szeroko otwartymi oczami Stasia - te same oczy, ta sama radość z prostych rzeczy. I pomyślałam, że może te krzesełka to nie jedyna scena na świecie. Że ta kuchnia, ten taboret, ten sernik - to też jest występ. Mój prywatny, bez zaproszenia, bez widowni.
Tylko że widownia jednego człowieka to czasem za mało. A czasem wystarczy. I nie wiem, po której stronie jestem dzisiaj.