
Wnuczka mówi rodzicom „jadę do babci" - i jedzie, dokąd chce. Wiem, bo matka sprawdza: „była u ciebie?". Kryłam niechętnie. W czwartek przyjechała naprawdę, z chłopakiem za rękę: „babciu, to Michał. U ciebie chcemy być naprawdę". Alibi przechodzi na emeryturę.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w czwartek. Zaczęła się od telefonu Renaty. Mojej córki. Zadzwoniła we wtorek wieczorem, kiedy nastawiałam wodę na herbatę i oglądałam teleturniej. Głos miała ten swój - kontrolny, urzędowy, jakby dzwoniła do ZUS-u, a nie do matki.
- Mamo, Zuzia była u ciebie w sobotę?
Zuzia nie była u mnie w sobotę. Zuzia nie była u mnie od trzech tygodni. Ale coś w tonie Renaty sprawiło, że zamiast powiedzieć prawdę, powiedziałam:
- A jak, była. Zjadłyśmy sernik i pogadałyśmy.
Skłamałam. Mam sześćdziesiąt cztery lata, trzydzieści osiem lat stażu w bibliotece miejskiej w Poznaniu, trzy lata emerytury za sobą i skłamałam własnej córce jak pensjonarka przyłapana na wagary. Odłożyłam telefon z dziwnym uczuciem - połowa ulgi, połowa wstydu.
To był pierwszy raz. Potem przyszedł drugi, trzeci, piąty. Renata dzwoniła regularnie, mniej więcej co tydzień, zawsze z tym samym pytaniem w różnych wariacjach. „Zuzia mówiła, że u ciebie nocowała - prawda?" albo „Mamo, Zuzanna twierdzi, że pomagała ci sprzątać strych, był u was jakiś strych do sprzątania?". Za każdym razem potwierdzałam. Za każdym razem czułam się gorzej.
Zuzia - Zuzanna, dwadzieścia jeden lat, studentka trzeciego roku farmacji - była moją jedyną wnuczką i jedynym dzieckiem Renaty. Renata wychowywała ją sama od czternastego roku życia, kiedy Dariusz - mąż Renaty, ojciec Zuzi - wyjechał do Irlandii za pracą i jakoś tak przestał wracać. Najpierw na święta, potem na wakacje, potem w ogóle. Renata wzięła rozwód zaocznie, dostała alimenty, których połowy nigdy nie zobaczyła, i postawiła sobie za punkt honoru, że Zuzia wyrośnie na porządnego człowieka. I wyrósł. Tyle że Renata chyba nie zauważyła kiedy.
Moja córka jest dobrą kobietą. Muszę to powiedzieć wyraźnie, bo wiem, jak łatwo w takich historiach zrobić z kogoś potwora. Renata nie jest potworem. Jest zmęczona. Pracuje jako szefowa zmiany w drukarni od piętnastu lat, sama spłaciła mieszkanie na Ratajach, sama odprowadziła Zuzię na pierwszą komunię, sama stała pod apteką z kwiatami, kiedy Zuzia zdała egzamin dyplomowy z praktyk. Renata zrobiła wszystko dobrze. Problem w tym, że nie potrafi przestać.
Kiedy Zuzia miała piętnaście lat, Renata sprawdzała jej plecak. Kiedy miała osiemnaście - historię przeglądarki. Kiedy skończyła dwadzieścia - Renata zaczęła dzwonić do mnie.
Rozumiem, skąd to się bierze. Dariusz odszedł bez zapowiedzi, bez kłótni, bez trzaśnięcia drzwiami. Po prostu pewnego dnia przestał być. Renata od tamtej pory żyje w ciągłym pogotowiu, jakby ludzie mogli zniknąć, jeśli się ich nie pilnuje. Zuzia to jej jedyny człowiek. Więc pilnuje.
A Zuzia ucieka.
Nie wiem dokąd jeździła, kiedy kłamałam za nią. Może do koleżanki, może na imprezę, może do tego Michała, o którym wtedy jeszcze nie wiedziałam. Nie pytałam. Nie chciałam wiedzieć, bo wiedza oznaczałaby odpowiedzialność, a odpowiedzialności miałam w życiu dosyć.
Ale dręczyło mnie to. Budziłam się w nocy i myślałam: a jeśli Zuzi coś się stanie, a Renata zadzwoni do mnie, i okaże się, że ja wiedziałam, że jej tu nie było? Co wtedy? Jak będę żyła z tym, że kryłam dwudziestojednoletnią dziewczynę, która mogła być gdziekolwiek?
W środę - dzień przed tym czwartkiem - zadzwoniłam do Zuzi. Odebrała po czwartym sygnale, w tle grała muzyka.
- Babciu? Wszystko w porządku?
- Zuzanno - powiedziałam tym tonem, którego używałam kiedyś w czytelni, kiedy ktoś rozmawiał przy stolikach. - Musisz wiedzieć, że ja więcej kłamać za ciebie nie zamierzam.
Cisza. Potem westchnienie.
- Babciu, ja wiem. Przepraszam. Ja... ja jutro do ciebie przyjadę, dobrze? Naprawdę przyjadę. Muszę ci kogoś pokazać.
- Kogo?
- Zobaczysz. Jutro po południu.
Rozłączyła się, a ja zostałam z telefonem w dłoni i sercem, które biło za szybko jak na kobietę po sześćdziesiątce, która powinna już umieć czekać spokojnie.
W czwartek o czwartej zadzwonił domofon. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Zuzię na klatce schodowej - plecak na ramieniu, wiosenny szalik, i ten chłopak obok niej. Wysoki, ciemne włosy, trzymał ją za rękę i w drugiej ręce miał bukiet - nie z kwiaciarni, taki polny, jakby po drodze rwał na łące. Wyglądali jak para z fotografii, którą ktoś zrobił przypadkiem, zanim zdążyli się ustawić.
- Babciu, to Michał - powiedziała Zuzia i uśmiechnęła się tak, jak ja się uśmiechałam na zdjęciu ślubnym z Tadeuszem, trzydzieści dziewięć lat temu. - U ciebie chcemy być naprawdę.
Wpuściłam ich. Nastawiłam wodę. Wyciągnęłam resztkę sernika z lodówki. Michał okazał się studentem politechniki, uprzejmym, cichym, z takimi oczami, które patrzą na rozmówcę, a nie w telefon. Mówił „proszę pani" i wstał, kiedy wchodziłam do pokoju.
Zuzia opowiedziała mi wszystko. Że z Michałem jest od pół roku. Że matce nie powiedziała, bo Renata - cytuję - „prześwietli go jak na rentgenie i znajdzie powód, żeby był nie taki". Że wolała kłamać, niż patrzeć, jak matka niszczy coś, co jeszcze nie zdążyło wyrosnąć.
- A ty, babciu, byłaś moim jedynym bezpiecznym miejscem - dodała cicho. - I wiem, że to nie było w porządku.
Patrzyłam na nich oboje. Na Zuzię, która miała oczy Renaty i upór Dariusza. Na Michała, który kroił sernik na równe kawałki i nakładał Zuzi na talerz, zanim sam wziął. Pomyślałam o Renacie, która o tej porze kończyła zmianę w drukarni i pewnie zaraz zadzwoni z pytaniem, czy Zuzia jest u mnie.
I zadzwoniła. Telefon zawibrował na kuchennym blacie o wpół do szóstej. Zuzia popatrzyła na mnie. Michał odłożył widelec.
- Odbieram - powiedziałam.
- Mamo, Zuzanna jest u ciebie?
Popatrzyłam na wnuczkę. Zuzia skinęła głową. Powoli, ale skinęła.
- Jest - odpowiedziałam. I tym razem to była prawda. - Renata, może byś wpadła? Też jest sernik.
Cisza w słuchawce trwała trzy sekundy. Może cztery.
- Sernik? Mamo, co się dzieje?
- Nic się nie dzieje. Po prostu wpadnij.
Zuzia patrzyła na mnie z taką miną, jakbym właśnie wyjęła zawleczkę z granatu. Może tak było. Renata powiedziała, że będzie za dwadzieścia minut.
Wstałam, żeby nastawić czajnik jeszcze raz. Michał zapytał, czy może pomóc. Zuzia siedziała nieruchomo. A ja myślałam o tym, że całe życie byłam między nimi - między Renatą, która boi się stracić, a Zuzią, która boi się, że nigdy nie będzie mogła odejść. Kryłam jedną przed drugą, bo tak było łatwiej. Bo każda miała trochę racji. Bo kłamstwo bywa delikatniejsze niż prawda.
Ale teraz sernik się kończył, czajnik gwizdał, a Renata jechała tramwajem na Jeżyce, nie wiedząc, co ją czeka na miejscu.
Czy dobrze zrobiłam? Nie wiem. Jedyne, co wiem na pewno, to że moje alibi właśnie przeszło na emeryturę. Reszta dopiero się zacznie.