Córka po jednym spotkaniu orzekła, że „ta cała Irena to zły wpływ": za głośna, za dużo się śmieje, „ciąga cię po kabaretach". Odpowiedziałam spokojnie: „w moim wieku zły wpływ to komplement". W piątek jedziemy z Ireną na kabaret do Rybnika. Bilety kupił zły wpływ. Dobry niech się uczy.

Telefon zadzwonił w środę, tuż po ósmej rano. Na ekranie imię córki - Beata. Odebrałam, bo zawsze odbieram, nawet kiedy wiem, że to nie będzie miła rozmowa.

- Mamo, rozmawiałam z ciocią Haliną. Powiedziała, że widziała cię w sobotę na rynku z jakąś kobietą i że „szalałyście po mieście jak nastolatki". To była ta Irena?

- Jadłyśmy lody na ławce, Beatko. Lody truskawkowe. Straszne szaleństwo.

- Nie ironizuj. Halina mówiła, że byłaś głośna, że się śmiałaś na cały rynek.

Zacisnęłam palce na kubku z herbatą. Byłam głośna. Śmiałam się. I wiem co? Nie pamiętam, kiedy ostatnio śmiałam się tak szczerze. Może trzy lata temu, zanim Władek zachorował. Może pięć. Może dziesięć - bo Władek pod koniec nie był już człowiekiem, z którym się śmiało. Był człowiekiem, przy którym się milczało.

Mam na imię Grażyna. W grudniu skończę sześćdziesiąt cztery lata. Mieszkam w Gliwicach, w tym samym bloku na osiedlu Kopernika, w którym mieszkałam z mężem przez trzydzieści sześć lat. Władek odszedł półtora roku temu - rak trzustki, szybko i bezlitośnie. Przez ostatnie miesiące jego choroby prawie nie wychodziłam z domu. Beata przyjeżdżała z Katowic raz w tygodniu, pomagała z zakupami, zostawała na noc. Byłam jej za to wdzięczna. Naprawdę byłam.

Problem w tym, że Beata gdzieś po drodze uznała, iż ta wdzięczność oznacza, że teraz ona decyduje, jak wygląda moje życie.

Irenę poznałam w przychodni, w kolejce do ortopedy. Czekałyśmy półtorej godziny. Ona miała bolące kolano, ja bolący bark. Zaczęłyśmy rozmawiać o tym, jak NFZ testuje ludzką cierpliwość, potem o emeryturze, potem o tym, że obie kochamy Kabaret Moralnego Niepokoju, a potem Irena powiedziała: „Pani Grażyno, ja mam dwa bilety na występ w Rybniku za trzy tygodnie, bo koleżanka się wykruszyła. Jedzie pani?"

Powiedziałam tak, zanim zdążyłam pomyśleć. I to był chyba najlepszy odruch w moim życiu od lat.

Irena jest trzy lata starsza ode mnie, ma farbowane na rudy włosy, nosi kolorowe apaszki i mówi dokładnie to, co myśli. Była krawcową, prowadziła własny zakład krawiecki na Zatorzu, teraz jest na emeryturze i chodzi na aqua aerobik trzy razy w tygodniu. Jej mąż zmarł osiem lat temu. Ma syna w Irlandii, który dzwoni w niedziele. Śmieje się głośno, zamawia sernik wszędzie, gdzie podają, i ma w zwyczaju mówić: „Grażynka, na grób zdążymy, teraz żyjemy".

Beata spotkała Irenę raz. Dokładnie raz. Przyjechała do mnie w sobotę po południu, a Irena właśnie wpadła z szarlotką i herbatą z maliną. Siedziałyśmy w kuchni i śmiałyśmy się z czegoś - nie pamiętam z czego, ale pamiętam, że bolał mnie brzuch od tego śmiechu. Beata stanęła w drzwiach z torbą z Biedronki i popatrzyła na nas tak, jakby zobaczyła coś nieprzyzwoitego.

Irena wstała, podała rękę, przedstawiła się. Beata odpowiedziała uprzejmie, ale chłodno. Wyprostowana, z zaciśniętymi ustami. Znam ten wyraz twarzy - odziedziczony po Władku. Oznacza: „nie aprobuję, ale nie powiem tego przy obcych".

Powiedziała to godzinę później, kiedy Irena już poszła.

- Mamo, ta kobieta jest za głośna. Za dużo się śmieje. Ciąga cię po kabaretach.

- Byłyśmy na jednym, Beatko.

- Na razie na jednym. Ale widzę, dokąd to zmierza. Tata dopiero co odszedł, a ty…

- Półtora roku temu.

- …a ty zachowujesz się, jakby nic się nie stało.

Zamknęłam oczy. Wzięłam oddech. To była ta chwila, kiedy mogłam powiedzieć wiele rzeczy - na przykład, że przez ostatnie dziesięć lat małżeństwa Władek zamieniał się stopniowo w ponurego milczka, który nie chciał nigdzie chodzić, niczego próbować, nikogo zapraszać. Że wieczorami siedział przed telewizorem, a ja obok niego, i jedynym dźwiękiem w mieszkaniu był głos prezentera Wiadomości. Że kochałam go, ale byłam z nim samotna w sposób, którego nie potrafiłam wtedy nazwać.

Nie powiedziałam tego. Bo Władek był jej ojcem. I zasługuje na godną pamięć. Ale zasługuję też ja - na godne życie. Teraz.

- Beatko - powiedziałam tylko - w moim wieku zły wpływ to komplement.

Beata nie odpowiedziała. Zabrała swoją torebkę i wyszła, rzucając „zadzwonię w tygodniu". Zadzwoniła. Tę środową rozmowę o lodach i cioci Halinie.

Wiem, co Beata naprawdę czuje. Nie chodzi o Irenę. Chodzi o to, że przez półtora roku po pogrzebie Władka byłam dokładnie taką matką, jaką Beata chciała mieć: cichą, dostępną, wdzięczną za każdą wizytę. Siedziałam w domu, gotowałam rosół na niedzielę, czekałam na jej telefon. Byłam bezpieczna. Przewidywalna. Smutna w sposób, który Beata umiała objąć - przyjeżdżała, robiła zakupy, trzymała mnie za rękę na cmentarzu pierwszego listopada.

A teraz się śmieję na rynku. I to ją przeraża.

Rozumiem to. Naprawdę rozumiem. Matka, która nagle zaczyna żyć inaczej niż przez trzydzieści lat, to dla dorosłego dziecka trzęsienie ziemi. Bo jeśli mama mogła być szczęśliwsza - to znaczy, że wcześniej nie była? To znaczy, że z tatą było źle? To burzy cały obraz, całe dzieciństwo.

Ale nie zamierzam przestać się śmiać, żeby Beata mogła zachować ten obraz w nienaruszonym stanie.

W czwartek wieczorem zadzwoniła Irena.

- Grażynka, bilety wydrukowane, wyjazd o czternastej, wracamy ostatnim busem. Weź tę zieloną apaszkę, bo ci w niej ładnie.

- A jeśli córka znowu zadzwoni? - zapytałam, i sama nie wiedziałam, czy żartuję, czy nie.

- To odbierz i powiedz: „Beatko, nie mogę rozmawiać, zły wpływ czeka w autobusie".

Roześmiałam się. A potem usiadłam przy kuchennym stole, przy tej samej ceracie, przy której Władek jadł swoje ostatnie zupy, i pomyślałam o czymś, co siedziało we mnie od tygodni.

Że może powinnam z Beatą porozmawiać. Naprawdę porozmawiać, nie w skrócie, nie ironią, nie milczeniem. Powiedzieć jej, że kocham ją za te sobotnie wizyty i że jednocześnie nie zgadzam się na to, żeby moje życie wyglądało tak, jak ona chce. Że Irena nie zastępuje nikogo - ani jej, ani Władka. Że to nie jest zdrada pamięci ojca, kiedy matka je lody na ławce i śmieje się na rynku.

Ale pomyślałam też, że Beata ma trzydzieści osiem lat i powinna niektóre rzeczy zrozumieć sama. Że nie jestem jej winną tego tłumaczenia. Że mam prawo po prostu wziąć torbę, wsiadać do autobusu i jechać na kabaret, nie prosząc nikogo o pozwolenie.

Nie wiem, co wybiorę. Rozmowę czy milczenie. Otwarcie drzwi czy zamknięcie tematu. Wiem tylko, że w piątek o czternastej wsiadam do autobusu. Bilety kupił zły wpływ.

Dobry niech się uczy.